Marek Baterowicz – Bezbożność, terror i propaganda
Share
Pod tym właśnie tytułem prof. Wojciech Roszkowski wydał tom piętnujący fałszywe proroctwa marksizmu (Kraków, Biały Kruk, 2024), a ta szeroka perspektywa zapowiada też wizję bezbożnej epoki i sterroryzowanych narodów, którym kazano wierzyć ślepo w absurdy Marksa i Engelsa, więc maszerować pod ich portretami w pochodach pierwszomajowych. Roszkowski ukazuje przy tym tragedię krajów masakrowanych poronioną teorią nieszczęsnego „filozofa” z Trewiru. Rewolucja w imię haseł Marksa była straszliwym błędem, a efektem kolektywizacji i tej nowej „ekonomii” były najpierw tysiące mordowanych „kułaków” (wieszanych z rozkazu Lenina), a następnie miliony zagłodzonych, zwłaszcza na Ukrainie. Fiasko założeń marksizmu-leninizmu odkrywano szybko, jednak krwawa dyktatura bolszewików niestety ocaliła ten chory system, który po 1945 zniszczył zdrowe gospodarki krajów Europy Wschodniej, gdy narzucono go sowietyzacją tego regionu. Na szczęście polskiej wsi nie spętano kolektywizacją (poza wyjątkami), co pozwoliło nam przeżyć idiotyczną epokę PRL-u z pozorami wolnego rynku na miejskich targach.
Prof. Roszkowski pisał krytycznie o Marksie i jego pomylonej teorii już w tomie „Roztrzaskane lustro” („Biały Kruk”, 2019) , tam już widoczny jest embrion nowej książki o absurdach marksizmu, podczas gdy „Roztrzaskane lustro” jest wielkim ostrzeżeniem przed nadchodzącą zagładą naszej cywilizacji. Dlatego w jego podtytule czytamy o upadku cywilizacji zachodniej, co wieszczono wprawdzie dawno, za czasów Spenglera, lecz tamte ostrzeżenia nie były jeszcze tak uzasadnione jak dzisiaj, a „Roztrzaskane lustro” dopiero ukazuje nam symptomy bliskiego upadku. Dziś – kiedy toniemy w „cywilizacji” śmierci pod ciężarem „wielu prawd” (relatywizmu), a pozbawieni praw do obrony dzieci przed deprawacją, osaczeni szalonymi teoriami o 55 płciach czy patrząc na agresję wobec rodziny, Kościoła i wszelkich wartości, negowanych przez gender, których pęknięte okruchy odbijają się w roztrzaskanym lustrze. Wiele z tych agresywnych lewackich teorii ma swe korzenie w nurtach marksizmu, który dalej dymi na świecznikach, gdy Unia Europejska świętowała 200-lecie urodzin Karola Marksa z wielką pompą w bazylice Konstantyna w Trewirze. Trudno też o większy fałsz w tych słowach Jean-Claude Junckera, który zapewniał, że Karol Marks jakby nie odpowiadał za zbrodnie komunistycznych reżimów(?), kiedy każdy widzi bezpośrednią zależność między hasłem walki klasowej a rewolucyjnym gwałtem na obywatelach oraz praworządności czy prawdzie, które były pierwszymi ofiarami komunistów. Marks – o zgrozo – nadal króluje w Domu Historii Europejskiej w Brukseli, co jest obrazą dla milionów ofiar jego kryminalnej teorii. To jakby nadal propagować kult Hitlera mimo procesu w Norymberdze, ale niestety dzieje się tak, ponieważ zbrodniarze komunistyczni jakoś nie doczekali się Norymbergi w Europie, co jest sprawą zupełnie niepojętą. A spóźniony wyrok na Pol Pota jest farsą historii. Dlatego – chociaż wysoko cenię powyższy tom prof. Roszkowskiego o krwawej paranoi marksizmu – proponowałbym też lekturę kapitalnego artykułu prof. Jana Ryszarda Sielezina, który demaskuje „filozofa” z Trewiru w rewelacyjnym artykule „Karol Marks – znawca proletariatu czy czciciel szatana?” (vide „Arcana”, nr 154/ maj, czerwiec 2020, str.113-123). Okazuje się, że Marks był gorliwym satanistą, a delektował się i słowami Mefistofelesa z „Fausta” Goethego: „Wszystko co istnieje, zasługuje na zgubę”. Marksa nie interesowało dochodzenie do prawdy, przeciwnie to on fałszował cytaty z innych (np. z Adama Smitha), a wiele innych rewelacji znajdziemy pod piórem prof. Sielezina. Kto nie dotrze do jego tekstu, znajdzie podobne odniesienie w omawianym tu tomie prof. Roszkowskiego, gdyż Autor także ujawnia drastyczne obsesje Marksa, które – zdaniem biografa twórcy marksizmu Roberta Payne – wskazują, że był on jakby opętany przez demony, zaś prof. Roszkowski cytuje znamienny wiersz Marksa:
Z Szatanem zawarłem pakt.
On me nuty kreśli i wybija takt,
ja gromko wygrywam śmierci marsz. (str. 40)
Czy można się zatem dziwić, że później Marks wylansuje “nienawiść” jako motor rozwoju oraz postępu? Tak prymitywny postulat nie pasuje jednak do ewolucji ludzkości, przeciwnie jest wielkim dysonansem i zniewagą dla filozofów, ale też – jak przypominał zawsze prof. Jerzy Gałecki – przed wojną Marksa nie uważano za filozofa. Przydomek ten niezasłużony otrzymał, gdy w podbitych krajach Europy wschodniej powstawały na uczelniach wydziały marksizmu. A ten feralny postulat nienawiści klasowej najpiękniej, choć z elegancją, ośmieszył papież Leon XIII w słynnej encyklice „Rerum novarum” (1891) w tych oto słowach: „W kwestii tej największym błędem jest zakładać, że jedna klasa społeczna jest z natury wrogiem drugiej, czyli że bogaci i proletariusze mają w naturze walkę w bezlitosnym pojedynku ze sobą. (…) Jedna klasa koniecznie potrzebuje drugiej, bo ani kapitał bez pracy, ani praca bez kapitału istnieć nie może.”
Niestety ta mądra refleksja nie zatrzymała marszu głupoty, wspartej bezmyślną nienawiścią, lecz bodaj w krajach demokratycznych wysłuchano Leona XIII, a tam kapitaliści dogadali się w końcu z robotnikami w zakładanych związkach zawodowych. Prof. Roszkowski pisze o Leonie XIII i o życzliwości Kościoła wobec klasy robotniczej, a już w 1854 baron von Ketteler (późniejszy biskup Moguncji) wydał książkę pt. “Kwestia robotnicza a chrześcijaństwo”. W Londynie przyszły papież spotykał się z Manningiem, zwanym biskupem ubogich. W USA związek robotniczy zwany Knights of Labour powstał w 1869, a w Europie zakładano je w latach 1864 – 1890, choć już w 1844 powstał związek górników w Anglii. A ruch związkowy popierał zawsze Kościół, pisze o tych sprawach Autor (str.131-133), niestety pominął jakże słuszną refleksję Leona XIII na temat nienawiści klasowej, która niczym piorunochron rozładowała napięcie wywołane agresywną i bezsensowną postawą Marksa. Tak to inteligencja – jako vis maior – wytyczyła drogę koniecznej ewolucji kapitalizmu, podczas gdy marksizm tylko szkodził sprawie robotniczej. A w dodatku Marks z Engelsem nie przeanalizowali logicznie swej doktryny, zatem marksizm stał się pułapką dla robotników w dziedzinie ekonomii, a oszustwem w sensie politycznym, bo to nie partia robotnicza rządziła w praktyce, lecz dyktat aparatczyków w komitetach centralnych. Niestety, to odkryto dopiero po powstaniu reżimów komunistycznych. To wielkie oszustwa wyjaśnił mi dawno pewien skromny, lecz mądry zakonnik z klasztoru na Skałce, z którym przyjaźniłem się od dzieciństwa. Tak więc już w wieku pacholęcym, parę lat przed maturą, poznałem prawdę o marksizmie, gdy pewnego dnia ojciec Serafin objawił mi, że komunizm jest li tylko kapitalizmem państwowym! W latach, gdy komunizm był zmorą naszych czasów, taka definicja obnażyła w lapidarny sposób przewrotną naturę komunizmu, więc marksizmu. A z upływem lat gromadziłem coraz więcej dowodów na jej poparcie, zaś kiedy w 1976 odkryłem książkę Alain Besancona – „Court traite de sovietologie” – zrozumiałem, że ojciec Serafin był prekursorem Besancona, tyle że nie opublikował nic na ten temat. To odkrycie przyśpieszyło mi pisanie eseju antymarksowkiego pod tytułem „Widmo”, co było aluzją do zdania z „Manifestu komunistycznego”: „Widmo krąży po Europie…”. Dziś to „widmo” zainstalowało się w Brukseli i dopóki nie usuną go jakieś egzorcyzmy, Unia Europejska nie oczyści się z tej trucizny i nadal będzie molochem o quasi-totalitarnym obliczu.
Istotnie, aplikując analizy Besancona do moich własnych przemyśleń w eseju „Widmo” mogłem potwierdzić, że największym potknięciem logicznym Marksa i Engelsa było to, iż zwalczając kapitalizm (rynkowy) stworzyli przez pomyłkę kapitalizm państwowy, a zatem ustrój wsteczny oraz niebezpieczny ekonomicznie dla narodów, które go przyjmą. Taki monokapitalizm bowiem wiódł narody do pauperyzacji, czasem na granicy głodu, gdyż po likwidacji wolnego rynku spadała ilość i jakość towarów, co z kolei generowało korupcję i czarny rynek. A politycznie partia jako bezkarny „kolektywny tyran” (też „kolektywny kapitalista”) narzucała totalitaryzm. Poniższe równanie więc wspiera się na analizach z Besancona: komunizm=monokapitalizm+totalitaryzm. Okazuje się nagle, że faszyzm – choć też okrutny – przynajmniej nie rujnował gospodarki, wolnego rynku. Z ojcem Serafinem już się nie konsultowałem, gdyż przeniesiono go na Jasną Górę. Esej mój przemyciłem potem (w 1981) francuską pocztą dyplomatyczną na Zachód, a wydałem w Sydney w 1996.
Niestety, ślepa rewolucja w Rosji, a potem przerzuty tego nowotworu na „demoludy” w Europie czy na kraje Azji przyniosły straszliwe cierpienia oraz zagładę milionów w wielu krajach. Na szczęście – dzięki czujności generałów wraz z Franco, który dołączył ostatni do buntu! – nie udało się przeszczepić tej choroby do Hiszpanii, o czym marzył Stalin wraz z sowieckim ambasadorem Rosenbergiem, który jako… wicepremier bywał już na posiedzeniach parlamentu w Madrycie.
Trzeba tu dodać, że tom prof. Roszkowskiego nie dotyczy tylko demonicznej sylwetki Marksa, ale jest historycznym freskiem minionych epok, a czytamy w nim nawet o Wiośnie Ludów czy o Komunie Paryskiej, o różnych odmianach socjalizmu, o II Międzynarodówce czy o bolszewickiej rewolucji, albo o wojnie z Sowietami, w której nasze zwycięstwo pod Warszawą zatrzymało pochód Armii Czerwonej na Europę. Jest nieco o sowietyzacji wschodniej Europy, rozdział o Trockim, także innych marksistach, a nawet o rewolucji w Chinach, a zatem o ekspansji komunizmu wraz z chorą doktryną Marksa, której postulat nienawiści klas szybko przeobrażał się w nienawiść krajów komunistycznych do państw demokracji, więc dzisiaj kontemplujemy nienawiść reżimu północnej Korei do swych braci z południa, a także do Japonii. To szczególny legat marksizmu, a z okładki tomu patrzy na nas karykatura Marksa w „koronie” statuy wolności, piórka pani Ewy Barańskiej Jamrozik. Blisko 120 zdjęć oraz ilustracji cieszy oko czytelników, choć pewne zdjęcia szokują jak np. feministki przerywające mszę świętą w poznańskiej katedrze, a domagające się aborcji na życzenie! Omawiany tom wykracza poza granice monografii o Marksie, a w ostatniej części tej książki czytamy o dziedzictwie Darwina, Freuda, feminizmie, ideologii gender czy hedonizmie, transhumanizmie i oczywiście o marksizmie dzisiaj, bo choć wygasił on swoje reflektory, to dziwią nas jego konwulsje w krajach uważanych nie tylko za prowincje trzeciego świata. Prof. Roszkowski we wstępie pisze, że choć dziś marksizm jest zarówno nagi, jak i martwy, to zaraża niestety kolejne pokolenia („np. Slavoj Zizek w Słowenii), co dzieje się chyba dlatego, że nadal Marks uchodzi za „filozofa”, zatem znajduje jeszcze badaczy w katedrach filozofii. Tymczasem z perspektywy Besancona (za mało miejsca poświęcono mu w omawianym tomie) perfidna, absurdalna teoria satanisty z Trewiru nie wytrzymuje krytyki podstaw logiki, a także etyki (o jej fiasku pisze też prof. Roszkowski, str. 83-88). Marks był nieudanym ekonomistą, a swego błędnego „Kapitału” nie skończył, zrobił to za niego Engels. Dziś widmo Marksa wyblakło bardzo, ale potrzeba wydania tego tomu prof. Roszkowskiego nadal była ogromna, albowiem jeszcze nie tak dawno widzieliśmy w książce nawet Stanisława Barańczka „Nieufni i zadufani” tak piramidalną bzdurę, że marksizm był… najbardziej romantyczną filozofią wszystkich czasów (!?), a Zdzisław T. Łączkowski w jednym z wierszy wyznaje, że z podobną uwagą czytał św. Augustyna i… Marksa! Zestawienie obu tych postaci świadczy, że w świadomości społecznej panuje wielkie zamieszanie i ignorancja co do prawdziwych dokonań autora „świętej” księgi komunistów. Prof. Wojciech Roszkowski wypełnił wybornie tę lukę demaskując szeroko fałszywe proroctwa zwolennika terroru i nienawiści.
Marek Baterowicz
„Bezbożność, terror i propaganda” (Biały Kruk, 2024, str. 301)


