Beata Joanna Przedpełska – Echa Warszawskich Salonów
Share
Ilustracja do felietonu „Dzień Konstytucji”
DZIEŃ KONSTYTUCJI
Grunnlovsdagen, czyli Dzień Konstytucji Norwegii, obchodzony 17 maja upamiętnia podpisanie tego aktu prawnego, proklamującego niepodległość państwa w Eidsvolt w 1814 roku. Budynek, gdzie powstawał tekst Konstytucji ceniony jest jako jeden z najważniejszych symboli narodowych Norwegii. W dniu Święta Narodowego, obchodzonego na tę pamiątkę, wymienia się pozdrowienie „gratulerer med dagen!”, czyli „Gratulacje z okazji tego dnia”. Przypomina ono o szczególnie istotnych wartościach: demokracji, wolności, wspólnocie, solidarności i odpowiedzialności za pielęgnowanie tradycji. Pierwsze oficjalne uroczystości Dnia Konstytucji odbyły się w 1833 roku w Oslo. Ambasador Królestwa Norwegii w Polsce J. E. Oystein Bo zaprosił na uroczyste spotkanie w Pałacu Krasińskich. W programie znalazły się hymny państwowe Norwegii („Ja, vi elsker dette laudet”) i Polski („Mazurek Dąbrowskiego”). Następnie do zaproszonych gości – dyplomatów, przedstawicieli rządu i instytucji państwowych, przyjaciół Ambasady i partnerów handlowych firm norweskich – zwrócił się Ambasador J. E. Oystein Bo oraz z okolicznościowym przemówieniem wystąpił Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych RP, Robert Kupiecki. Specjalny repertuar przygotował Chór Copernicus Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Relacje polsko-norweskie datują się… od czasów Piastów. Do Norwegii wywożono wówczas zboże i skóry, a przywożono suszone ryby (sztokfisz). Historię Norwegii pisali później emigranci z Powstania Listopadowego i Styczniowego. Inżynier Aleksander Waligórski kierował budową kanałów żeglugowych i tras kolejowych. Adam Dzwonkowski założył jedno z najważniejszych wydawnictw w Norwegii, a Ludwik Szaciński powołał do działalności Towarzystwo Fotograficzne, zostając nawet mianowanym nadwornym fotografem królewskim. Oficjalne stosunki dyplomatyczne datują się od 1919 roku, wkrótce potem powstała Norwesko-Polska Izba Handlowa, realizująca wzajemną wymianę gospodarczą. W czasie II wojny światowej Polacy zasłynęli odwagą i bohaterstwem, walcząc o Narvik. W kampanii 1940 roku brała udział Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich pod dowództwem gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza, a także polska marynarka: okręt podwodny ORP Orzeł, niszczyciele ORP Burza, ORP Błyskawica i ORP Grom; transatlantyki: MS Batory, MS Chrobry i MS Sobieski. Wielu polskich żołnierzy poległo; kilkunastu odznaczono Norweskim Krzyżem Wojennym. Obecnie rozwija się polsko-norweska współpraca gospodarcza, handlowa, kulturalna i naukowa. Corocznie na naszych uczelniach studiuje około 1500 studentów z Norwegii (ulubiony kierunek to medycyna). Wciąż kontynuowane są badania, związane z Arktyką. Już w 1957 roku powstała Polska Stacja Polarna im. Stanisława Siedleckiego w Hornsund, w południowej części Spitsbergenu, którą zarządza Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk.
INNA

Witold Gombrowicz napisał „Iwonę, księżniczkę Burgunda” w 1938 roku. Dramat pozostaje do dziś jednym z najpopularniejszych, wystawianych na polskich scenach. Prapremiera odbyła się w 1957 roku (niemal 20 lat od chwili publikacji) w warszawskim Teatrze Dramatycznym w reżyserii Haliny Mikołajskiej (z Barbarą Krafftówną w roli tytułowej). Potem sięgali do niego m. in. Grzegorz Jarzyna, Zygmunt Hubner, Agnieszka Glińska, Agata Duda-Gracz i wielu innych; była też wersja operowa z muzyką Zygmunta Krauze. Wśród licznych realizacji warto odnotować spektakle w teatrach francuskich, szwedzkich i niemieckich. „Iwona” powróciła na scenę – tym razem Teatru Ateneum w reżyserii Anny Augustynowicz. Od prapremiery minęły lata, a historia dziewczyny nieprzystającej do otaczającej ją rzeczywistości wydaje się wciąż na czasie. Gombrowiczowski dwór: król, królowa, książę, szambelan – to tylko umowne postacie, symbolizujące władzę, dającą przewagę i nieograniczone możliwości realizacji swoich zachcianek i postępków. Tytułowa Iwona jest zagadkową, zamkniętą w sobie, niepozorną dziewczyną, która przez swoją inność wyróżnia się spośród wszystkich. Negatywnie, bo intryguje i irytuje zarazem, drażni, przeszkadza swoją obecnością. Snuje się bez celu, nie reaguje na niewybredne zaczepki i szyderstwa, znosi je z dziwną obojętnością. Ciekawa rola, bo trzeba skupić uwagę widzów, a Iwona nie wypowiada żadnej kwestii. Karolina Charkiewicz jest na scenie zdecydowanie zauważalna i sugeruje, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy podzielamy niechęć do tej dziwacznej osoby, czy może jej współczujemy. Jest to zatem opowieść o tolerancji, a raczej o jej braku. Iwona wymyka się wszelkim schematom; jej zachowanie jest niezrozumiałe i niepokojące. I chociaż nie robi nic złego, ściąga na siebie nienawiść otoczenia. Nienawiść tak silną, że doprowadzającą do morderstwa. Iwona nie potrafi nic zrobić w swojej obronie, bo chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z wrogości tych, którzy krążą wokół niej, osaczając coraz ciaśniej, by w końcu zabić. Po jednej stronie znajduje się Iwona, a po drugiej cała reszta, ukrywająca skrzętnie swoje grzechy i grzeszki. Pozornie dostojna para królewska widzi w niej kogoś, kto przypomina im niechlubną przeszłość; burzy dotychczasowy porządek, zakłóca spokój, obnaża sztuczność dworskiej etykiety. Rozkapryszony następca tronu – książę Filip (Maciej Musiałowski) – zamierza zabawić się kosztem dziewczyny, ożenić się z nią, bo jest to dla niego kaprys, chwilowa zachcianka. Dla jego ojca – króla Ignacego (Przemysław Bluszcz) – obecność Iwony jest jak wyrzut sumienia, przypomnienie mrocznego epizodu z przeszłości, który już dawno próbował wyrzucić z pamięci. Królowa Małgorzata (Maria Ciunelis) widzi w niej odbicie swojej grafomańskiej twórczości i wprowadza w zakłopotanie. Początkowo nic nieznacząca zabawa nabiera tempa i przekształca się w ponury plan zbrodni doskonałej, by nikt nie brał na siebie odpowiedzialności za ten odrażający czyn. Groteskowa historia pióra Gombrowicza jest oczywiście symboliczna, przerysowana i należy ją odczytać z koniecznym dystansem. Ale w postaciach odnajdujemy ponadczasowe cechy – i w tym aspekcie „Iwona, księżniczka Burgunda” jest wciąż aktualna, ze smutną refleksją, że zło czai się zawsze i wszędzie. A tolerancja, wyrozumiałość i szacunek dla czyjejś odmienności jest nieustannie niezwykle trudną umiejętnością.
KLUBOWE RYTMY

Album „Let’s Rave Again” (Overdose Temptation Recordings), dostępny na winylu, CD i kasecie, to powrót do lat 90-tych i szalonych rytmów rave, kiedy rodził się ten gatunek muzycznych. Wonter (utwory skomponował, wyprodukował i zmiksował Piotr Kubicki) występuje pod pseudonimem artystycznym, bo zgodnie z założeniami stylu rave najważniejsza jest muzyka. Wonter należy do pionierów polskiej sceny elektronicznej; przez trzy dekady szlifuje swoje pomysły, śledząc nowe trendy i mody muzyki klubowej. Aby zrozumieć fenomen rave trzeba cofnąć się w czasie aż do lat 60. Już wtedy słowem rave określano dynamiczne, energetyczne imprezy taneczne. W następnych latach utwory charakteryzujące się mocnym, hipnotyzującym rytmem, odmierzanym uderzeniami perkusji, wielowarstwowym nakładaniem linii melodycznej, z wykorzystaniem instrumentów elektronicznych (sampler, syntezatory) i efektami dźwiękowymi zaczęły zdobywać coraz większą popularność. Postrzegano je jako bunt przeciwko zastałym, skomercjalizowanym szlagierom pop. Ponieważ nagrania rave niespecjalnie sprawdzają się w mainstreamowych audycjach radiowych, miejscem skupiającym sympatyków rave stały się imprezy w nocnych klubach underground i przestrzeniach industrialnych, takich jak opuszczone hale fabryczne, magazyny, place. Kiedyś dostępne dla wtajemniczonych, z czasem przeniosły się do amfiteatrów i na stadiony. W latach 90-tych był to już fenomen globalny, moda i kultura, a w rave upatrywano siłę nowoczesnego rock and rolla. Tacy wykonawcy jak The KLF, Joey Beltram, Scooter, Dune, Raver’s Nature, Marusha, The Prodigy, U 96, L. A. Style, T 99, MANIC, 808 State, Rozalla, Moby rządzili listami przebojów. W Polsce kolebką rave była Łódź, gdzie te rytmy królowały w modnych klubach „New Alcatraz”, „Blue Velvet” i „Węglowa”. W Krakowie przy rave bawiono się w słynnych „Kotłach”, a dziś tego typu miejsc jest co najmniej kilka. Przez lata muzyka ewoluowała w wielu kierunkach. Znawcy wymieniają takie odmiany stylistyczne jak techno, house, jungle, clubstep, drum and bass, breakbeat, acid, trance, hardstyle, trible, ambient, industrial, new beat, electro. Jest to muzyka otwarta na eksperymenty z głębią brzmienia, szybkim tempem i mocnym, wyrazistym rytmem. Przeglądem nurtów rave jest właśnie płyta Wontera „Let’s Rave Again”. To ponad 40 minut muzyki, dosyć monotonnej (z założenia rave ma hipnotyzować i wprowadzać w trans), przestrzennej, efektownej i energetycznej. Do większości utworów są już gotowe teledyski, a album promowany jest na koncertach i imprezach klubowych. Moje ulubione nagranie to „Angels” (najdłuższe!) z interesującym wokalem Justine.
PORTRET RODZINNY

Wydaje się, że to zwyczajna, normalna rodzina: ojciec, matka, córka i syn. Jednak z każdą minutą spektaklu „Muszenie” w reżyserii Jagody Szelc (także współautorki tekstu wraz z Tomaszem Śpiewakiem) na Małej Scenie Teatru Dramatycznego odsłania się coraz więcej tajemnic. Przez dwie godziny (bez przerwy) widzowie stają się obserwatorami, a nawet w pewnym stopniu uczestnikami tego dramatu. Jego bohaterka Agata jest już dorosła, wraz z partnerem próbuje porządkować szpargały przed świątecznym spotkaniem. Przypadkowo znaleziona stara kaseta wideo z nagraniem sprzed lat uruchamia lawinę wspomnień z dzieciństwa. A nie było sielskie-anielskie, bo naznaczone alkoholizmem ojca. Jego nałóg to nie awantury, przemoc, brutalność, totalne zdegenerowanie, ale presja psychiczna „w białych rękawiczkach”. Kiedy Agata pyta matkę, dlaczego wybrała takiego człowieka, po chwili wahania słyszy naiwną odpowiedź: bo jest taki wesoły. Faktycznie, na nagraniu widać ojca, który po drinkach staje się zabawny, szalony, pomysłowy. Odgrywa role, przebiera się jak w teatrze. Kto wie, może w innej sytuacji byłby dobrym aktorem. Do tej zabawy wciąga żonę i dzieci – najczęściej wbrew ich woli. To nie jest dzieciństwo ze wspólnymi spacerami, z czytaniem i opowiadaniem bajek. Agata obsesyjnie słucha jednej jedynej bajki: „Dziwne Przygody Pana Zająca”, odtwarzanej z kasety magnetofonowej. „Muszenie” (bo ojciec musi się napić – na tym polega jego problem uzależnienia) jest historią rodziny dysfunkcyjnej, w której nie ma miejsca na czułości, wzajemne zrozumienie, zaufanie, szczerość. Każdy musi radzić sobie sam ze swoimi problemami. Po nieudanych próbach nawiązania emocjonalnych kontaktów pozostaje tylko jedno: zamknięcie się w sobie, maska obojętności. Agata powraca do nagrania z dzieciństwa i próbuje spojrzeć na nie inaczej, dojrzalej; zrozumieć, wytłumaczyć sobie przeszłość. Jej wspomnienia to nie jest bajkowy obraz, chociaż uparcie powraca motyw bajki z magnetofonu. Ale to jeszcze nie wszystko. „Muszenie” jest także o tym, jak wyzwolić się z patologii, jak zbudować zdrowe, nowe relacje. Agacie się to nie udaje: mozolnie nawiązuje kontakty z otoczeniem, próbuje znaleźć sobie miejsce. Jednak to, co ukształtowało ją w dzieciństwie, wciąż ją dogania. To jej obsesja, a może przeznaczenie. W rezultacie powiela dobrze znany schemat: przy świątecznym stole zachowuje się skandalicznie, psując atmosferę rodzinnego spotkania. Wątpliwe, czy kiedykolwiek wyjdzie na prostą. Jej chłopak pochodzi z domu, gdzie nie było żadnej patologii, ale kompletny brak więzi emocjonalnych, panował wszechobecny chłód i obojętność. Postanowił, że kiedy dorośnie, stworzy prawdziwy ciepły dom. Miał to zrealizować właśnie z Agatą, ale nic nie wie o jej demonach. Ta ponura opowieść (w obsadzie: Waldemar Barwiński, Anna Gajewska, Robert T. Majewski, Maksymilian Piotrowski, Anna Szymańczyk) powstała na podstawie autentycznych wypowiedzi osób, które zmagają się z podobną traumą. To psychologiczne oczyszczenie, katharsis, uwolnienie tłumionych emocji i stresu, nagromadzonego przez lata. Droga do tego, by oddzielić grubą kreską przeszłość i zacząć życie od nowa.
Beata Joanna Przedpełska


