Andrzej Zbiegniewski – Pomnik, którego (szczęśliwie) nie było
Share
Popiersie Xawerego Dunikowskiego w Alei Sław w Kielcach. Fot. Wikipedia
W Warszawie jako stolicy sowieckiej kolonii, jakimś cudem nie doszło do postawienia pomnika „najlepszego przyjaciela Polaków”. Nawet na dnie stalinowskiej nocy. Jak to możliwe?! Etnicznych renegatów, służalców i lizusów było wszak wśród Polaków niemało od samego zarania PRL-u. Ba, wbrew pozorom całkiem sporo egzystuje ich nadal. Przykłady? Proszę bardzo: Roześmiany Donald Tusk w objęciach Putina na miejscu tragedii pod Smoleńskiem; apoteozy sowieckich politruków na tych lamach; bliski krewny Senyszynowej „nawrócony” z nazizmu (był szpiclem Gestapo) na stalinizm; czy choćby niegłupi skądinąd ksiądz, który biorąc leninowskie normy michnikowszczyzny za światopoglądowa neutralność, kompletnie zignorował aktualną rocznicę Powstania Warszawskiego, nie wspominając o niej nie tylko w kazaniu i w intencjach mszalnych, ale nawet nie wstydząc sie publicznie przyznać, że nie ma pojęcia: „co to takiego, Powstanie Warszawskie?”…
Nie dajmy się wiec nabrać, napotykając w internetowych księgach mądrości sugestie, a nawet deklaracje, że brak pomnika to dowód antysowieckich skłonności ówczesnych „polskich” artystów, czy nawet sterników partyjnej nawy. W istocie o tytułowym niedopatrzeniu przesadziła – Czego zaraz dowiodę – nienasycona czołobitność, administracyjny bezwład i rywalizacja koterii w walce o apanaże. Projektując na wskroś socrealistyczna dzielnice warszawskiego MDM-u, wśród bogatego wystroju rzeźbiarskiego zleconego przez najwyższe władze PZPR, do kompletu przewidywano także pomnik Stalina. Tego domagali się przyszli mieszkańcy, w których oddanie sprawie komunizmu nikt nie śmiał wątpić, zważywszy, iż do kompletnego przewartościowania linii Partii pozostawało jeszcze ładnych kilka lat.
Tak nieodzownemu na pozór rekwizytowi sprzeciwił się jednak Matrioszka-Bierut, a właściwie Berman, gdyż to ten zwyrodnialec, a nie „Towarzysz Tomasz”, sprawował faktyczna władze – argumentując, że gdyby pomnik spełnił pokładanych w nim oczekiwań, to z oczywistych względów „nie można by przecież Stalina zburzyć”, gdyż byłoby to coś w rodzaju dialektycznego świętokradztwa. Ta katastroficzna refleksja przemówiła najwyraźniej do projektodawców i ze Stalina na centralnym placu MDM-u zrezygnowano, zastępując go nie mniej paskudnymi kandelabrami.
Nabolały temat odłożono ad acta, ale z konieczności nie na długo. Idea powróciła jeszcze przed końcem pięciolatki. W drugim kwartale po śmierci Stalina; wiosna 1953 roku. Umiejscowienie monumentu przesunięto z placu Konstytucji zmieniono na powstający właśnie przy budowanym Pałacu Kultury i Nauki (popularnie przezywanym PeKiNem) plac Defilad. Piętnastometrowy (wysokości siedmiopiętrowego domu) pomnik miał być dominującym akcentem wznoszonej właśnie, a powszechnie znienawidzonej, sowieckiej ingerencji w warszawskie centrum. Tu Stalin miał zajmować przestrzeń głównej osi fasady Pekinu, dzieląc na pół dystans między nią a partyjną trybuną (w celu zmylenia przeciwnika zwana oficjalnie „Trybuna Rządowa”), na powierzchni obecnego skweru. Tak pomyślana modyfikacja planu zagospodarowania pałacowej przestrzeni nie była żadna miara przewidywana w żadnym z projektów inwestycji. Po śmierci Wujaszka Soso, decyzja z dnia 25 czerwca 1953, władze partyjne – tym razem definitywnie – postanowiły „uczcić w stolicy Ojca Narodów. Stosownie do najnowszych ustaleń, monument miał być dziełem rzeźbiarzy sowieckich. I ten wyrok nie wytrzymał jednak próby czasu. Jeszcze przed końcem roku, tak jak w innych demoludach, postanowiono bowiem powierzyć wykonawstwo tubylcom. Wstępną listę branych pod uwagę autorów przedstawił minister kultury i sztuki, Włodzimierz Sokorski. Jak wspominał: „znalazły się na niej same asiory”. Czołowi rzeźbiarze tamtych lat. Stachanowcy socrealizmu w rodzaju Ksawerego Dunikowskiego, Stanisława Horno-Popławskiego, Michała Milbergera, Alfreda Jesionowa, Alfonsa Karnego, Jacka Puszeta, Jerzego Jarnuszewicza, Stanisława Lisowskiego, Magdaleny Więcek. Ostatecznie na przymiarki do projektu pomnika zezwolono tylko niektórym z nich. Nagrodę główną wynoszącą 35 000 zł i nagrody pozostałe, po 8000, przyznano 5 artystom, nie precyzując jaką – komu. Oprócz samego Stalina zakontraktowano jeszcze dwie figury, Kopernika i Mickiewicza, przeznaczone do rozmieszczenia po obu stronach wejścia głównego. Niejako na straży głównego holu miał ponadto stać Pomnik Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, autorstwa Aliny Szapocznikow. Prace nad wszystkimi bez wyjątku rzeźbami zamierzano skoncentrować w jednym jedynym zespole. Specjalna „dyspensę” przyznano w tej mierze tylko Dunikowskiemu, w wypadku „gdyby chciał robić indywidualne studia nad pomnikiem Stalina”, co konkurenci uznali za nieomylny znak, iż zlecenie na Stalina, mistrz ma już tak jakby w kieszeni”. On sam potraktował przychylność władców jako „największe wyzwanie w swoim dorobku, przystępując do niego z pasją”. Dowodem na to jest znaczna ilość makietek, rysunków, szkiców całości i fragmentów pomnika zachowana w zbiorach jego muzeum w warszawskiej Królikarni.
Efektem kilkumiesięcznych studiów był gipsowy model „w wersji realizacyjnej” (naturalnej wielkości?). Postać stojąca, złożona z prostopadłościennych brył ustawionych jedna na drugiej w sposób przypominający raczej budowlę niż figurę na cokole. Przyjaciel mój, dyrektor Krzysztof Lewczak*, zatrudniony przed laty w Królikarni, relacjonował: – Powtarzam ocenę rzeźby zasłyszaną od najzdolniejszego ucznia Dunikowskiego, Augustyna Dyrdy**: „Porównując ją z moim Stalinem byłem rozczarowany; mój Stalin był jak żywy, no i, na wszelki wypadek, ładniejszy niż w rzeczywistości. Ani śladu »ospowatego łba Osetyńca« – rodem z Mandelsztama. Profesor uczynił natomiast Stalina kanciastym, ciosanym, kubistycznym abstraktem. Wbrew mądrości etapu, niepodobnym do człowieka. Ramiona jak deski; twarz nie lepsza; koło biodra wystawała nie wiadomo skąd podpórka dłoni. Towarzyszący mi w oględzinach mistrz wcale się nie przejmował moimi uwagami, całkiem poważnie przypisując takiej postaci »atrybuty boskie«. Niepewny, kpi czy o drogę pyta, składałem te fanaberie na karb poczucia humoru, którego – co prawda nie w obecności Bermana – Dunikowskiemu zazwyczaj nie brakowało”.
Natomiast zgodnie ze świadectwem Włodzimierza Sokorskiego (spisanym co prawda po 1956 roku, kiedy odwaga mocno staniała), Dunikowski pracujący nad dziełem od lipca do listopada 1954 roku, „pomstował niejednokrotnie: tak właśnie to widzę; nie mogą mnie do niczego zmusić. Ja im pokażę. Odrobię Stalina na cacy, tak, że go nie wystawią wcale”. Nie wydaje mi się, by tak modelowy poputczyk, pozwalał sobie przy świadkach na tego rodzaju dąsy. Ocalała makieta, w skali jeden do jednego przedstawia masywną postać męska, z ręką – jak widać próbowaną w wielu układach i wariantach – o zaciśniętej pięści. Absolutnie (podobno) usatysfakcjonowany mistrz, w liście do jednej z licznych „żon” z początku sierpnia 1954 stwierdzał z satysfakcją: „Stalin będzie gotowy w tym tygodniu. Udał się. Piętnastego zacznę odlewać. W wywiadach prasowych powtarzał z dumą: „masę serca i pracy włożyłem w ten projekt; mam nadzieje, że jury go zatwierdzi; bardzo chciałbym ukoronować tą praca swój dorobek twórczy”.
Do wyśnionego przez autora zatwierdzenia, a co za tym idzie, zgarnięcia kolosalnego honorarium, faktycznie niewiele zabrakło. Identycznie co prawda potraktowano konkurentów. Po intensywnej pracy myślowej, obradujący Parnas w składzie: Włodzimierz Sokorski, Lucjan Motyka, Paweł Hoffman, Jan Zachwatowicz, Aleksander Wolski, Jan Wilczek i Juliusz Starzyński, nie przyjął bez zastrzeżeń żadnego z projektów, uznając, że „ani jeden z nich nie stanowi gotowego rozwiązania przyszłego pomnika Józefa Stalina”. Zamówione wskutek tego projekty dodatkowe, tym razem Stanisława Horno-Popławskiego oraz Mariana Wnuka, także zawiodły oczekiwania zleceniodawców z Politbiura. Jego członkowie opiniowali je jako „przedstawiające Ojca Narodów zbyt jednostronnie – tylko jako wodza, a nie myśliciela i przyjaciela Polski”. Jak widać, szczerość wypowiedzi i (przynajmniej śladowa) prawda nie została jeszcze całkowicie wyrugowana z psyche polskich rzeźbiarzy, niezdolnych koniec końców do kłamania w żywe oczy swymi dziełami o „Stalinie jako o przyjacielu Polski”.
W opinii Augustyna Dyrdy „Dunikowski jako najwybitniejszy polski rzeźbiarz służąc komunistom, w zamian wymagał od nich wybaczania drobnych uszczypliwości, na jakie sobie od czasu do czasu pozwalał. Jednak w przypadku, gdy może nawet świadomie, skopał pomnikowego Generalissimusa, zdołał przestraszyć nawet samego Sokorskiego, który nie ośmielił się pokazać makiety sowietom. Dyrda miał więc, choć nie na długo, powód do dumy, co wyraził następująco: mój pomnik odsłonięto z pompą w 1954 roku, a profesora Dunikowskiego – nie.
Schyłkowy Dunikowski, w swoich powojennych realizacjach całkiem niepotrzebnie architektonizowal pomnikową rzeźbę. Dlatego też, powiedzmy sobie szczerze, niewiele lepiej niż ze Stalinem poszło mu w tej mierze z Pomnikiem Czynu Powstańczego na Górze św. Anny, olsztyńskim Pomnikiem Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej, a najbardziej z warszawskim „Żołnierzem-Debilkiem” (Pomnik Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Warszawie – przyp. red.), przezywanym tak powszechnie przez warszawiaków. Wykonawcze podobieństwo między nimi a tytułowym bohaterem tego artykułu sugeruje, że artysta usiłował sobie mimo wszystko z władzy zakpić. Czy to dlatego, a może w przeczuciu nadchodzącej odwilży, w ostatecznym rozrachunku zrezygnowano ze Stalina w ogóle.
Jako się miało wkrótce okazać – w sama porę. Szla już bowiem nieśmiała, nocna destalinizacja. Jeszcze nikt o niej nie mówił nikomu, ale wiatr już o niej szeptał po ogrodach. A jak szeptał? Choćby słowami nieśmiertelnego barda, więźnia i zesłańca, Aleksadra Galicza. Jedna z jego ballad nosząca nieco przydługi tytuł „Gipsowy pomnik zdjęto po cichu”, opowiada o tym, że w środku nocy obudzono „zakljucionych”. Myślą sobie: to koniec. Ale nie chodziło o rozwałkę. Do świtu mieli tylko usunąć „pomnik Wielkiego Wodza, Dobroczyńcy i Ojca, który okazał się nie ojcem wcale, ale zwykłym śmieciem”…
Andrzej Zbiegniewski
* W jego łazienkowskich (Królikarnia należała do tego samego zespołu zabytków) wspomnieniach, najśmieszniejszym akcentem były relacje z rocznic poświęconych Dunikowskiemu; uczestniczyły w nich tabuny mocno podstarzałych „narzeczonych”, czy nawet tzw. „żon” mistrza…
** Autora jedynego w PRL pomnika Stalina, umiejscowionego w Skawinie, a złomowanego po 1956 roku.



