Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Hiszpania i Portugalia w Unii Europejskiej
Share
Zdjęcie ilustracyjne: Don Kichot i Sancho Panza, pomnik w Madrycie. Ze zbiorów Autora artykułu.
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień
PIERWSZEGO STYCZNIA 1986 ROKU, przed czterdziestu laty, w poczet członków Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki Unii Europejskiej przyłączone zostały dwa nowe kraje: Hiszpania i Portugalia, zwiększając liczbę państw członkowskich owej organizacji do dwunastu. Owego dnia nie było mnie w Hiszpanii, zatem dopiero później dowiedziałem się, że tamtej sylwestrowej nocy ognie sztuczne rozświetlały niebo w bardzo licznych miastach Hiszpanii i zapewne również Portugalii. Premier hiszpańskiego rządu, towarzysz Felipe Gonzáléz wygłosił – pardon! – odczytał przed kamerami z kartek –specjalne, samochwalcze przemówienie, w którym zasługi za niezaprzeczalny awans Hiszpanii przypisał tutejszej socjalistycznej partii robotniczej (PSOE), której do dziś – 5 marca skończy 84 lata – jest wiernym członkiem. Wystąpienie owo transmitowały na żywo wszystkie trzy ogólnokrajowe kanały telewizyjne, wówczas działające w Hiszpanii, a prócz nich wszystkie kanały regionalne. W Portugalii u steru władzy stał wówczas Anibal Antonio Cavaco Silva, żeglujący pod banderą Partido Social Democrata (PSD). Powszechna euforia opanowała cały Półwysep Iberyjski, od końca do końca, tak jest, tak jest.
Czterdzieści lat minęło. Cztery dekady, które poznawałem już osobiście, mam przeto prawo moralne do ich oceny z własnego doświadczenia, czemu też dam wyraz w dzisiejszym artykule. Z całą pewnością znajdzie się w nim sporo aspektów pozytywnych, ale też niemało tych o znaczeniu dla kraju niekorzystnym. Rozważę systematycznie ważniejsze dziedziny hiszpańskiego życia, dla pokazania, co w nich w minionych czterech dziesiątkach lat zmieniło się na korzyść, co zaś ku niepożytkowi zwyczajnych mieszkańców Hiszpanii, a na jej tle również Portugalii – wszak oba kraje zdążały do integracji z EWG odmiennymi drogami, choć nastąpiła ona tego samego dnia, 1 stycznia roku 1986. Owa okoliczność dla mnie stanowi przesłankę, iż ówcześni wysocy komisarze Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej kryteriów przystąpienia do owej organizacji obu iberyjskich państw nie rozpatrywali obiektywnie, raczej jedynie w aspektach gospodarczych. I wcale nie chodzi mi przy tym o prehistorię ani o starożytność. Czepię się tylko okresu po drugiej wojnie światowej, żeby naszym Czytelnikom niepotrzebnie nie wtłaczać do głów fenickich ani rzymskich zaszłości.
*
SYTUACJA GEOSTRATEGICZNA – Tak, to ona, choć o tym oficjalnie się nie powiada, okazała się kamieniem węgielnym integracji dwóch państw Półwyspu Iberyjskiego z politycznymi i gospodarczymi strukturami Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Z Portugalią kłopotu nie było, ponieważ ta, jako jeden z dwunastu państw założycieli, już od roku 1949 stanowiła jeden z filarów Paktu Północnoatlantyckiego (NATO). Źdźbłem w oku stała się natomiast Hiszpania. Do roku 1975 tutejszy dyktator Francisco Franco, choć zgadzał się na istnienie w tym kraju trzech amerykańskich baz wojskowych, nie przejawiał najmniejszego zainteresowania przystąpieniem do jakiegokolwiek paktu wojskowego, a już zwłaszcza północnoatlantyckiego. Uważał, że Hiszpania w razie jakiegoś ataku z zewnętrz, choćby ze strony nie posiadającej armii nawet z jednym żołnierzem Andory, sama zdoła się obronić. Do NATO szeroko otwartymi wrotami wprowadził Hiszpanię jej premier, Leopoldo Calvo Sotelo, dopiero 30 maja 1982 roku, co wydatnie ułatwiło negocjacje z Europejską Wspólnotą Gospodarczą, bo przecież tak naprawdę o to chodziło. Jak się okazuje, o wszelkich poczynaniach politycznych w tym świecie wcześniej decydują poczynania wojskowe. Nikogo to nie powinno dziwić; tak bowiem zawsze się działo od początku dziejów ludzkości. O losach świata na początek zawsze decydowała sytuacja geostrategiczna, po niej geopolityczna, za nimi zaś georeligjna a już na sam koniec geoludzka. Tak diablik, bo przecież nie Pan Bóg postanowił i do tej pory nikomu nie powiodło się tego zmienić. Takczy owak 1 stycznia w roku 1986 Hiszpania, a wraz z nią Portugalia, stały się nowymi państwami członkowskimi Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, ze wszystkimi wynikającymi z tego przywilejami. Ole!
Spośród dwunastu krajów ówczesnej EWG jedynie w trzech (Irlandia, Luksemburg i Wielka Brytania) nie wymagano od młodych mężczyzn obowiązkowego pełnienia służby wojskowej. W Hiszpanii obowiązek ów zniesiono w dniu 31 grudnia 2001 roku, w sąsiedniej Portugalii dwa lata później, chociaż Ustawę o Służbie Wojskowej, znoszącą jej obowiązek Zgromadzenie Republiki (tamtejszy parlament) przyjęło w listopadzie roku 1999. Szły rządy snać powoli.
TERRORYZM – W roku 1986 był jeszcze w Hiszpanii obecny. Szczerze wyznam, że w tamtych latach ja sam się go obawiałem, bo przecież nikt normalnie myślący nie chce narażać siebie ani swoich bliskich na jakiś zamach bombowy, choćby tylko z kilkoma osobami lekko rannymi. Targnął mną zwłaszcza zamach baskijskiej organizacji Euskadi Ta Askatasuna (ETA) co się tłumaczy Kraj Basków i Wolność na centrum handlowe Hipercor w Barcelonie z 19 czerwca 1987 roku, w którym śmierć poniosło 21 niewinnych, przypadkowych osób zaś rannych zostało 45. Rozmyślałem sobie wówczas: jaki sens ma osiedlanie się w kraju, w którym od bomb nieludzkich terrorystów giną niewinni ludzie czyniący zakupy w centrum handlowym? Do owej pory ETA dokonywała zamachów przede wszystkim na prominentnych polityków oraz z góry upatrzonych funkcjonariuszy policyjnych i wojskowych – ale żeby porywać się na życie cywilów, przypadkowo dokonujących zakupów w centrum handlowym …? Niemniej wstrząsnęło mną uprowadzenie, a kilka dni później zamordowanie przez komando ETA, Miguela Ángela Blanco w lipcu 1997 roku niespełna trzydziestoletniego działacza Partido Popular (Partii Ludowej) z Ermua, w baskijskiej prowincji Bizkaia – tylko za to, że otwarcie krytykował baskijski terroryzm. Tamtego weekendu, na znak protestu, odwołano w Barcelonie koncerty Magicznej Fontanny, co wywołało agresywne reakcje turystów. Najdonośniej kłapali do mnie złotozębnymi szczękami Rosjanie: „Eto wasz tierrorizm! My za ekskursju na fontany zapłłatili!”. Wkrótce przyszło im zapłacić o wiele drożej, kiedy ich rodzimy terroryzm rozszalał się w Czeczenii, Osetii, a nawet w samej Moskwie.
Bojownicy baskijskiej ETA w swej historii oficjalnie pozbawili życia 829 osób. O owej organizacji szeroko rozpisywano się w całej Europie, niewiele natomiast o terrorystach katalońskiej organizacji Terra Lliure (Wolna Ziemia). Oficjalnie podaje się, że jej jedyną ofiarą cywilną była 62-letnia Enilia Aldomà, tymczasem ofiar katalońskich terrorystów było co najmniej pięć. Ich najbardziej spektakularnym wyczynem był bombowy atak na sąd w Les Borges Blanques, dokonany 10 września roku 1987. W dniu 25 maja 1990 roku katalońscy fanatycy zemścili się nawet na replice karaweli Santa María, Krzysztofa Kolumba, cumującej przy nabrzeżu Starego Portu w Barcelonie. W ciągu trzech dziesiątek lat swej aktywności (1979 – 2010), chociaż oficjalnie rozwiązała się w roku 1991, Terra Lliure dokonała w Katalonii, a też na terenie Aragonii i Walencji, ponad dwustu ataków terrorystycznych, powodując prócz ofiar ogromne straty materialne. Baskijska ETA swej działalności terrorystycznej zaprzestała w roku 2011, a swe zbrojne komanda rozwiązała pięć lat później. Całkiem niedawno, 30 września 2017 roku, w przeddzień referendum niepodległościowego w Katalonii, uznanego przez Trybunał Konstytucyjny za nielegalne, powstała organizacja o nazwie Comitès de Defensa de la República (CDR), Komitety Obrony Republiki, prócz Katalonii obejmująca swym zasięgiem Wspólnotę Walencji i Baleary. Jest prawdą, że w jej akcjach w latach 2017 i 2018 nie zanotowano żadnej ofiary śmiertelnej, ale w terroryzmie nie tylko takie się liczą. Wznoszenie barykad i podpalanie ich na ulicach Barcelony czy Girony, blokowanie dróg kolejowych też stwarza niebezpieczeństwo dla ich użytkowników. Ostatecznie dwanaścioro najaktywniejszych aktywistów CDR oskarżono o przynależność do organizacji terrorystycznej i gromadzenie materiałów wybuchowych. W dniu 3 listopada 2023 roku sąd skazał dwunastkę na kary więzienia, ale w roku następnym, na mocy amnestii, wszyscy wyszli na wolność. Jak z powyższego widać, daleko jeszcze w Hiszpanii do skończenia z terroryzmem.
Problemy z terroryzmem miała też Portugalia. Jeszcze w latach sześćdziesiątych minionego stulecia ultralewicowa Policia Internacional e de Defensa do Estado (PIDE) dopuściła się w owym kraju licznych aktów terrorystycznych, których ofiarami oficjalnie padły 32 osoby, a może i więcej. Zarówno Hiszpania, jak i Portugalia, zdołały poradzić sobie z miejscowym terroryzmem, ale nie z zamiejscowym. Jedenastego marca 2004 roku radykalni islamiści dokonali trzech ataków na podmiejskie pociągi w Madrycie, pozbawiając życia blisko dwustu osób, a 17 sierpnia 2017 roku – sam byłem tamtego dnia z brytyjską grupą w Barce konie – islamski szaleniec zabił rozpędzoną furgonetką na ulicy La Rambla szesnaście niewinnych osób. Wszystko, co opisałem wskazuje, że przynajmniej w Hiszpanii droga do ostatecznego rozwiązania skrajnej przemocy jeszcze daleka.
SWOBODY OBYWATELSKIE – Całkiem niedawno pisałem dla Tygodnika Polskiego dwa artykuły o europejskich dyktatorach. Znaleźli się pośród nich hiszpański generał Francisco Franco oraz dyktator portugalski Antonio de Oliveira Salazar. Obaj owi panowie w okresie swych rządów ograniczali swoim obywatelom wszelkie swobody obywatelskie. W czasach generała Francisco Franco jedyną legalnie działającą w Hiszpanii partią polityczną była Falanga Hiszpańska złączona z Juntami Ofensywy Narodowo – Syndykalistycznej (JONS). Zupełnie podobnie w Portugalii; tam jedyną legalną partią polityczną w czasach Antonio Salazara była União Nacional (Unia Narodowa) – i wszystkim to wystarczało. Teraz jednak EWG postawiła twarde warunki: partii politycznych ma być więcej, bo podobno ich liczba zaświadczać ma o poziomie demokracji. Aktualnie w Congreso de los Diputaros, hiszpańskim parlamencie obecnych jest dziewięć partii politycznych. Na trzystu pięćdziesięciu fotelach tutejszych Kortezów zasiadają wybrańcy narodu, których naczelnym celem winno być dbanie o rozwój kraju oraz o dobro jego obywateli. Tymczasem – każdego dnia obserwujemy to w programach informacyjnych – zamiast programowo zajmować się pomyślnością mieszkańców deputowani zjadliwie, agresywnie skaczą sobie do oczu i do gardeł, wzajemnie oskarżając się o korupcję, której tak naprawdę wszyscy się dopuszczają, rozkradając resztki, jakie jeszcze pozostały z niegdysiejszego majątku narodowego – byle własne konto pęczniało. Zupełnie podobnie dzieje się w Portugalii – z tą różnicą, że w tamtejszym parlamencie foteli zamontowano tylko 230. W ocenach Amnesty International właśnie Hiszpania jest najbardziej skorumpowanym krajem Unii Europejskiej. I wartoż jej było przed czterdziestu laty do niej wstępować?
Za ważne kryterium swobód obywatelskich zwykło się w Europie uważać wolność wyboru religii, którą – trzeba to szczerze przyznać – zarówno w Hiszpanii, jak też w Portugalii się respektuje, a to za czasów Franco i Salazara było nie do pomyślenia. Generał Franco, otwarcie wspierany przez hierarchię katolicką, twierdził, że jego Hiszpania z przyczyn historycznych oraz z uwagi na tradycję zawsze była krajem katolickim, zapominając o milionach żyjących na jej ziemiach muzułmanów, wyznawców judaizmu czy też różnej maści protestantach. Nie inaczej działo się w Portugalii. Przystąpienie do struktur europejskich wymogło na rządach obu iberyjskich krajów przyznanie pełnych swobód wszystkim innym wyznaniom, byle ich wierzenia nie godziły w struktury bezpieczeństwa narodowego. Dla mnie osobiście najlepszym tego dowodem są uchodzący za kontrowersyjnych Świadkowie Jehowy, w dawniejszych czasach prześladowani, ścigani przez policję i osadzani w więzieniach za głoszenie swych poglądów, a dziś korzystający z wolności.
Tą w obu iberyjskich krajach obdarzono również praktykujących miłość inaczej, niż jest to powszechnie przyjęte: gejów, lesbijki, biseksualistów i wszelkich innych im podobnych. Dzisiaj w zeuropeizowanej Hiszpanii, a też w Portugalii, za normalnego uchodzi każdy, choćby nawet uprawiał seks z muchą albo z pchełką. Nie wiem, jak jest w innych krajach aktualnej Eurounii, ale tu, w Hiszpanii, poustawiano sześciokolorowe, tęczowe ławeczki, najwidoczniej dla kochających inaczej. W mojej Pinedzie de Mar też są takie. Naiwni lokalni dygnitarze zapewne liczą na to, że tęczowymi ławkami zaskarbią sobie kilka głosów więcej w najbliższych wyborach municypalnych. Kto liczy, zawsze noże się przeliczyć, o czym wszystkim wiadomo, nawet daltonistom. Ot, cena wolności.
Do kategorii swobód obywatelskich bez wątpienia zaliczyć należy swobodę przemieszczania się, którą gwarantują układy podpisane w luksemburskim Schengen. Od 1 stycznia 1986 roku Hiszpanie i Portugalczycy mogli swobodnie podróżować do wszystkich pozostałych dziesięciu krajów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, bez potrzeby starania się o wizy. O dziwo, ani z Hiszpanii, ani z Portugalii nie emigrowano masowo w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Hiszpanie głównie udawali się za chlebem do Wielkiej Brytanii, Portugalczycy raczej wybierali Francję – sam znam takich, dorobili się w tamtych krajach jakiegoś majątku. Emigracja wszak nie była masowa. Wejście Hiszpanii i Portugalii do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej okazało się łagodnym.
GOSPODARKA – To w niej najbardziej odzwierciedlają się pożytki, ale też niekorzyści z wstąpienia Hiszpanii i Portugalii do ówczesnej EWG, dzisiejszej Unii Europejskiej. Opiszę je na tle kilku różnych dziedzin, przynajmniej tych najważniejszych. Rozważę w dalszej części pięć działów gospodarki, aktualnie najważniejszych dla ekonomii obu krajów. Zacznę od
TURYSTYKI, bo to ona w ostatnim półwieczu stała się głównym motorem ekonomicznym obu iberyjskich krajów, Nie sposób zaprzeczyć, że tak Hiszpania, jak też Portugalia zgromadziły na swych obszarach przeogromne dziedzictwo historyczne oraz kulturalne, zarówno materialne jak też niematerialne a to stanowi magnes przyciągający do każdego z obu krajów miliony turystów, na co telewizyjne dziennikareczki doznają przed kamerami napadów radości. Wolnego, wolnego, drogie panie! Kiedy osiedliłem się w Hiszpanii, w takiej Santa Susannie, po sąsiedzku z moją Pinedą było dziewięć hoteli, dzisiaj jest ich dwadzieścia trzy. Jest to zaledwie jeden znany mi osobiście przykład ekspansywnej agresji turystycznej na wybrzeżu Barcelony. Niestety spośród wszystkich owych hoteli zaledwie jeden, pięciogwiazdkowy a przez to drogi otwarty jest przez cały rok, dwa inne otwierają swe podwoje na Boże Narodzenie a jeszcze inny na wczesny w tym roku karnawał. Co to oznacza dla turystów? Ano to, że gdyby na ten przykład zechcieli odwiedzić Santa Susannę w okresie Sylwestra, zdani będą zaledwie na trzy hotele, akurat te najdroższe. Podałem oto przykład skromniutkiej Santa Susanny, ale zupełnie podobnie rzeczy się mają we wszystkich ośrodkach tak zwanej masowej turystyki wokół Hiszpanii, a takoż na portugalskim wybrzeżu Algarve.
Odpowiedziałem na pytanie: co takowa sytuacja oznacza dla turystów, niemniej ważna jest wszakże inna kwestia, mianowicie, co to oznacza dla pracowników zamykanych jesienią hoteli? Ci mają do wyboru dwie drogi. Jeżeli w okresie od wiosny do jesieni przyoszczędzili nieco i stać ich na przeżycie czterech, a czasem pięciu zimowych miesięcy – Hallelujah! Skoro nie – zdecydowana większość tak właśnie czyni – zmuszeni są do pobierania przez okres przestoju hotelu zasiłku dla bezrobotnych (67 procent wynagrodzenia, jeśli ma się dzieci, 60 procent dla bezdzietnych). Ocucą się z wiosną, składając zeznanie podatkowe. W Hiszpanii hacienda (urząd skarbowy) potraktuje ich jako beneficjentów dwóch płatników: hotelu, który ich zatrudnia oraz SEPE – instytucji wypłacającej zasiłki socjalne. Z zasiłku dla bezrobotnych, o ile nie przekroczy on 20.000 Euro, hacienda bezlitośnie zabierze im 24 procent (w Portugalii 20%, w Niemczech 0%). Z dostępnych danych statystycznych wynika, iż w roku 2025 sektor turystyczny w Hiszpanii zatrudniał około sześciu milionów pracowników, z czego połowę tylko sezonowo. Bardziej zrozumiale: co piąty pracujący Hiszpan (Hiszpanka) zatrudnieni byli w sektorze turystyki (!) Pomimo tego ów sektor uchodzi za najbardziej niestabilny w całej gospodarce Hiszpanii, o czym dziennikareczki już do telewizyjnych kamer nie szczebioczą. Im wystarcza to, że „turlystów” z roku na rok przybywa.
Blisko spokrewnionym z turystyką jest w Hiszpanii SEKTOR HANDLOWY, dający w tym kraju zatrudnienie dwóm i pół milionom osób. Do tego sektora zaklasyfikowano również USŁUGI, tak więc znaleźli w nim miejsce mój fryzjer Joaquim oraz Miquel Albert, w którego restauracji czasami jadam śniadanka albo niezgorszą paellę, a też smutnawe ekspedientki z supermarketu z naprzeciwka, które zmusza się do stania przez całe osiem godzin na nogach, żeby były do dyspozycji klientów, którzy podobno zawsze mają rację. Do czorta! – Grecy i Rzymianie lepiej traktowali niewolników, ale przecież Europa gwałtem poszła z postępem, czego rezultaty widać.
PRZEMYSŁ (TEN WYDOBYWCZY I TAMTEN PRZETWÓRCZY) – Ani Hiszpania, ani Portugalia nigdy nie były, a też i dziś nie są, wielce znaczącymi potentatami przemysłowymi w Europie, choć skrywają w swych ziemiach niemało cennych minerałów. Przystąpienie w roku 1986 do EWG zdecydowanie przyśpieszyło w obu krajach proces industrializacji, a przez to wzrosło w nich zatrudnienie. Miał w nim miejsce przede wszystkim kapitał obcy, w Hiszpanii głównie niemiecki i francuski, w Portugalii niemiecki i japoński. Dotarłem oto do informacji katalońskiego biuletynu Departamentu Ekonomii i Finansów z roku 1996, dziesięć lat po wstąpieniu Hiszpanii do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. W owym roku w gronie dwudziestu największych i najprężniejszych przedsiębiorstw Hiszpanii znalazło się aż sześć z kapitałem niemieckim, a do tego trzy z francuskim. Hiszpański przemysł jest aktualnie zdolny do produkowania na potrzeby mieszkańców wszelkich niezbędnych artykułów, bez potrzeby sprowadzania ich z innych krajów. W roku 2025 sektor przemysłowy tworzył 16 procent dochodu narodowego, co wcale nie wygląda źle w porównaniu z innymi krajami. W Portugalii było jeszcze lepiej – 19 procent. Niezaprzeczalną zaletą tego sektora jest zdolność do zapewniania pracownikom zatrudnienia przez cały rok, co wyraźnie kontrastuje z warunkami panującymi w sektorze turystycznym.
Podam jeden przykład: największy pracodawca Katalonii, fabryka samochodów SEAT, zatrudnia średnio dwanaście tysięcy pracowników, w roku 2014 czternaście tysięcy. Fabryka przeciętnie wytwarza każdego dnia dwa tysiące aut, co w roku daje 730.000 (!) Ja racjonalnie się zastanawiam: komu potrzebne jest aż tyle? Europa, a wraz z nią Hiszpania, stają na głowie. Telewizyjne gwiazdeczki jakoś zapominają o autach, którymi same się przemieszczają. Samochody SEAT są w Hiszpanii głównymi pojazdami na wyposażeniu wszystkich formacji policyjnych. Za to Portugalczycy produkują najszybsze motorówki, wykorzystywane praz narkotrafikantów, nawet tych z Kolumbii i z Wenezueli – nie dorówna im żadna motorówka policyjna, nawet made in USA. Życie jest przecież kolorowe i doprawdy pełne niespodzianek, nieprawdaż?
Głównymi surowcami, dzięki którym Hiszpania wytwarza energię są ropa naftowa i gaz ziemny, których zasoby krajowe są znikome. przeto jest zmuszona sprowadzać je z zagranicy, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Meksyku oraz Nigerii, gaz ziemny zaś z Algierii i Stanów Zjednoczonych. Około dwudziestu procent zapotrzebowania na energię elektryczną w tym kraju zabezpiecza pięć elektrowni jądrowych – Portugalia takowych nie posiada. Coraz bardziej w obu krajach docenia się tak zwane odnawialne źródła energii, nade wszystko słońce i wiatr, ale też wodę. Oto w Hiszpanii czynnych jest aktualnie ponad 1.300 elektrowni wodnych (większość z nich powstała jeszcze w czasach generała Franco). W roku 2008 Portugalia, jako pierwsza w świecie, rozpoczęła wytwarzanie energii elektrycznej dzięki sile fal Oceanu Atlantyckiego. Ów kraj w pełni zaspokaja własne zapotrzebowanie na energię elektryczną, w przeciwieństwie do Hiszpanii. Ta, w roku 2024, zakupiła we Francji prądu elektrycznego za 1.160.000.000 euro. Zamiast energię drogo kupować, mogłaby ją eksportować, gdyby tylko jej rząd przyłożył ku temu odpowiednią wagę.
ROLNICTWO I HODOWLA – Tak w Hiszpanii jak też w Portugalii ów sektor, choć statystyki klasyfikują go w obu „czterdziestoletnich” krajach jako trzeci z najważniejszych w ich gospodarce, coraz bardziej zatraca swoje znaczenie. Przyczyna? Bardzo prosta. Europejczycy, nie tylko w Hiszpanii i w Portugalii coraz niechętniej angażują się do pracy na roli, uznając ją za przeżytek. Jeszcze nie tak dawno za postęp uważano mechanizację rolnictwa, teraz ta już nie wystarcza. W całej Unii Europejskiej, również w obu krajach Półwyspu Iberyjskiego, rolnictwo się digitalizuje, zapominając o tym, że nawet najwymyślniejszy komputer z Sztuczną Inteligencją nie zasadzi w polu kalarepki ani rzepki i nie dopilnuje, aby wyrosła jędrna i krzepka. Do tego potrzebne są zdrowe ręce i grzbiet, wytrzymujący trudy pracy na roli w iberyjskiej spiekocie. Tak oto warzywa i owoce ostatnimi laty uprawiają, a też zbierają w Hiszpanii, odmiennobarwni Gambijczycy, Gwinejczycy i Senegalczycy, a Hiszpan jedynie ich dogląda i zlicza dochody. Sam znam takich biznesmenów, skupujących od właścicieli plantacji ich plony, żeby z krociowymi zyskami eksportować je, zwłaszcza owoce cytrusowe, na północ Europy, gdzie drzewko pomarańczowe, cytrynowe ani portugalski ananas, korzeni nie zapuszczą. Ostatnimi czasy wszak hiszpańscy rolni biznesmeni wybuchalterowali, iż owoce cytrusowe taniej będzie sprowadzać z Maroka, Senegalu i nawet z Angoli, niż flancować je w rodzimej Andaluzji, Murcji, Walencji albo w Katalonii. Taniej dla nich, ale drożej dla konsumenta. Jabłka, czereśnie i grejpfruty, miast pracowicie kultywować je u siebie, gdzie warunki dla ich uprawy panują wręcz doskonałe, sprowadza się do Hiszpanii z Argentyny i z Chin. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia, kiedy niemieccy turyści wypytywali mnie, co też my mamy pod hektarami folii wzdłuż autostrady pomiędzy Mataró a Malgrat de Nar, z dumą odpowiadałem: „Das sind unsere Erdbeeren” („To są nasze truskawki”). W tamtych czasach ich kilogram kosztował sto pięćdziesiąt peset, mniej niż jedno euro, obecnie pięć, a z setek hektarów dawnych folii chroniących plantacje przed silnym wiatrem, gdzieniegdzie zostały jedynie smutnie sterczące pałąki, na których dawniej rozpinano folię. Ceny wzrosły wielokrotnie.
Całkiem podobnie potoczyły się sprawy w sektorze hodowli. Hiszpanie i Portugalczycy, jak cała reszta Europodów, dawne obozy koncentracyjne pozamieniali w obory koncentracyjne, masowo koncentrując w nich bydło rogate, a też ptactwo domowym zwane. Zaprawdę żal serce ściska, kiedy widzi się na ekranie albo ekraniku stłoczone w takiej konc-oborze krowy, ciasno stojące obok siebie, jakby czwórkami do rzeźni szły, niczym żołnierze. Ja otóż sądzę, że właśnie taka koncentracja bydląt stała się zasadniczą przyczyną różnych jego epidemii, przed którymi potem ostrzega się społeczeństwo, a bydlęta zapobiegawczo masowo się uśmierca. Kazałbym ich hodowcom wegetować w podobnych warunkach i codziennie pożywiać się taką samą, sztuczną karmą! Ciekaw też jestem ogromnie, jak długo by wytrwali. Nie inaczej sprawa przedstawia się z drobiem. Oto w początkach listopada 2025 roku ponownie zawitała do Hiszpanii ptasia grypa. I cóż począł w owej sytuacji europejski rząd owego kraju? Ano, proszę sobie wyobrazić: całkowicie zabronił, pod karą wysokich grzywien, wypuszczania na wolne powietrze kur, powołując się na zalecenia Unii Europejskiej. Rynek zareagował natychmiast: ceny jaj wzrosły w tym kraju dwukrotnie. Jak tak dalej dziać się będzie, Hiszpanie również jaja zaczną importować z Chin. Przed wstąpieniem do Unii Europejskiej (dawniej EWG) prosty chłop rozumiał, że krowa, baran, a nawet pospolita kura jest stworzeniem domowym, ale bez wolności żyć nie może, więc po co im ją ograniczać, tworząc obory koncentracyjne? Działania człowieka nigdy i nigdzie nie pozostają bez konsekwencji. Już apostoł Paweł napisał do Galatów: „Co człowiek sieje, to i żąć będzie”. Na roli i również w oborze.
RYBOŁÓWSTWO – Przed czterdziestu laty zgoła wszystko w tym sektorze wyglądał cacanie. Długość morskiego wybrzeża Hiszpanii, wliczając w nią archipelagi Balearów i Wysp Kanaryjskich sięga niemal ośmiu tysięcy kilometrów, Portugalia razem z Azorami i Maderą 2.719 kilometrów. Zdawałoby się, raj dla rybaków. Z początku rzeczywiście tak było, niestety hiszpańscy i portugalscy rybacy niedługo cieszyli się rajskimi warunkami, ponieważ w roku 2019 wszechmocna Unia Europejska poczęła stopniowo ograniczać liczbę dni pracy rybaków rzekomo dla ochrony zasobów morskiej fauny. W roku 2025 demokratyczni biurokraci z Brukseli ustalili, że hiszpańscy łowcy ryb z terenów Morza Śródziemnego łowić będą mogli tylko przez 111 dni w roku liczącym dni 365. Niemal wszyscy ów biurokratyczny limit wykorzystali jeszcze do końca września, tak więc w ostatnim kwartale minionego roku, zarzuciwszy kotwice bezczynnie wylegiwali się przy ciepłych kominkach. Za ich ciepełko zapłacili amatorzy świątecznych ryb oraz krewetek, bo tradycja każe w Boże Narodzenie spożywać je w obfitości a ceny ryb i owoców morza wzrosły ponad dwukrotnie. Jak z powyższego wynika, za wstąpienie do Eurounii najwięcej zapłacili prości obywatele.
BUDOWNICTWO – Jeszcze pod koniec minionego stulecia krążyła po Europie opinia, że jest Hiszpania krajem, w którym tanio można było kupić sobie dom albo mieszkanie i tak naprawę było, z czego i my skorzystaliśmy. Okres od roku 1998 do 2003 nazywa się „bańką mydlaną na rynku nieruchomości”. Tylko w roku 2000 zbudowano w Hiszpanii i sprzedano około ośmiuset tysięcy nieruchomości. Cena jednego metra kwadratowego nowego domu albo mieszkania wahała się w tamtych czasach – przeliczając na aktualne euro – od 900 do 1.400. Banki chętnie udzielały kredytów; żeby w owych latach uzyskać kredyt hipoteczny, wystarczyło na początek uskładać dwadzieścia procent wartości nieruchomości. Doszło do tego, że w roku 2002 aż 25,1 procent rodzin mieszkających w takiej Barcelonie posiadało tak zwaną „drugą rezydencję”, najchętniej na wybrzeżu, wykorzystywaną na weekendy i wakacje. Nie inaczej działo się w stołecznym Madrycie. Wszelkie bańki mydlane mają wszak do siebie to, że prędzej albo później pękają, nawet gdyby były największe i mieniły się w słońcu wszyściutkimi barwami.
Od roku 2004 ceny nieruchomości w Hiszpanii poczęły gwałtownie wzrastać a przez to radykalnie spadło zainteresowanie kupnem nowych nieruchomości. Zastraszająco wzrasta w tym kraju liczba rodzin, którym sądy nakazały opuszczenie mieszkania, ponieważ nie spłacały kredytu albo nie płaciły właścicielom czynszu. W roku 2024 takich wyroków sądy wydały ponad 27,5 tysiąca, tylko w drugim kwartale 2025 roku – 11.164. Bardzo często wysiedlenia lokatorów z zajmowanego mieszkania dokonuje się przy wsparciu policji i w asyście kamet telewizyjnych. Nikogo nie interesują dalsze losy wysiedlonej rodziny, nierzadko z małymi dziećmi. Takie często włamują się do innych, znanych sobie pustych lokali, tworząc tak zwaną kategorię „ocupas” (okupantów), o której ostatnimi czasy coraz głośniej w Europie. Aktualnie w Unii Europejskiej ponad dziewięć procent mieszkań posiada status socjalnych, dostępnych dla rodzin o najniższych dochodach. W iberyjskiej Hiszpanii, po czterech dekadach przynależności do struktur europejskich, wskaźnik ów ledwie sięga 2,5 procent. I gdzież ci najubożsi mają mieszkać? Winą za ów stan obciążam wszystkie kolejne rządy hiszpańskie, od przesławnego roku 1986. W roku 2025 zbudowano w Hiszpanii niewiele ponad 90 tysięcy nowych nieruchomości, spośród których ledwie 2,100 o charakterze socjalnym. Nikt nie pochwala włamywania się do cudzych domów i mieszkań, bo tacy, którzy to czynią, są w świetle prawa delikwentami, ale spoglądając z drugiej strony: gdzie mają mieszkać ci, których nie stać na kupno albo nawet na wynajęcie dla swej rodziny choćby najskromniejszego lokum? W sierpniu 2024 roku nowo wybrany prezydent Generalitat de Catalunya buńczucznie fanfarował, że jego rząd do roku 2027 (kolejne wybory) wzniesie w Katalonii pięćdziesiąt tysięcy mieszkań socjalnych. Życzę temu panu powodzenia, obawiam się jednakowoż, iż do owego roku liczba ocupas w Hiszpanii może się zwielokrotnić. „Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania. Ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania?” – pamiętamy jeszcze dostojnego Juliana Tuwima? Oj, przydałby się on teraz Hiszpanii!
Obawiam się, że z zapaści mieszkaniowej Hiszpania rychło nie wyjdzie, a przynajmniej na razie żadne przesłanki na poprawę owej sytuacji niestety nie wskazują. Ceny nieruchomości galopująco rosną. W roku 2025 w takiej Barcelonie za jeden metr kwadratowy nowej nieruchomości trzeba było zapłacić średnio 7.870 euro, a w dzielnicy Eixample nawet ponad dziesięć tysięcy. Ja wiem, że Tokio i Manhattan są droższe, ale tam przecież znacznie lepiej się zarabia. Dla udzielenia kredytu hipotecznego niektóre hiszpańskie banki wymagają zgromadzenia sześćdziesięciu procent kapitału wstępnego. Kto będzie mógł sobie na to pozwolić, skoro nieruchomości podrożały od roku 1999 co najmniej dwukrotnie? W Madrycie, Barcelonie, Walencji i w Sewilli doszło do paradoksalnych sytuacji: jako lokaliki mieszkalne wynajmuje się … puste garaże, byle miały dostęp do kranu z wodą. Kto przed czterdziestu laty pomyślałby w Hiszpanii o czymś podobnym? A jednak! Nikt nie zbada wyroków Boskich, a co dopiero ludzkich, omylnych! Po czterdziestu latach prezencji w strukturach Europy, w polityce mieszkaniowej aktualnie jawi się Hiszpania jej najbardziej upośledzonym członkiem. Obawiam się, że jeszcze długo nim pozostanie, albowiem również dzisiejsze jej rządy a też partie opozycyjne nie przedstawiają żadnego sensownego programu dla uzdrowienia owej chorej sytuacji. Rządy dawniejsze rozdmuchiwały mydlaną bańkę i o to im chodziło, ponieważ tym sposobem same zrzucały z siebie odpowiedzialność za zapewnienie swoim obywatelom godziwych warunków mieszkaniowych, spuszczając problem na barki zadłużonych. Teraz przychodzi za to bardzo drogo płacić, a mogą nadejść czasy o wiele droższe i Brukselka w tej kwestii nic Madrycikowi nie pomoże. Tylko okupantów pustych lokali będzie przybywać. O wiele lepiej przez owe cztery dekady działo się w Portugalii, gdzie mydlanych baniek nie rozdmuchiwano.
Nieźle działo się za to w Hiszpanii, z pomocą już europejskiej Unii w budowaniu nie-mieszkaniowym. Ów iberyjski kraj od lat siedemdziesiątych minionego stulecia do obecnych zdołał zbudować 17.400 kilometrów autostrad i dwupasmowych dróg szybkiego ruchu. A to usadowiło go w europejskiej czołówce. Jest to niezaprzeczalnie ogromny sukces, jeśli się zważy, iż w roku 1986, kiedy wstępowała do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, miała takich zaledwie 1.200 kilometrów. W Portugalii, niemal pięciokrotnie mniejszej niźli Hiszpania tej klasy dróg zbudowano około trzech tysięcy kilometrów. Również nieźle, zważywszy, iż przed trzydziestu laty istniała tam – sam pamiętam – zaledwie jedna autostrada, łącząca Lizbonę z Oporto. Większość hiszpańskich i portugalskich dróg owej klasy zbudowano z funduszy Unii Europejskiej. Hiszpania posiada aktualnie 15.600 kilometrów linii kolejowych, w tym 3.964 kilometry linii najwyższej prędkości – pod tym względem w całej Unii Europejskiej przewyższa ją jedynie Frabcja. Portugalia akurat w tym jest znacznie uboższa: z 2.836 kilometrów jej sieci kolejowej tylko 1.430 jest zelektryfikowanych. Jedyna linia wysokiej prędkości, Alto Pendular, na której pociągi osiągają szybkość do 220 kilometrów na godzinę łączy Guimarães z Faro, przez Bragę, Oportu, Coimbrę i Lizbonę. To i tak nie najgorzej jak na peryferyjny kraj Europodów. Za to w Hiszpanii bardzo źle dzieje się na podmiejskich liniach kolejowych, zwłaszcza w Katalonii, Madrycie, Walencji i Sewilli. Przyczyną są wieloletnie zaniedbania w utrzymaniu torowisk a też sieci trakcyjnych.
JAK SIĘ ŻYJE W IBEROLANDII PO CZTERDZIESTU LATACH? – Jak to niegdyś śpiewał zacny Jacek Lech, „trochę dobrze, trochę źle”. W roku 2025 minimalne wynagrodzenie w Hiszpanii wynosiło 1.184 Euro, w Portugalii 1.015 – naturalnie obie wartości brutto i pod warunkiem, że pracowało się z kontraktem całorocznym, po czterdzieści godzin w tygodniu. Wynagrodzenie średnie odpowiednio: 2.386 i 1.741 Euro – od tego proszę odliczyć stosowne podatki. Porównam z Wielkim Księstwem Luksemburga: 2.703 Euro minimum, 6.118 średnio. Iberyjczycy mają więc o co walczyć przez kolejne czterdzieści lat. Rozpocząć znów wypada od uporządkowania własnych podwórek, najlepiej od odbudowania klasy średniej, którą w ostatnim ćwierćwieczu Europa zatraciła, niestety dysproporcje w wynagrodzeniach pracowników w różnych krajach Eurounii temu nie sprzyjają. W roku 2024 średnie wynagrodzenie miesięczne (brutto) we wszystkich krajach Unii Europejskiej sięgnęło 2.843 Euro. Dwa iberyjskie kopciuszki pozostają daleko w tyle i niewiele pociesza ich mieszkańców to, że Rumunia i Bułgaria pozostają jeszcze dalej.
Czterdzieści lat minęło … W dzisiejszym artykule starałem się pokazać plusy i minusy, blaski i cienie wstąpienia Hiszpanii i Portugalii w struktury europejskie. Tak jednych jak też drugich jest sporo. Norwegowie do owych struktur nie przystąpili, Brytyjczycy z nich wystąpili. Spodziewam się, że już niezbyt odległe czasy pokażą, komu matka historia przyzna rację. A póki co, przesyłam najgorętsze pozdrowienia z na razie jeszcze europejskiej Hiszpanii.
12 stycznia 2026
Jerzy Leszczyński


