Beata Joanna Przedpełska – Echa Warszawskich Salonów
Share
Zdjęcie ilustracyjne do felietonu „Artystyczna moc”
DZIEŃ GRECJI

Z okazji Święta Narodowego i Dnia Narodowych Sił Zbrojnych Grecji J. E. Pani Niki Kamba, Pan Vasileios Giaskoulidis, Attache Obrony Płk. Dimitrios Thalassinos Martakis i Pani Maria Tsamaslidou zaprosili na uroczyste spotkanie, połączone z koncertem wybitnych greckich artystek (Katerina Drosaki – piano, Danae Eleni – sopran). Greckie Święto Narodowe zostało oficjalnie ustanowione w 1838 roku: dzień 25 marca jest datą, która symbolizuje rozpoczęcie walki o niepodległość, co zbiegło się z religijnym Świętem Zwiastowania Pańskiego. Grecja stała się pierwszym niepodległym państwem na Półwyspie Bałkańskim. Pani Ambasador w przemówieniu powitalnym, skierowanym do dostojnych gości (dyplomaci, posłowie na Sejm RP, członkowie Parlamentarnej Grupy Przyjaźni Polsko-Greckiej, wojskowi, duchowni, biznesmeni, artyści, naukowcy) przypomniała wydarzenia historyczne o uniwersalnych wartościach i znaczeniu. Mówiła również o wdzięczności z jaką Grecy pamiętają polskich bohaterów, którzy walczyli o wolność ich ojczyzny. Byli to filhelleni, którzy w XIX wieku popierali dążenia niepodległościowe Greków, organizowali pomoc finansową, medyczną. Ruch ten obecny w Europie, był wyjątkowo silny w Polsce, w kręgach inteligencji i romantyków, którzy widzieli w Grekach spadkobierców dumnej i szlachetnej starożytnej cywilizacji. A w ich walce o wolność – podobne idee jak wśród Polaków. Polscy filhelleni zapisali się w historii. Ich zasługi i bohaterstwo zostały upamiętnione np. ich nazwiska zapisano na kolumnach w kaplicy w Nauplion (pierwsza stolica nowożytnej Grecji). Pięć lat temu Uniwersytet Warszawski wydał publikację „Wolność albo śmierć. Polscy filhelleni i powstanie greckie 1821”. Pani Ambasador mówiła o postępie gospodarczym kraju, znaczeniu wdrażania nowoczesnych technologii. Podkreśliła doskonałe kontakty z Polską – w polityce, gospodarce i kulturze. „Urodziny Grecji” są też okazją do podziękowania Polakom za wielowiekową przyjaźń i gościnność. Grecy osiedlali się u nas już od średniowiecza, czego dowodem są zabytkowe budowle sakralne w Zamościu, Poznaniu, Lublinie i Warszawie. Obecnie najwięcej Greków mieszka we Wrocławiu, gminie Police, Zgorzelcu, Świdnicy, gminie Ustrzyki Dolne, Bielawie i Bielsko-Białej. Wielu z nich to znani muzycy: Apostolis Anthimos, Mikis Cupas (zespół Wilki), Niki Ikonomu (wokalistka popularnej przed laty grupy Filipinki i Pro Contra), Kostek Joriadis, Milo Kurtis, Paulos Raptis (śpiewak operowy), Jorgos Skolias, Eleni Tzoka.
NOWA LALKA

„Lalka” Bolesława Prusa ma wyjątkowe szczęście do licznych adaptacji. Jest atrakcyjnym tworzywem do inscenizacji: na ekranie, na scenie, w telewizji. W pamięci widzów pozostał film, zrealizowany w 1968 roku w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa (z Beatą Tyszkiewicz i Mariuszem Dmochowskim w rolach głównych). W tym roku, zapewne na jesieni, czekają premiery aż dwóch niezależnych ekranizacji: kinowej oraz wersji serialowej. W warszawskim Teatrze Powszechnym w 1967 roku Adam Hanuszkiewicz przygotował spektakl „Pan Wokulski”, a wiele lat później (w 1993 roku) w Teatrze Narodowym „Pannę Izabelę”. Były też musicale i serial telewizyjny. „Lalka” przyciąga wyrazistymi postaciami bohaterów, realiami społeczeństwa końca XIX wieku, wątkiem uczuciowym. Do „Lalki” sięgnął teraz Mikita Iłynczyk, reżyser urodzony w Nowogródku, a pracujący w Polsce. Zaadaptował tekst na nowo, rozbudowując go o dodatkowe wątki i zarazem rezygnując z innych. Z Goranem Injacem (dramaturgia) przygotował przedstawienie na scenie Teatru Dramatycznego, pokazując zupełnie inne, świeże spojrzenie na powieść Prusa. To „Lalka” według znanego utworu, co sugeruje automatycznie spore zmiany i swobodę interpretacji. W wersji awangardowej, eksperymentalnej wątki powieści przeplatają się z sekwencjami, przenoszącymi postacie w realia współczesne. Jest w tym trochę humoru, ironii, a czasem dramatu – jak w rozbudowanej scenie z lalką baronowej Krzeszowskiej (pamiątka po zmarłej córce) i Heleną Stawską. Co zapamiętamy z tej „Lalki”? Z pewnością kreacje aktorskie, chociaż nie wszystkie postacie dostały równą szansę, by zarysować się w pełni. Zawiłe dysputy o polityce i ekonomii panów przy kawiarnianym stoliku nie wydają się tak ciekawe jak niuanse w budowaniu przekształcających się warstw społecznych w dobie rewolucji przemysłowej. Na pierwszy plan wybija się skomplikowana relacja Wokulski – Izabela Łęcka. Wokulski (Marcin Bosak) to nowobogacki, dość protekcjonalny w zachowaniu po rozmaitych doświadczeniach życiowych i osiągnięciu fortuny, kreuje się na biznesmena. Przekonany, że wiele (jeśli nie wszystko) można kupić. Liczy na to, że zubożała arystokratka Izabela zainteresuje się jego pieniędzmi i zdecyduje na wygodne, dostatnie życie u jego boku. Bardzo się myli. Izabela (Marta Ojrzyńska) nie jest bezwolną lalką: dobrze wie, czego chce i kogo nie chce. A nie chce Wokulskiego, który w swoich zabiegach jest niezręczny jak słoń w składzie porcelany. Wydaje się nudny i prostacki, denerwuje. Izabela ledwo go toleruje, igra z jego uczuciami, co doprowadza go do szału. Ale natrętny zalotnik nie wzbudza litości ani współczucia, nie budzi sympatii. W scenie z bukietem kwiatów, kiedy bezskutecznie pada przed nią na kolana nie jest wzruszający, a zwyczajnie żałosny. To tylko krótkie refleksje po obejrzeniu spektaklu, opartego na kanwie wciąż interesującego dzieła literatury.
LUDZIE I DUCHY

W polskim kinie ostatnie miesiące zdecydowanie należą do Emi Buchwald. Absolwentka Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej łódzkiej uczelni dała się już wcześniej zauważyć, realizując filmy krótkometrażowe („Nauka”, „Heimat”, „Piękna łąka kwietnia”) i dokumentalny („Echo”), które zdobyły rozmaite nagrody i wyróżnienia. Ale debiutancki film fabularny „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” (reżyseria oraz scenariusz – we współpracy z Karolem Marczakiem) przyniósł prawdziwy wysyp sukcesów, a o Emi Buchwald mówi się jako o znaczącej osobistości naszej kinematografii. Jeszcze na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni ta produkcja została doceniona i obsypana nagrodami: za reżyserię, kobiecą rolę drugoplanową, reżyserię castingu; zdobyła też Nagrodę Dziennikarzy. W tym roku Emi Buchwald odebrała Paszport „Polityki” – „za pewność w kreowaniu intymnej atmosfery i odważne spojrzenie w kierunku metafizyki, za czuły i nieoczywisty portret młodego pokolenia uwikłanego w skomplikowane relacje rodzinne”. Zupełnie niedawno Polska Akademia Filmowa przyznała jej Nagrodę ORŁA, nazywając „Odkryciem Roku”. Znawcy kina wspominają, że jeszcze jako studentka reżyserii postrzegano ją w branży jako jedną ze wschodzących nadziei polskiego kina. Tej nadziei nie zawiodła. W jej szkolnych etiudach widziano twórczą odwagę, ironię i humor, dystans, bystrość obserwacji absurdów codzienności, podejmowanie problematyki relacji rodzinnych, oryginalne splątanie fabuły. Prezentowany na festiwalu w Gdyni w ubiegłym roku „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” dopiero wszedł na ekrany. To portret młodego pokolenia, zarówno w realistycznym jak i w metafizycznym wymiarze. Jak mówiła reżyserka, „ludzie w tym filmie komunikują się ze światem nie tylko dialogiem i działaniem, ale też za pomocą duchowej intuicji, która powoduje, że widzą więcej”. Bohaterowie opowiedzianej historii (występują: Bartłomiej Deklewa, Izabella Dudziak, Tymoteusz Rożynek, Karolina Rzepa) to rodzeństwo, uwikłane w rozmaite problemy, które próbują rozwiązać sami, na własną rękę, bo już czują się dorośli. Nie jest to proste: duma nie pozwala im prosić o pomoc, nawet najbliższych. Nie chcą przyznać się do własnych błędów i porażek. Ale od czego jest rodzina? Chociaż wyraźnie zakreślają granice, których nikomu nie wolno przekroczyć, czują emocjonalną więź i jeśli nawet z dużymi oporami, to jednak pozwalają wejść do swojego hermetycznego świata. W tytułowym mieszkaniu na Dobrej nie ma duchów (tylko w wyobraźni pojawia się tajemniczy osobnik), ale są ludzie, walczący ze swoimi wewnętrznymi demonami. Tematyka związków rodzinnych jest szczególnie bliska Emi Buchwald: sama wychowała się w rodzinie wielodzietnej, co niewątpliwie ukształtowało jej osobowość i perspektywę. I twórczość, bo sportretowała tzw. Pokolenie Z, należące do wszechwładnego internetu, komórek i mediów społecznościowych. Dla widzów ten film jest ciekawym doświadczeniem.
ARTYSTYCZNA MOC
Wręczone niedawno po raz czternasty nagrody MocArty RMF Classic zwróciły uwagę na nieprzeciętne dokonania laureatów, wybranych w internetowym głosowaniu przez słuchaczy tej stacji radiowej oraz przez dziennikarzy. Sylwetka „Człowieka Roku” może zaimponować i zainspirować. Andrzej Bargiel zapisał się w historii światowego himalaizmu i narciarstwa wysokogórskiego. Po serii porażek nie zniechęcił się i nie porzucił marzeń. 22 września ubiegłego roku jako pierwszy w historii narciarz zjechał ze szczytu Mount Everest (8849 metrów n.p.m.) bez użycia dodatkowego tlenu w butli. To był jego cel i udało mu się tego dokonać, chociaż sam atak na szczyt najwyższej góry świata trwał 16 godzin, w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych. Zjazd też nie był łatwy: Bargiel nie korzystał z lin poręczowych. To wyczyn dosłownie mrożący krew w żyłach. Budzi podziw konsekwencja w dążeniu do celu, perfekcyjne przygotowanie techniczne i kondycyjne oraz pasja, z jaką podejmuje niecodzienne wyzwania. Dzięki wyprawie Everest Ski Challenge 2025 zdobył ogromne uznanie, szacunek i popularność. Jego sukces był szeroko komentowany przez rozmaite media, także zagraniczne, kreując pozytywny wizerunek polskiego sportowca. „Wydarzeniem Roku” okazała się premiera serialu „Heweliusz” w reżyserii Jana Holoubka, opowiadającego o katastrofie na miarę „Titanica”. 14 stycznia 1993 roku na Morzu Bałtyckim u wybrzeży wyspy Rugia zatonął polski prom MF „Jan Heweliusz”, kursujący ze Świnoujścia do Ystad. Przy sztormie 12 stopni w skali Beauforta statek obrócił się do góry dnem; zginęło 56 osób – marynarzy i pasażerów. Zrealizowanie pasjonującego serialu na ten temat było ogromnym wyzwaniem, przede wszystkim ze strony technicznej. Wymagało zastosowania najnowocześniejszych efektów specjalnych. „Heweliusz” jest przykładem skrupulatnie odtworzonych realiów lat 90-tych we wszystkich detalach. Jednocześnie w swojej wymowie powraca do tragicznego rejsu, budząc dyskusję na temat kwestii bezpieczeństwa na morzu. „MocNa Rzecz w Sieci” (pisownia oryginalna) – laureatką tej kategorii jest Kasia Gandor, która w rozmaitych serwisach internetowych (Instagram, YouTube, Facebook) popularyzuje wiedzę z biotechnologii. W przystępny sposób wyjaśnia skomplikowane zjawiska z dziedziny nauki, technologii, zdrowia i ekologii. Okazuje się, że jej pogadanki, krótkie filmy i animacje, oparte na faktach i konkretnych danych cieszą się dużą popularnością. Nie jest to „czarna magia”, wystarczy wytłumaczyć na czym to polega. W kategorii „Muzyka Filmowa Roku” laureatką została Hania Rani – kompozytorka, autorka ścieżki dźwiękowej do dzieła norweskiego reżysera Joachima Triera „Wartość sentymentalna”. Właśnie za muzykę do tego filmu doceniła ją Akademia Europejskiej Nagrody Filmowej, chociaż jej dyskografia jest już bardzo bogata. I ostatnia nagroda: „Bo wARTo”, skierowana do młodych, obiecujących twórców, związanych z kinem. Tu triumfowała Agata Turkot: warszawianka, aktorka znana z seriali telewizyjnych, a ostatnio z roli w filmie „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego.
BEATA JOANNA PRZEDPEŁSKA


