Z Polski Na Gorąco – Wystrzelają dziki w obronie Warszawiaków
Share
Fot. ChatGPT
Sejmik Województwa Mazowieckiego, któremu podlega stolica Polski, podjął bezprecedensową decyzję. Wyraził zgodę na odstrzał lub uśpienie tysięcy dzików wałęsających się po mieście.
Według danych stołecznych Lasów Miejskich, w Warszawie od stycznia do końca lipca zgłoszono 14,5 tysiąca spotkań z dzikami, 159 ataków na ludzi i 42 na psy. Prezydent wystąpił do sejmiku o zgodę na ich zabicie, bo stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi. W miniony wtorek marszałek sejmiku Adam Struzik (Polskie Stronnictwo Ludowe) zgłosił projekt uchwały popierającej wniosek władz Warszawy i zgodę na zabicie dzików – bez żadnych limitów ilościowych.
Ile dzików mieszka w stolicy Polski? Dane są różne. Miasto używając do liczenia detektorów podaje, że 3031 (w 2025 roku). Najróżniejsi eksperci szacują, że jest ich może nawet 5 tys. Wszystkie mogą być pozbawione życia, chociaż niekoniecznie zastrzelone. Nie wolno bowiem używać broni w odległości mniejszej niż 150 metrów od siedzib ludzi. Gdy pojawią się bliżej, można je złapać lub uśpić, a potem pozbawić życia.
Pozornie uchwała nie jest wyrokiem śmierci na wszystkie miejskie dziki. Każdy przypadek musi być dobrze udokumentowany. Powodem zabicia zwierzaka nie musi być atak na ludzi lub zwierzęta. Do odstrzału są dziki, które są tak zadomowione, że nie boją się ludzi. Także te, które mają swoje stałe, ulubione miejsca, spacerujące na chodnikach i po drogach… Praktycznie więc wszystkie. A jednak na 43 radnych sejmiku, za uchwałą było 37. Większość uznała, że nie ma innego wyjścia. Ludzie albo dziki.
Miasto chce dziki pozabijać, a nie wywieźć daleko, gdzieś w głąb lasów. Tak robiono do 2017 roku. Później okazało się to niemożliwe z powodu stwierdzenia na terenie miasta przypadków afrykańskiego pomoru świń (ASF), wielce zakaźnej choroby, która dziesiątkowała wiele hodowli.
Decyzja dotycząca zabicia dzików w stolicy może szokować ze względu na skalę. Nie jest jednak czymś wyjątkowym. Portal Zakazpolowania prowadzony przez Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła” sprawdził, jak wygląda wydawanie decyzji o odstrzale w reszcie kraju. Okazało się to niełatwe, bo nie były one publikowane w żadnych dziennikach urzędowych, a w niektórych przypadkach umowy z wykonawcami opatrzone były klauzulą: poufne, z zastrzeżeniem o nieinformowaniu opinii publicznej.
Portal wysłał więc więc pytanie bezpośrednio do 380 urzędów. Okazało się, że w 120 powiatach (i miastach na prawach powiatu), w ciągu ostatnich sześciu lat wydano łącznie aż 633 decyzji o odstrzale. Dotyczyły różnych zwierząt: saren, lisów, ptaków, ale najczęściej chodziło o zabijanie dzików. Tylko w 2025 roku starostowie albo prezydenci miast wydali 52 takie decyzje. Liczba zwierząt wskazanych w zarządzeniach wahała się od kilku do 2000 (Urząd Miasta Łodzi).
Do tego tygodnia taka skala unicestwiania, jak w Łodzi, była rekordowa w kraju. Uzasadnienie było podobne jak w stolicy: „miasto Łódź boryka się z problemem dynamicznie rozwijającej się w sposób niekontrolowany populacji dzików, szacowanej obecnie na ponad 2 tysiące osobników”. Wszystkie mają zginąć. Tu też konieczność ochrony hodowli świń przed ASF spowodowała, że nie znaleziono alternatywnych rozwiązań.
Charakterystyczne, że tych „miejskich” dzików jest więcej niż żyje we wszystkich obwodach łowieckich wokół miasta. Władze podpisywały więc kolejne umowy na ich zabicie – płaciły po około 2700 zł za sztukę. Chociaż od decyzji upłynął rok, dziki nadal panoszą się w wielu dzielnicach.
Leśni krewniacy świń są się w wielu miastach Polski. Zazwyczaj nie bywają agresywni, chyba że człowiek lub jego pies z jakiegoś powodu je zdenerwuje. Nie było jeszcze, na szczęście, ofiar śmiertelnych. Wiele osób, w tym dzieci, zostało jednak poważnie poturbowanych.
To, że dzikie zwierzęta wkraczają do miast to nie ich, ale nasza wina. Uczciwie na to zapracowaliśmy, źle zabezpieczając śmietniki, wyrzucając odpadki jedzenia gdzie popadnie, rozpychając się coraz bardziej i zabierając kolejne lasy pod budownictwo lub przemysł. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Kiedyś w miastach były tysiące wróbli. Śmiecąc wokół siebie, na łatwą wyżerkę przyciągnęliśmy drapieżne sroki, a one wybiły małe ptaszki. Podobnie jest z gołębiami, które sprowadziliśmy do miast, bo ładnie wyglądały spacerując po rynku. Nad nimi też straciliśmy kontrolę, a one brudzą i roznoszą groźne choroby.
Można wybić dziki, wytruć sroki i gołębie, odstrzelić łosie (ostatnio jeden pojawił się na Dworcu Centralnym w sercu Warszawy). Zostaniemy sami, no może z niepokonanymi szczurami. Czy na prawdę nie ma innego rozwiązania?
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


