Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Dwieście pięćdziesiąt lat Stanów Zjednoczonych
Share
Flaga amerykanska – domena publiczna
OSTATNIĄ BYĆ W POCHODZIE
CZWARTEGO LIPCA w naszym 2026 roku przypada w sobotę. Tego dnia obywatele Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, owego ogromnego kraju począwszy od jego Wysp Dziewiczych na Antylach, skończywszy na Alasce i wyspach Pacyfiku celebrować będą dwustu pięćdziesięciolecie podpisania Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych chociaż kilku sygnatariuszy deklaracji złożyła na owym dokumencie swoje podpisy niemal miesiąc później, drugiego sierpnia owego roku. Tej soboty głównymi ulicami wszystkich amerykańskich miast przemaszerują uczestnicy pompatycznych manifestacji a po ich zakończeniu udadzą się do publicznych parków, żeby grillować w nich sobie hamburgery, hot-dogi, kurzęcze udka oraz inne pyszności gastronomicznego dziedzictwa USA. Indyka, z dziękczynieniem spożyją 26 listopada.
Prawdopodobnie w piątek 28 kwietnia 1493 roku, w baptysterium katedry świętej Eulalii w Barcelonie, ochrzczono czterech mężczyzn oraz dwie kobiety, Indian Arawaków, których przywiózł z Nowej Ziemi Krzysztof Kolumb, faktycznie tu, w Barcelonie, przed obliczami pary królów katolickich Ferdynanda II Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej kończący swą wyprawę do Indii drogą zachodnią. Pamiątkowa tablica w barcelońskiej katedrze wspomina, iż nowo ochrzczeni w tym samym jeszcze roku powrócili z Kolumbem w rodzinne strony i tam natychmiast podjęli pracę misjonarską. Trele – morele. Podobno Krzysztof Kolumb pozostawił ich ma wyspie Santa María, czyli na dzisiejszej Kubie, choć nie potwierdza tego absolutnie żaden zapisek historyczny. Stamtąd mieli dotrzeć na okoliczne wyspy jak również na rozkwieconą Florydę (flor po hiszpańsku znaczy kwiat) i tam gorliwie propagować rzymskie chrześcijaństwo. Deo gratias. To tyle nader pobożne legendy i tradycje, nigdy i nigdzie nie udokumentowane. Faktem natomiast jest założenie w dniu 8 września 1565 roku, niemalże sześćdziesiąt lat po śmierci Kolumba, w czasach hiszpańskiego króla Filipa II pierwszego miasta, już nie na wyspie, lecz na stałym lądzie Nowego Świata. Miasto owo, zwące się aktualnie Saint Augustine, co nawet pokornie uznaje wszechwiedząca Encyclopedia Americana. Ową pierwszą stolicę rozkwieconej Florydy założył niejaki Pedro Menéndez de Avilés, hiszpański konkwistador, krzewiący prawdziwą wiarę chrześcijańską mieczem i ogniem. Zapewne krwią spokojnych tubylców pragnął przydać tamtejszym orchideom nieco więcej czerwieni.
Sporo dalej na północy, konkretnie na Nowej Funlandii (aktualnie Kanada) rezydowali już przybyli tam w roku 1497, sprowadzeni przez bogobojnego, ale zarazem walecznego Johna Cabota osadnicy angielscy, z początku lojalnie poddani Kościołowi rzymskiemu, wraz ze swoimi dziećmi a nawet wnukami. Z początku wzajemne stosunki obu społeczności układały się w miarę spokojnie, ale tak było do czasu. W trzeciej dekadzie szesnastego stulecia jurny i waleczny angielski monarcha Henryk VIII postanowił zerwać wszelkie krępujące go więzy z Kościołem Katolickim i założył Kościół własny, anglikański, sam ogłaszając się jego Pontifexem Maximusem. Do Nowego Świata zaczęło przybywać coraz więcej wyznawców nowej wiary, niby takich samych, ale plecami odwracających się od Rzymu i wszystkich jego Ojców Świętych. Już wówczas zaczęły się pierwsze problemy pomiędzy „chrześcijańskim” Południem a „chrześcijańską” Północą Nowego Świata. Do poważniejszych problemów jakoś wszystko to nie doprowadziło, ponieważ dwie owe nieukładające się wzajemnie strony znalazły jednego wspólnego wroga: wojowniczych, czerwonoskórych mieszkańców owych ziem, od tysięcy lat przez nich zasiedlonych i nic wspólnego nie mających z europejskim modelem „chrześcijaństwa”. Takie były początki europejskości w Ameryce.
Historia dowodzi otóż, że „chrystianizacja” Ameryki, od tej na północy poprzez jej centrum aż po krańce południowe wcale nie wyglądała tak, jak ją prezentowano na ekranach w popularnych jeszcze nie tak dawno hollywoodzkich westernach, w których biały przybysz ze schrystianizowanej Europy zazwyczaj jawił się szlachetnym Benem Cartwrightem ze swoimi równie zacnymi synalkami, pewnie jeszcze mającymi na swych ranczo konia, który mówił. Ekrany kinowe, a po nich telewizyjne, aktualnie zaś gry komputerowe zakłamywały i w dalszym ciągu zakłamują historię, a wiele wskazuje na to, iż czynią to celowo. Zgodnie z prawdą europejska „chrystianizacja” całego kontynentu amerykańskiego okazała się największą masakrą w historii ludzkości. W roku 2019 badacze z University College London opublikowali raport, w którym poinformowali oto, że w okresie od początku XVI do końca XVIII stulecia Europejczycy wymordowali na kontynencie amerykańskim od 55 do 56 milionów Indian (!), a przodowali w tym Anglicy i Szkoci, niewiele im ustępowali Hiszpanie wraz z Portugalczykami. Liczba owa stanowiła 80 procent ludności Ameryki, a w Stanach Zjednoczonych 90 procent. Na przełomie XVII i XVIII wieku zaczęto używać w odniesieniu do zachodnich obszarów dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, a też Kanady, zaludnionych przez rdzennych mieszkańców terminu Far West, ale też Wild West, po polsku Dziki Zachód. Indian Europejczycy traktowali jak dzikusów. Tego akurat żadna Bonanza nie pokazała.
Raport londyńskiego University College podaje również liczbę afrykańskich niewolników, jakich w podobnym okresie sprowadzono do Ameryki: 14.300.000, z tego około ośmiu milionów na teren dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Procederem owym zajmowali się głównie Portugalczycy, Brytyjczycy, Hiszpanie, Francuzi, a wraz z nimi niepozorni Holendrzy. W Afryce, przede wszystkim na terenach bliższych Zatoce Gwinejskiej, wyspecjalizowane szwadrony łowiły ich, jak się łowi króliki, po czym dostarczały przez Atlantyk na zachodnią półkulę, głównie do Brazylii oraz dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza na południu. Najczęściej pracowali na plantacjach bawełny, trzciny cukrowej, tytoniu, ryżu oraz w owych czasach indygowców barwierskich, z których pozyskiwano barwnik indygo dla farbowania tkanin, używanych głównie do produkowania przesławnego dżinsu. Niewolnicy pracowali bez wytchnienia od świtu do nocy, a jakiekolwiek nieposłuszeństwo karano w całą surowością, w najlepszym wypadku chłostą, ale często wybiciem zębów, łamaniem lub obcinaniem rąk czy nóg, a w wypadku prób ucieczki nawet śmiercią. Oto w jakich warunkach rodziła się słynna amerykańska democracy, głównie na Południu.
Do tego wszystkiego doszły rozliczne wojny. W osiemnastym stuleciu toczyli je głównie Brytyjczycy z Hiszpami a również z Francuzami, przede wszystkim na południu, ale też na północy, na obszarze późniejszej Kanady. Coraz częściej dochodziło również do konfliktów z samą Anglią a od roku 1707 (połączenie Anglii ze Szkocją w jedno królestwo) z Wielką Brytanią. Chodziło w nich przede wszystkim o kwestie podatkowe. Nieporozumienia owe nasiliły się zwłaszcza od roku 1760, kiedy na brytyjski tron wstąpił król Jerzy III. Parlament Wielkiej Brytanii regularnie narzucał w Londynie amerykańskim koloniom coraz wyższe podatki i czynił to bez jakiegokolwiek udziału ich przedstawicieli, czego oni właśnie się domagali. „No taxation without representation” („Nie ma podatków bez naszej reprezentacji”) – ot, jaka idea im przyświecała. Londyn nie reagował. Ideę ową popierali za to Francuzi, Hiszpanie i Holendrzy, którym wybitnie zależało na osłabieniu brytyjskiej pozycji. W tym miejscu dodam, że i Holendrzy osiedlali się w Ameryce, po południowej stronie Wielkich Jezior, na ziemiach, które nazwali Nową Holandią (Nieuw Holland). W owych czasach powstało w Ameryce wiele nowych krain i miast: Nowy Jork, nowe Hampshire, Nowy Meksyk, Nowy Orlean, a nawet Nowa Szkocja, ta już w dzisiejszej Kanadzie. Tymczasem temperatura wód północno-zachodniego Atlantyku w szybkim tempie dochodziła do wrzenia.
*
ZAGOTOWAŁA SIĘ w dniu 19 kwietnia 1775 roku. W środę 19 kwietnia 1775 roku, w Lexington na terenie kolonii Massachusetts przeciwko brytyjskim żołnierzom stanęły powstańcze zastępy, dowodzone przez liczącego sobie wówczas 33 lata George’a Washingtona (Jerzego Waszyngtona). Tą bitwą rozpoczęła się wojna o niepodległość brytyjskich kolonii w Ameryce, mająca potrwać osiem lat, cztery miesiące i 21 dni, do trzeciego września 1783 roku, kiedy to podpisano traktat pokojowy, w którym królestwo Wielkiej Brytanii uznało niepodległość, jak je wówczas nazwano trzynastu Jednomyślnych Stanów Ameryki. W owej wojnie nie odznaczył się żaden Francuz, żaden Hiszpan ani żaden Holender, za to wyróżnili się w niej dwaj Polacy: Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski, który oddał swoje 34-letnie życie w bitwie pod Savannah, w kolonii Georgia. Kościuszko jako inżynier wojskowy umocnił pięć cytadel, pośród nich West Point nad rzeką Hudson oraz Bemis Height (Saratoga), obie w dawnej kolonii, aktualnie stanie Nowy Jork. Nieco dalej napiszę, jak amerykańscy prezydenci to zapamiętali i jak się Polakom za owo poświęcenie odwdzięczyli. Na razie wszakże idźmy wytrwale, po kolei.
W porządku alfabetycznym wymienię teraz owych trzynaście kolonii (aktualnie stanów USA), które złożyły się na powstające Jednomyślne Stany Ameryki. Oto one: Connecticut, Delaware, Georgia, Karolina Południowa, Karolina Północna, Maryland, Massachusetts Bay, New Hampshire, New Jersey, Nowy Jork, Pennsylvania, Rhode Island & Providence Plantations i jeszcze Virginia. Dla poskromienia niepokornych kolonii brytyjski monarcha Jerzy III postanowił wysłać do Ameryki wojsko, żeby wspomóc generała Williama Howe, dowodzącego królewską armią w ciągu pierwszych trzech lat wojny (później zastąpił go Lord Henry Clinton a na koniec generał Guy Carleton). Walki przybierały na sile a szala zwycięstwa przechylała się z jednej na drugą stronę.
W takiej sytuacji przedstawiciele trzynastu amerykańskich kolonii postanowili przygotować oficjalny dokument, skierowany do monarchy. Jego zredagowanie powierzyli zaledwie 24-letniemu Thomasowi Jeffersonowi, zdolnemu absolwentowi uczelni William & Mary z Williamsburga w kolonii Virginia. Ten do pracy nad tekstem przystąpił 11 czerwca 1776 roku i ukończony tekst przedstawił Drugiemu Kongresowi Kontynentalnemu (Second Continental Congress) dla naniesienia ewentualnych poprawek po siedemnastu dniach, 28 czerwca. W dokumencie Jefferson zawarł dwadzieścia siedem skarg skierowanych przeciwko brytyjskiemu monarsze oraz w części końcowej formalną deklarację o uniezależnieniu kolonii od Wielkiej Brytanii i utworzeniu własnego, niepodległego Londynowi rządu – razem 1.320 słów, wliczając tytuł i preambułę. W czwartek 4 lipca 1776 roku 56 przedstawicieli kolonii złożyło na Deklaracji swoje podpisy. Dokonało się to w Filadelfii, konkretnie w Pennsylvania State House, później nazwanym Independence Hall, wzniesionym czternaście lat wcześniej zgodnie z projektem brytyjskiego architekta Edmunda Woolley’a, przy współpracy miejscowego Williama Stricklanda. Król jegomość potraktował ów akt jako zdradę i polecił wzmóc działania wojen, dosyłając wojsk. Dzień 4 lipca 1776 roku uważa się za datę powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nieco później do oficjalnej nazwy dodano jeszcze przymiotnik Północnej, ponieważ w roku 1824 proklamowane zostały Stany Zjednoczone Meksyku, a w 1863 Stany Zjednoczone Kolumbii, również obejmujące Panamę. Wojna trzynastu kolonii z Wielką Brytanią zakończyła się 3 września 1783 roku podpisaniem w Paryżu traktatu pokojowego, w którym Wielka Brytania formalnie przyznała niepodległość koloniom. Król Jerzy III, chciał tego czy nie, musiał pogodzić się ze stratą „zbuntowanych prowincji”. W tamtych czasach jeszcze nikt nie uważał USA za potęgę.
W sobotę 4 lipca 2026 roku, przed Rotundą w Waszyngtonie, stolicy Stanów Zjednoczonych ustawią się długaśne kolejki chętnych zobaczenia oryginału Deklaracji Niepodległości, liczącego już sobie ćwierć millenium. Rotunda to gmach amerykańskich Narodowych Archiwów. To tam, w udostępnionej publiczności sali, w gablocie z pancernymi szybami – licho nie śpi! – przechowuje się oryginał Deklaracji Niepodległości a obok niej pierwszą Konstytucję Stanów Zjednoczonych oraz Bill of Rights, czyli Kartę Praw obywateli nowo powstałego państwa.
*
NAJPIERW RZEŹ A POTEM: DO KOSZYKA! – W roku 1765 George Washington liczył sobie trzydzieści trzy lata. Przez historyków a też prostych obywateli Stanów Zjednoczonych zgodnie uznawany jest najważniejszym z bohaterów narodowych owego kraju. W roku 1789 zasiadł w Filadelfii, na fotelu pierwszego w historii prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki (USA), wybrany jednogłośnie przez kolegium elektorskie 13 kolonii, pięć lat po zakończeniu wojny niepodległościowej. To on ową wojnę wywołał choć wówczas jeszcze nie piastował prezydenckiego urzędu. Zaraz w końcu osiemnastego stulecia chciwi prezydenci a wraz z nimi senatorowie wreszcie niepodległych i uwolnionych od brytyjskiego powroza Stanów Zjednoczonych wyruszyli na „dziki” Zachód oraz niemniej „dzikie” Południe, masowo mordując tamtejszych rdzennych mieszkańców, zamieszkujących owe ziemie od tysięcy lat. Podobnie zresztą postępowali Hiszpanie, którym już w 1513 roku udało się przez wąską Panamę dotrzeć do Morza Południowego, jak wówczas nazywano Ocean Spokojny i wkrótce dotrzeć daleko na północ, aż po krańce Kalifornii oraz dzisiejsze stany Waszyngton i Wyoming. Stany Zjednoczone rozszerzały się na zachód.
Amerykańscy, białoskórzy neofici upornie tymczasem posuwali się ku zachodowi, masami mordując czerwonoskórych „dzikusów” i gwałcąc ich kobiety, tym sposobem rozgłaszając im Dobrą Nowinę o Królestwie, w którym sami, dotarłszy do pokładów złota, czuli się królami. Wydatnie pomogło im jeszcze w roku 1830 otwarcie pierwszej w historii USA linii kolejowej z Baltimore (stan Maryland) do Ohio, w owych czasach na granicy Dzikiego Zachodu (M & O Railroad). Od teraz łatwiej mogli tam tysiącami dowozić działa, granaty oraz wszelkie inne rewolwery wytwarzane na Wschodzie, a przy okazji również nowych osiedleńców, których nie przestawało przybywać. Końcówka wieku osiemnastego oraz wiek dziewiętnasty okazały się w historii Stanów Zjednoczonych najkrwawszymi, jeśli chodzi o mordowanie Indian, co do dziś demokratycznie, ale wstydliwie ukrywa się przed całym światem. Przypomnę, a historia nie kłamie: to w tym kraju dopuszczono się najokrutniejszego ludobójstwa w całej historii ludzkości i niechaj nigdy nie zapominają o tym rozdawacze Pokojowych Nagród Nobla jakby dzielili karty do pokera.
Bieg historii Stanów Zjednoczonych Ameryki nieoczekiwanie zmienił w dniu 30 kwietnia 1803 roku przesławny Napoleon Bonaparte, dając światu całemu przykład, jak przegrywać mamy. Celem osłabienia Wielkiej Brytanii sprzedał Stanom Zjednoczonym tereny Luizjany, w tamtych czasach zajmujące obszar niemal dziewięciu dzisiejszych południowych stanów USA, nazwanej tak ku czci króla Ludwika XIV i należącej do Francji. Thomas Jefferson, trzeci z kolei prezydent USA zapłacił za nią Napoleonowi 15 milionów ówczesnych dolarów (aktualnie 438 milionów USD), co dawało mizerne 40 dzisiejszych centów za jeden akr ziemi. Dzięki owej transakcji Stany Zjednoczone niemal dwukrotnie zwiększyły swoją powierzchnię, ale też przybyły im liczne, nowe problemy. Tereny Południa okazały się bowiem znacznie biedniejsze od tych północnych, o wiele bardziej uprzemysłowionych i przez to zamożniejszych a na dodatek zacofane pod względem kulturowym. Katolicka Francja dbała tam bodaj jedynie o bawełnę, trzcinę cukrową i tytoń. Teraz nie było łatwo zrównać owe dysproporcje. Południe okazało się zacofane nie tylko gospodarczo, ale również pod względem kulturowym i społecznym. Powrócił problem niewolnictwa – na Północy o wiele bardziej liberalnego, tu jeszcze bardziej radykalnego. W siłę urastały ekstremistyczne organizacje, na ten przykład Ku Klux Klan, zyskując coraz więcej zwolenników (owa szatańska organizacja do dziś istnieje i aktywnie działa w Stanach Zjednoczonych). Nie dziwi więc, że coraz liczniej niewolnicy uciekali ma Północ, choć zabraniały tego Slave Codes (Kodeksy Niewolników).
Napięta sytuacja doprowadziła w końcu, w kwietniu 1861 roku do wybuchu w Stanach Zjednoczonych wojny secesyjnej, trwającej cztery lata, do kwietnia roku 1865. Konflikt ów kosztował życie po obu stronach ponad ośmiuset tysięcy amerykańskich żołnierzy. Ofiar cywilnych do tej pory nikt nie policzył. Przykro mi to rzec, ale tak wygląda prawda o przesławnej amerykańskiej demokracji. Kraj ów własnych problemów nie potrafił rozwiązać pokojowo, ale w obecnych czasach uczy innych, jak mają to czynić. Wojna sukcesyjna stała się najbardziej wstydliwym konfliktem w historii Stanów Zjednoczonych, o którym mało kto wspomni czwartego lipca podczas ćwierćmillenijnego świętowania. Historia ma wszak znakomitą pamięć i nigdy nie zapomina, choćby nawet siłą do tego ją przymuszano, a na banknotach nawet po wielokroć drukowano In God we trust (W Bogu pokładamy ufność). Po amerykańsku to hipocrisy, panowie.
Nieco inaczej potoczyły się losy konfliktów rosnących w siłę Stanów Zjednoczonych Ameryki z Królestwem Hiszpanii. To w roku 1821 wycofało się z centralnej Ameryki, w wyniku czego powstało tam siedem niepodległych państw i jedno terytorium (Belize) zależne od Wielkiej Brytanii. Największym z nich okazały się Stany Zjednoczone Meksyku, nazywane Pępkiem Księżycowym. Zjednoczonym stanom Ameryki nagle wyrósł na południu nowy rywal przeto od razu rozpoczęły z nim wojny, bo przecie nie współpracę, wszak nie do niej, lecz do wojowania zostały stworzone. Do tej najważniejszej doszło w latach 1846 do 1848, kiedy Meksyk zmuszony został do oddania Stanom Zjednoczonym Ameryki ogromnych terenów od Kalifornii aż po Teksas, poprzez Newadę, Arizonę i dzisiejszy Nowy Meksyk. Na hollywoodzkich ekranach zawsze fałszywie pokazywano Meksykanów jako na wpół zdziczałych banderillos, przeciwstawiając ich szlachetnym obrońcom demokracji z Północy i do dziś absolutnie nic się nie zmieniło.
Hiszpańską na południu pozostała jedynie Floryda, nie przekazana Meksykowi. Zaraz jednak po powstaniu Stanów Zjednoczonych Meksyku prezydent USA, James Monroe, zmusił hiszpańskiego króla, Ferdynanda VII, do sprzedania mu ukwieconego półwyspu Florydy za kieszonkowych pięć milionów swoich dolarów (aktualnie byłoby to 146 milionów USD). Tu przynajmniej obeszło się bez konfliktu zbrojnego i rozlewu krwi. Amerykański koszyk z zakupami napełnił się jeszcze bardziej w dniu 30 marca 1867 roku, kiedy to ówczesny prezydent Andrew Johnson dorzucił do niego jeszcze Alaskę wraz z Aleutami, zakupione od rosyjskiego cara Aleksandra za ówczesnych 7,2 miliona swoich dolarów, co aktualnie byłoby równowarte 161 milionom USD. Jeśli prawidłowo zliczyłem, dziś, w roku 2026 koszykowe zakupy dawnej Luizjany, a po niej Florydy i jeszcze Alaski kosztowałyby Stany Zjednoczone 745 milionów ich dolarów to zaś czyni dzisiejszych 0,45 dolara za jeden akr ziemi (jeden akr odpowiada mniej więcej 4.046 metrom kwadratowym). Za taką cenę nawet ja z chęcią nabyłbym parę akrów, na przykład na Florydzie, bo zawsze się mi ona podobała.
Pod sam koniec XIX stulecia do owego supermarketu zawitał wszak prezydent William McKinley – klient, który oficjalnie w koszyku niczego nie miał, za co musiałby zapłacić, ale za to w kieszeniach wyniósł to, co go interesowało. Dzwonek alarmowy jakoś nie zadziałał. Kieszonkowy McKinley wyniósł z owego marketu liczne wyspy Pacyfiku, pośród nich te najważniejsze, Hawaje, anektując je w roku 1898, bez światowego rozgłosu. Wkrótce Stany Zjednoczone zlokalizowały na Hawajach oraz na Marianach swoje bazy wojskowe, przydatne w czasie drugiej wojny światowej. W dniu 21 sierpnia 1959 roku, w czasie prezydentury Dwighta D. Eisenhowera Hawaje stały się pięćdziesiątym i na razie ostatnim stanem w gwiazdozbiorze Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Przed sześćdziesięcioma sześciu laty oficjalnie zatwierdzona została aktualna flaga narodowa Stanów Zjednoczonych Ameryki, na której widnieją czerwono białe, poziome pasy, a w lewym narożniku srebrzyste gwiazdy na niebieskim tle. Zastukało mi oto do głowy przeprowadzić niewinniutki sondaż pośród moich sąsiadów oraz znajomych, wśród tamtych drugich nawet oficjalnych przewodników pracujących w Hiszpanii z amerykańskimi turystami, a nawet moją byłą szefową, urodzoną w Hiszpanii, ale wychowaną i wykształconą w Anglii. Pokazywałem wszystkim w moim telefonie komórkowym fotografię flagi Stanów Zjednoczonych i, udając głupka na wzgórzu (The fool on the hill) zapytywałem, co też znaczą poszczególne elementy owej flagi. Z gwiazdami większość jakoś sobie poradziła, utożsamiając je ze stanami USA, choć nie wszyscy potrafili podać dokładną ich liczbę. Najbardziej rozbroił mnie jeden z moich sąsiadów, który dojrzał w gwiazdach flagi te, jakie najjaśniej świeciły na nieboskłonie, kiedy Amerykanie wylądowali na Księżycu, przy czym nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy to było. Z czerwono – białymi poziomymi pasami na amerykańskiej fladze nie poradził sobie dosłownie nikt, przeto sekret ich zdradzę naszym Czytelnikom. Pasów na fladze jest trzynaście: siedem czerwonych i sześć białych. Z całą pewnością już zdołali je Państwo zidentyfikować: toż to trzynaście pierwszych kolonii, które przed dwustu pięćdziesięciu laty stały się zalążkiem dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jakież to wszystko łatwe, jeśli ktoś, choćby w minimalnym zakresie zainteresuje się historią!
*
STWORZENI DO WOJOWANIA – Dwieście pięćdziesiąt lato to naprawdę mnóstwo czasu. Na przestrzeni owego okresu w Stanach Zjednoczonych Ameryki prezydencką władzę sprawowało czterdziestu pięciu mężczyzn. Powtórzę: mężczyzn, kobieta bowiem raczej nie wojuje. Pośród nich wszystkich jeden tylko się znalazł taki, który za dni swojej prezydentury nie wplątał swojego kraju w żadną nową wojnę. Był nim James Earl Carter Jr., światu znany jako Jimmy Carter, prezydentujący Stanom Zjednoczonym w latach 1977 – 1981. Ktoś od razu zatrzepotać może skrzydełkami: wielu uczestniczyło przecież jedynie w konfliktach wewnętrznych! I co z tego? To ich nie usprawiedliwia a do tego masakrowanie Indian nie kwalifikuje się do klasy konfliktów wewnętrznych, bo przecież Dziki Zachód nie był w tamtych czasach częścią Stanów Zjednoczonych; dopiero oń walczono, mordując jego rdzennych mieszkańców. Oj, nieładny to obraz rzekomo demokratycznego kraju. A historia okłamywać nie potrafi, panowie. Czterdziestu czterech z was ma sumienia zbroczone krwią ludzką. Doprawdy trudno w całej historii o lepszy przykład hipokryzji.
Nie wymieniam w tym ustępie żadnego innego imienia ani nazwiska. Starczy mi świadomość, że Sąd Boży nieuchronnie nadejdzie a na nim na żarty miejsca nie pozostanie. Pan Bóg nie lubi, jeśli się z niego naśmiewać a wy to przez ćwierć tysiąclecia czynicie i niemal cały świat wam przyklaskuje. Jak informuje ostatni raport Organizacji Narodów Zjednoczonych, w końcu 2025 roku, na dwanaście tysięcy atomowych bomb, jakimi aktualnie dysponuje świat, 5.177 posiadają Stany Zjednoczone. Czy w świetle owych faktów koś jeszcze powie, że jest to kraj pokoju? Gdyby tak się rzeczywiście stało, że gdzieś w przestrzeni kosmicznej ludzie napotkają jakieś żywe istoty, Stany Zjednoczone Ameryki pierwszym będą krajem, który zacznie masowo je mordować. Dały już tego przykład w „wewnętrznym” konflikcie z Indianami. Trzebaż spojrzeć prawdzie w oczy.
*
PAX AMERICANA – Jak informuje Wielka Encyklopedia PWN termin „Pax Romana” („Pokój Rzymski”) wprowadził cesarz Oktawian August w roku 27 przed naszą erą i trwał on do śmierci Marka Aureliusza w roku 180 naszej ery czyli przez 207 lat. Charakteryzował się: (1) wewnętrznym względnym pokojem i bezpieczeństwem, (2) rozwojem gospodarczym, (3) maksymalnym zasięgiem terytorialnym Imperium, (4) rozwojem handlu i ekspansją kultury przy scentralizowanej administracji i wreszcie (5) dominacją języka łacińskiego. Przejdźmy na grunt amerykański. Tu przedstawię te same walory, ale w nieco innej kolejności bo czasy troszkę się zmieniły. Oto i one:
Zasięg terytorialny – W czasach cesarza Trajana obszar Imperium Rzymskiego obejmował blisko sześć i pół miliona dzisiejszych kilometrów kwadratowych. Stany Zjednoczone aktualnie zajmują powierzchnię 9 milionów 833 tysięcy kilometrów kwadratowych, ale przecież Rzymianie nie dotarli ani do Amerykopodów, ani do Antypodów. Ambicje ambitnych amerykańskich prezydentów sięgają wszakże dalece dalej a zaświadczają o tym amerykańskie bazy wojskowe rozsiane po wszystkich kontynentach ziemskiego globu. Takich doliczono się ponad siedmiuset pięćdziesięciu. Jeszcze nigdy w historii ludzkości żaden kraj nie zgromadził takiego potencjału militarnego.
Pozorny wewnętrzny pokój i bezpieczeństwo – pozorny, bowiem prawdziwego w Stanach Zjednoczonych nigdy nie było, nie ma i chyba nigdy nie będzie. Niemal każdego tygodnia na telewizyjnych ekranach pokazuje się strzelaniny ze śmiertelnymi ofiarami w amerykańskich barach, restauracjach, uniwersytetach a nawet na terenie szkół średnich – wszystko to, chociaż są Stany Zjednoczone jednym z około sześćdziesięciu krajów świata, w których obowiązuje kara śmierci za popełniane zbrodnie. Jak widać, niewiele to wolnych Amerykanów obchodzi. Oto najnowsze dane (New York Times): w okesie od 1 stycznia 2026 roku do 31 marca tylko w Norym Jorku popełniono 32 zabójstwa, z czego 16 w dzielnicy Bronx. Tak oto, na dzisiejszy dzień wygląda wewnętrzny amerykański pokój i bezpieczeństwo. Niczego sobie. I to ma być przykład dla całej reszty świata?
O wzrost przestępczości w Stanach Zjednoczonych obwinia się tam głównie nielegalnych imigrantów, których ostatnio doliczono się tam piętnastu milionów, pośród nich trzydziestu tysięcy Polaków (dane polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych), w każdej chwili narażonych na deportację z powrotem pod wierzby płaczące. Spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej najwięcej nielegalnych imigrantów przebywa w Stanach Zjednoczonych z Polski, Niemiec oraz z Irlandii. Głównie to sprawiło, iż kiedy w dniu 17 listopada w 2008 roku, kiedy amerykańskie władze przyjęł Visa Wainer Program, znoszący obowiązek wizowy dla obywateli strefy Schengen, nie było pośród nich obywateli polskich. Nie pomogli nawet Kościuszko wraz z Pułaskim. Polacy na zniesienie wiz do Stanów Zjednoczonych Ameryki czekać musieli jeszcze jedenaście lat dłużej.
O utrzymanie względnego pokoju w samym Rzymie oraz we wszystkich jego prowincjach dbały w okresie Pax Romana rzymskie legiony. Zupełnie podobnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych – z tym, że tam współczesnych tamtejszych legionistów nazywa się marines. W starożytności pokój narzucano różnym narodom mieczem oraz siłą, tak, jak Rzym sobie tego życzył. Czyż nie podobnie ma to miejsce w czasach obecnych w krajach, w których przyjęto wzorzec amerykański choćby nie wszystkim ich obywatelom akurat taki model przypadał do gustu? Jakiekolwiek próby uwolnienia się od tak narzuconego wzorca pokoju natychmiast surowo i bezlitośnie były karane czego bodaj najlepszym przykładem w starożytności okazała się wojna żydowska w latach 66 do 70 naszej ery zaś w czasach nowożytnych amerykańska interwencja na prześlicznej karaibskiej Grenadzie w roku 1983 zaś w czasach nam najbliższych w Wenezueli z trzeciego stycznia roku 2026.
Rozwój gospodarczy oraz handel – W czasach Imperium rzymskiego trudno mówić o jakimś uprzemysłowieniu, największe znaczenie miały bowiem wówczas rolnictwo i hodowla, ale też budownictwo. Rzymowi zależało na rozwijaniu tych dziedzin choć całkiem nieźle funkcjonowały one w obszarze Morza Wielkiego (Śródziemnego) co najmniej na cztery stulecia przed powstaniem Cesarstwa. W owych zamierzchłych czasach Rzymianie, jeszcze republikańscy wymyślili, że do obranego celu można dotrzeć z towarem nie tylko drogą morską, lecz również lądową i zaczęli takie budować. Pionierem owego przedsięwzięcia podobno okazał się zacny Appius Claudius Cæcus (Appiusz Klaudiusz Ślepy), uważany za pioniera budowy rzymskich dróg. Tą ìerwszą podobno była Via Appia Antica, zbudowana na początek od Rzymu do Kapui, a w czasach późniejszych w poprzek półwyspu do Brundisium (obecnie Brindisi) nad Adriatykiem. Do czasów Marka Aureliusza Rzymianie zdążyli zbudować w Europie, Azji oraz w północnej Afryce blisko trzysta tysięcy dzisiejszych kilometrów dróg (!). Europejskie autostrady w większości powielają drogi rzymskie.
Stany Zjednoczone w roku 2024 posiadały 49.116 mil autostrad (79.044 kilometry) a prócz tego około 3.728.000 mil (sześć milionów kilometrów) dróg stanowych i międzystanowych, za które nie trzeba płacić. Do tego dochodzi 156.000 mil (mniej więcej 250.000 kilometrów linii kolejowych). Pod tym względem czyni to ów kraj zdecydowanie pierwszym w świecie. Jak informuje Wall Street Journal tylko po drogach lądowych w roku 2024 przewieziono w USA ponad trzynaście miliardów ton różnych towarów. A do nich dochodzą drogi morskie oraz powietrzne. Pomimo tego, jak informuje to samo źródło, w roku 2025 deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych (przewaga importu nad eksportem) sięgnął 901.500 miliardów amerykańskich dolarów, co obecnego prezydenta USA doprowadza do szału przeto wprowadza wysokie cła zaporowe naiwnie się łudząc, że tym sposobem zdoła obronić gospodarkę swojego kraju i uczynić Amerykę „great again” („znowu wielką”). Oj, wielce się ten pan myli. Do sukcesu gospodarczego prowadzi własny trud i pracowitość, nie zaś grodzenie płotów przeciwko innym. Płoty prędzej lun później upadną.
W tym miejscu czepię się jeszcze budownictwa mieszkaniowego. Prekursorami budowy bloków mieszkalnych, zaraz po zakończeniu „Wielkiej Wojny” (Pierwszej Wojny Światowej) byli, jak zwykle nowatorscy Francuzi, Pomysł szybko przyjął się w reszcie Europy a po niej zwłaszcza w wielkich miastach Stanów Zjednoczonych, gdzie już w tamtych czasach poczęto wznosić całe dzielnice „skyline” – wysokościowców, w Polsce nazywanych drapaczami chmur, z których USA zasłynęły w całym świecie. Naiwnych kuszono wspaniałymi widokami z wysoka.
Ekspansja kultury z językiem angielskim – Tu, w Hiszpanii żartuje się, że ktoś, kto włada dwoma językami zwie się bilingwą, w wypadku trzech języków trilingwą. A jeśli włada tylko jednym? To proste: Anglik albo Amerykanin. Wieleż w tym racji. Zarówno w Wielkiej Brytanii jak też w Stanach Zjednoczonych od najwcześniejszych lat wpaja się dzieciom, że to ich język jest tym najważniejszym w całym świecie, tym sposobem zaskorupiając ich móżdżki, co zamyka je dla innych kultur. Uprzejmie proszę przyjrzeć się temu, co dzieje się w świecie muzyki, filmu, że o teatrze nie wspomnę. Niech ktoś raczy mi racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego to akurat w Las Vegas przyznaje się prestiżowe nagrody Grammy, a w Hollywood filmowe Oskary? Przecież muzyka i kino do Ameryki dotarły z Europy, a nie odwrotnie! Albo też dlaczego o powodzeniu scenicznego spektaklu decyduje Broadway w Nowym Jorku, gdzie nie powstała ani jedna znacząca opera? Czy znajdzie się ktoś, kto logicznie zdoła to wytłumaczyć? Akurat w to powątpiewam.
*
OSTATNIA W POCHODZIE POTĘG – W roku 539 przed naszą erą (data absolutna, zgodna pomiędzy chronologią świecką a biblijną) babiloński król Nabuchodonozor (Nebukadnezar) miał sen, który ogromnie do zaniepokoił. Zobaczył oto ogromny posąg, którego głowa była ze szczerego złota, piersi ze srebra, brzuch i biodra z miedzi, golenie z żelaza zaś stopy z osobliwej mieszaniny żelaza i gliny. W pewnym momencie spadł z góry kamień i właśnie w nie uderzył, obalając cały posąg. Babiloński monarcha był owym snem ogromnie zaniepokojony. Natychmiast polecił Ariokowi, zarządzającemu jego dworem wezwać wszystkich mędrców, żeby wyjaśnili mu znaczenie snu, a ponieważ nie potrafili tego uczynić, skazał wszystkich na śmierć. Wyjaśnienia podjął się w końcu Hebrajczyk o imieniu Daniel – proszę uprzejmie spokojniutko, nawet na głos, jak ja to czynię przeczytać sobie w własnych Bibliach drugi rozdział Księgi Daniela.
Daniel nie miał absolutne żadnej wątpliwości. Odważnie przedstawił Nabuchodonozorowi następstwo po jego śmierci kolejnych potęg światowych. „Głową ze złota jesteś jesteś ty, królu” – oznajmił monarsze, zaraz potem wyjaśniając, iż po nim nastaną potęgi z materiałów mniej szlachetnych. Akurat w tym aspekcie bibliści bywają zgodni: ze srebrem utożsamiają Medo – Persję, z miedzią Grecję, z żelaznymi goleniami Rzym zaś ze stopami Anglo – Amerykę. To ona okazała się ostatnią w pochodzie światowych potęg, bo wszystkie wcześniejsze już upadły. Czy do jej upadku dojdzie? Ja jestem przekonany, że z całą pewnością tak, i nikt jej nie pomoże. Pozostaje tylko kilka zasadniczych pytań: kiedy, za kadencji którego prezydenta się to wydarzy i z -której strony Nieba uderzy Boski kamień, kładący w gruzach cały ów posąg światowych potęg.
A póki co, w związku z ćwierćmilleniną rocznicą ich niepodległości życzę wszystkim Amerykanom oraz ich Prezydentowi wszystkiego najlepszego i smacznego sobotniego hot-doga.
13 czerwca 2026
Jerzy Leszczyński


