Bezmiar śmierci na Kresach 1943 -1945
Share
Obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach – Warszawa. Fot. J. Szymczuk, KPRP
Autor: Dr Edward Reid
(tłumaczenie: Andrzej Balcerzak)
W historii istnieją rany, których nie da się uprościć, ponieważ leżą na styku cierpienia, nacjonalizmu, wojny, zemsty i pamięci. Masakra polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej podczas II wojny światowej pozostaje jedną z takich ran.
Dla wielu Polaków to nie tylko historyczny epizod pogrzebany w archiwach, ale blizna niesiona przez pokolenia, pamięć zachowana poprzez milczenie, rodzinne świadectwa, opuszczone wsie i groby, które w większości pozostają nieoznakowane do dzisiaj.
W latach 1943–1945 dziesiątki tysięcy polskich cywilów, w tym kobiety, dzieci i osoby starsze, zostało zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i powiązane z nią formacje nacjonalistyczne związane z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) oraz lokalną ludnością ukraińską.

Masakra Wsi Lipki. Domena publiczna
Przemoc miała miejsce głównie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, terenach zamieszkiwanych przez wieki przez mieszaną ludność polską, ukraińską, żydowską, ormiańską i innych narodowości.
Historycy wciąż spierają się o dokładne liczby, ale wiemy, że skala mordów była ogromna. Setki polskich wsi zostały zmiecione z mapy. Kościoły zostały spalone z wiernymi w środku. Rodziny mordowano na polach, w domach i lasach z niezwykłą brutalnością. Ci, którzy przeżyli, często nosili w sobie wspomnienia zbyt bolesne, by je otwarcie opisywać, zwłaszcza w czasach komunizmu, gdy realia polityczne zniechęcały do uczciwej dyskusji.
W szeregach OUN i UPA narodziło się przekonanie, że etnicznie czyste państwo ukraińskie można osiągnąć jedynie poprzez usunięcie ludności polskiej z Kresów. Nastąpiła systematyczna kampania terroru, mająca na celu oczyszczenie całych regionów z polskiego życia. Groza leżała nie tylko w liczbach, ale także w intymności przemocy. Często były to sąsiednie społeczności. Ludzie, którzy handlowali, pracowali razem i znali się od lat, nagle zostali podzieleni ideologią i strachem.
Ocaleni wspominali słyszenie dzwonów kościelnych używanych jako sygnały do ataków. Pamiętali dzieci zabijane przed rodzicami, podpalane domy i desperackie ucieczki przez lasy. W wielu relacjach okrucieństwo wydaje się niemal niezrozumiałe, a jednak ludobójstwo często zależy właśnie od upadku zwyczajnych norm moralnych, gdzie sąsiedzi przestają postrzegać siebie nawzajem jako istoty ludzkie, stając się przeszkodami dla nacjonalistycznych ideologii.
Przez dziesięciolecia pamięć o tych masakrach istniała w formie fragmentarycznej. Władze komunistyczne w Polsce często tłumiły otwartą dyskusję, ponieważ komplikowała ona sowieckie narracje geopolityczne. Rodziny szeptały historie w prywatnych rozmowach. Ocaleni starzeli się i umierali, niosąc ze sobą wspomnienia, których niewielu poza ich społecznościami rozumiało.
Dopiero po upadku komunizmu, dzięki badaniom naukowym, świadectwom i ekshumacjom, zaczęły pojawiać się pełniejsze badania historyczne. W dzisiejszej Polsce masakry są uznawane za ludobójstwo, nie tylko ze względu na skalę zbrodni, ale także dlatego, że ich celem było zniszczenie ludności etnicznej na określonym terytorium.
Temat ten pozostaje politycznie drażliwy, zwłaszcza w świetle współczesnych realiów geopolitycznych i walki Ukrainy z rosyjską agresją. Niektórzy obawiają się, że dyskusja o tych zbrodniach może osłabić jedność dyplomatyczną lub zostać cynicznie wykorzystana przez wrogie mocarstwa.
Prawda jednak nie może zależeć wyłącznie od politycznej wygody. Historyczna uczciwość to nie zdrada. Narody dojrzewają moralnie nie poprzez ukrywanie zbrodni popełnionych w ich imieniu, ale poprzez konfrontację z nimi z odwagą i godnością.

Warszawa, 11 listopada 2024
Celem pamięci historycznej nie powinno być utrwalanie odziedziczonej nienawiści między współczesnymi narodami, które same nie popełniły tych zbrodni. Powinna ona raczej służyć jako przestroga przed tym, co się dzieje, gdy nacjonalizm traci swoje człowieczeństwo, a tożsamość etniczna staje się świętsza niż samo ludzkie życie.
Opuszczone wsie Wołynia mówią cicho nawet teraz. Pod lasami i polami leżą szczątki rodzin, które kiedyś wierzyły, że zestarzeją się w tych miejscach. Zostali zamordowani nie z powodu swoich czynów, ale po prostu dlatego, że byli Polakami.
Szczere upamiętnienie ich nie jest aktem ekstremizmu. To akt ludzkiej odpowiedzialności. I być może to jest najgłębsza lekcja ze wszystkich. Pamięć nie ma nas więzić w przeszłości, ale chronić przyszłość przed jej powtórzeniem.


