Beata Joanna Przedpełska – Echa Warszawskich Salonów
Share
Ilustracja do felietonu „Polska, Francja, Australia”.
POLSKA, FRANCJA, AUSTRALIA
„Mój Paryż, gdzie się urodziłam 18 marca 1928 roku o godzinie trzeciej w niedzielne popołudnie”. Tak zaczyna się autobiograficzna książka „Wicked but virtuous: my life”, którą Mirka Mora (1928-2018) napisała w 2000 roku. Urodziła się we Francji, ale w 1951 roku postanowiła wraz z mężem osiedlić się w Melbourne – i tam spędziła resztę życia, zapisując się mocno w życiu kulturalnym miasta. Malowała i rysowała, tworzyła murale i mozaiki – m. in. na stacji Flinders Street oraz przy plaży St Kilda. Jej prace ozdabiają także Peter Mac Callum Hospital, księgarnię Readings i bibliotekę w St Kilda. Projektowała scenografię i kostiumy oraz maski dla teatru. Kolekcjonowała książki, lalki, misie, zabawki, torebki i biżuterię. W 1978 roku na ulicach Melbourne pojawił się tramwaj, pomalowany przez Mirkę, która mówiła: „Chciałam, aby moje obrazy rozbrzmiewały w sercach przechodniów niczym śpiew Edith Piaf”. Jej fascynującą osobowość i twórczość przybliża wystawa „Polska, Francja, Australia”, prezentowana w Bibliotece Publicznej w Dzielnicy Włochy. Powstała dzięki hojnemu darowi mieszkającej na antypodach pani Marzeny Walickiej, która czuwała nad jej realizacją. Ekspozycja składa się z kilku wątków tematycznych. Otwiera ją gablota poświęcona pamiątkom związanym z Mirką Mora. To bezcenne archiwalia: fotografie, książki, obrazy, czasopisma, ekslibrisy, wycinki prasowe (w tym z „Tygodnika Polskiego”!). Zwiedzający mogą zapoznać się z jej biografią i twórczością: baśniową, kolorową, z charakterystycznymi motywami (anioły, psy, koty, ptaki, węże, ryby, dziwne stwory). Pani Marzena Walicka dzieli się swoimi wspomnieniami: w latach 1954-1956 pracowała w tej bibliotece, potem wraz z rodziną wyjechała do Australii. W Melbourne poznała Mirkę, co przerodziło się w wieloletnią przyjaźń. Organizowała jej wystawy, a Mirka zaprojektowała urokliwy ekslibris z motywem warszawskiej Syrenki. Na wystawie są też prace Wojciecha Jakubowskiego – wybitnego artysty, twórcy niemal tysiąca księgoznaków oraz część zbioru australijskiego kolekcjonera Johna Gartnera, który pasjonował się ekslibrisami. Wiele z nich można obejrzeć w State Library Victoria, a wybrane obiekty trafiły do pani Marzeny Walickiej. Są też ekslibrisy innych polskich artystów, doskonale znanych ze swoich miniaturowych dzieł (Jerzy Jarnuszkiewicz, Antoni Gołębniak, Andrzej Kandziora, Stanisław Dawski, Tadeusz Tuszewski, Krystyna Wróblewska, Halina Pawlikowska, Adam Młodzianowski, Zbigniew Dolatowski, Janusz Halicki i inni). Tę fascynującą opowieść o ekslibrisach uzupełniają liczne wydawnictwa związane z tematem: książki, broszury, prospekty, katalogi, druki ulotne. Eksponaty przebyły długą drogę z Melbourne do Warszawy i zostaną już tutaj, w zbiorach biblioteki – zgodnie z życzeniem pani Marzeny Walickiej.
ORNO

Biżuteria ORNO w latach PRL-u była symbolem elegancji i dobrego smaku. Pomysłowo zaprojektowana, wykonana ze szlachetnego kruszcu (najczęściej ze srebra), ozdobiona naturalnymi kamieniami, powstawała w pracowniach jubilerów-rzemieślników, aby cieszyć najbardziej wytrawnych klientów. Dziś wyroby ORNO przeżywają drugą młodość i są marzeniem kolekcjonerów. Paulina Mazurek i Michał Myśliński przybliżają działalność spółdzielni w fascynującej, bogato ilustrowanej książce „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” (Wydawnictwo Marginesy Sp. z o. o., 2026). ORNO znaczy po łacinie „zdobię”, ale jedna z miłośniczek tych wzorów napisała żartobliwie, że dla niej skrót ORNO można rozszyfrować jako Olśnienia, Rzemiosło, Nostalgia, Obfitość. Ta charakterystyczna biżuteria powstawała w efekcie wyjątkowego związku wartości estetycznej i materialnej; jest przykładem piękna polskiej sztuki użytkowej. Początek narodzin ORNO to rok 1949, kiedy grupa artystów plastyków oraz rzemieślników postanowiła założyć spółdzielnię, którą kierował do 1960 roku Romuald Rochacki: z zawodu… buchalter w Warszawskim Banku Kredytowym, z pasji – projektant i jubiler. Bezcennym źródłem wiedzy o pierwszych latach działalności ORNO jest wielka księga pamiątkowa oprawiona w czarną skórę, ze srebrnymi zdobieniami na wzór średniowiecznych albumów. Obecnie jest obiektem zabytkowym i znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Zawiera nie tylko opisy ważnych wydarzeń, rodzaj kroniki spółdzielni, ale także dokładną dokumentację modeli biżuterii: tych, skierowanych do produkcji i tych, które nie zostały zaakceptowane. Prostota form, praktyczne zastosowanie przedmiotów (klamry, broszki, spinki do mankietów), dostępny materiał (blacha srebrna, miedziana, mosiężna, biały metal – pozyskiwane z dachów, rynien, łusek po nabojach, z puszek po żywności) to cechy pierwszych wyrobów ORNO. Nie były tanie, wytwarzane w niewielkim nakładzie egzemplarzy danego wzoru, stąd cieszyły się renomą biżuterii elitarnej, skierowanej do bardziej zamożnej klienteli. Z czasem pojawiły się prestiżowe zlecenia: na przykład wykonanie monumentalnych drzwi do Katedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie (w 1963 roku), na insygnia i łańcuchy rektorów uczelni oraz władz miejskich. Niezwykłą popularnością cieszyły się pierścionki, zawieszki i bransoletki z kamieniami szlachetnymi, takimi jak nefryt, agat, kryształ górski, chryzopraz, chalcedon, ametyst i bursztyn. Dziś oglądamy z podziwem finezyjną oprawę i precyzyjny szlif kamieni. Pamiętam, że jeden ze sklepów ORNO w Warszawie (wraz z pracownią) znajdował się na Nowym Świecie 52. Idąc do szkoły często mijałam go, podziwiając witrynę z jubilerskimi cackami. To już historia, perły z lamusa. Jak piszą autorzy tej ciekawej książki: biżuteria ORNO to srebrny przedmiot pożądania kolekcjonerów i miłośników pięknych rzeczy.
PASAŻER

Studio Munka (Studio „Młodzi i Film” imienia Andrzeja Munka), działające od 2008 roku przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich patronuje debiutantom w świecie kinematografii. Produkuje i finansuje ich filmy fabularne, dokumentalne i animowane. Młodzi twórcy mogą realizować swoje pierwsze pomysły w profesjonalnych warunkach, pod artystyczną opieką i z promocją projektu. To bardzo atrakcyjna propozycja, która wyłoniła już wiele talentów. Patronem studia jest reżyser Andrzej Munk (1921-1961), legenda polskiego kina. Kilka lat temu, w setną rocznicę urodzin twórcy powstał pomysł, aby nakręcić film poświęcony jego postaci. Początkowo miał to być wyłącznie dokument, złożony z materiałów archiwalnych. Z czasem reżyser i współautor scenariusza (wraz z historykiem kina Markiem Hendrykowskim) Michał Bielawski postanowił włączyć do opowieści o Munku wypowiedzi osób, z którymi pracował. Niedawno Studio Munka zaprosiło na premierę filmu i spotkanie z ekipą. Tytuł odwołuje się do słynnego, niedokończonego przez reżysera (który zginął w wypadku samochodowym w 1961 roku; zmontowany przez Witolda Lesiewicza dwa lata później) filmu „Pasażerka” (adaptacja słuchowiska Zofii Posmysz). „Pasażer Andrzej Munk” nie tylko przypomina jedną z najbardziej znanych realizacji reżysera, ale symbolicznie odnosi się do częstego motywu w jego filmach (pociągi) oraz do wędrówki przez koleje życia i twórczości. Munk ukazany jest na tle zmieniającej się rzeczywistości historycznej i społecznej, co miało wpływ na kształtowanie się jego osobowości, tematykę filmów i możliwości produkcji. Przeżycia wojenne i okupacyjne niewątpliwie odcisnęły piętno, zaznaczyły się głęboką traumą. Ten temat niejednokrotnie powracał w jego twórczości, podobnie jak socrealistyczne zamówienia zgodnie z wytycznymi lat wczesnego PRL-u. W jego dorobku jest na przykład „Kierunek – Nowa Huta!” gloryfikujący pracę robotników i „Błękitny krzyż” – paradokumentalna historia kurierów i ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w czasach II wojny światowej. Ale Munk zapisał się przede wszystkim jako przedstawiciel Polskiej Szkoły Filmowej, dzięki takim filmom jak „Człowiek na torze” (1956), „Eroica” (1957), „Zezowate szczęście” (1960) i wspomniana wyżej „Pasażerka”. Film Michała Bielawskiego przypomina fragmenty filmów Munka, archiwalne wydania Polskiej Kroniki Filmowej (wyświetlanej kiedyś przed sensami w kinach), fotografie, listy reżysera do żony z planów filmowych i prestiżowych festiwali. Są też wywiady udzielane telewizji zachodniej, wypowiedzi współpracowników i przyjaciół oraz dawnych studentów łódzkiej „filmówki” (Roman Polański, Krzysztof Zanussi, Jerzy Skolimowski). Przez film przewija się plejada popularnych aktorów, znanych z jego filmów (Bogumił Kobiela, Edward Dziewoński, Kazimierz Opaliński, Aleksandra Śląska, Anna Ciepielewska). Powstał złożony portret twórcy, który mocno zaznaczył swoją obecność w historii polskiego kina.
SALEM

Arthur Miller – amerykański dramaturg i scenarzysta – został laureatem prestiżowej Nagrody Pulitzera za dramat „Śmierć komiwojażera”. Swoją popularność ugruntował inną sztuką: „Czarownice z Salem” oraz…małżeństwem z gwiazdą Hollywood – Marylin Monroe. „Czarownice z Salem” miały swoją światową premierę na Broadwayu w 1953 roku; sześć lat później pod tytułem „Proces z Salem” trafiły na scenę Teatru Dramatycznego w Warszawie. W obsadzie znalazła się wówczas znakomita stawka aktorska (Jan Świderski, Halina Mikołajska, Ignacy Gogolewski), a muzykę do spektaklu skomponował Tadeusz Baird; reżyserował Ludwik Rene. Teraz w Teatrze Polskim dramat reżyseruje Tomasz Fryzeł, a na scenie występują m.in. Marta Alaborska, Grażyna Barszczewska, Anna Cieślak, Szymon Kuśmider, Modest Ruciński i Jerzy Szejbal. Arthur Miller w swoim utworze sięgnął do zamierzchłych czasów, przypominając słynny proces o czary, jaki rozegrał się w 1692 roku w amerykańskim miasteczku Salem. O konszachty z szatanem oskarżono wtedy ponad dwieście osób; życie straciło dwudziestu mieszkańców. Temat wydaje się tajemniczy i ponury, a jednocześnie tak atrakcyjny, że sztuka Millera wystawiana jest dość często w teatrach, zrealizowano serial telewizyjny i film kostiumowy – w 1996 roku, z Winoną Ryder, według scenariusza samego autora. Dziś w Salem najwyraźniej już nikt nie boi się diabła: tamtejsze szkoły publiczne znane są jako „szkoły czarnej magii”, zespół futbolowy miejscowej uczelni nazywa się „The Witches” („Czarownice”), a Gallows Hill – miejsce dawnych egzekucji publicznych – jest obecnie boiskiem sportowym. „Czarownice z Salem” to historia cienkiej linii między prawdą i fałszem, miłością i nienawiścią. To opowieść o niszczącej sile pożądania, zdrady, manipulacji, plotki. O zbiorowej histerii, obezwładniającej panice, strachu przed nieznanym, potrzebie zemsty i wymierzenia kary. W Teatrze Polskim spektakl rozpoczyna się mocną sceną nocnej orgii: dziewczęta z Salem zbierają się w lesie, aby pogrążyć w ekstatycznym tańcu, w którym tracą kontrolę nad swoimi ciałami. Ich dzikie, nieskoordynowane ruchy, wrzaski, konwulsje przypominają opętanie. Nietuzinkowe, przerażające zachowanie dziewczyn nie ujdzie uwadze czujnych mieszkańców, którzy potrafią wytłumaczyć sobie dziwaczny taniec w jeden sposób: to dzieło szatana. Ta teoria szybko zdobywa zwolenników: w Salem szerzy się panika i żądza wymierzenia kary tym, którzy służą „siłom nieczystym”. Przy okazji wszystkie życiowe niepowodzenia i choroby można zrzucić na niewidzialnego wroga: złe moce, kierujące ludźmi. Procesy czarownic z Salem trwały cały rok, pochłonęły wiele ofiar i dopiero po latach władze oficjalnie przyznały się do błędów, oczyszczając skazanych z zarzutów. Sztuka mroczna, trzymająca w napięciu i dająca wiele do przemyślenia.
BEATA JOANNA PRZEDPEŁSKA


