Z Polski Na Gorąco – Grozi nam emerytalna nędza
Share
Fot. AI/ ChatGPT: Fotografia realistyczna. Para emerytów, kobieta i mężczyzna, stoi nad przepaścią. Nad nimi siedzi wędkarz na chmurze. Trzyma wędkę. Na jej końcu, nad głowani emerytów, wisi pęto kiełbasy. Emeryci wyciągają ręce po kiełbasę. Napis na niebie: pracuj dłużej.
Mamy w Polsce najsprawiedliwszy system emerytalny pod słońcem. Tymczasem Unia Europejska wytyka nam, że dla coraz większej rzeszy rodaków starość zapowiada się w niedostatku.
Jak to działa
Obecny system emerytalny obowiązuje w Polsce od 1999 roku i wówczas zapowiadano, że będzie on wyjątkowy, ponieważ każdy dostanie tyle, ile sobie przez cały okres zatrudnienia wypracuje. Mechanizm był prosty: podstawą są składki gromadzone na indywidualnym koncie każdego pracującego. Połowa jest z pensji, drugą połowę płaci pracodawca. Te pieniądze wpływają do budżetu państwa, który nimi zarządza. Jednak nie musimy się martwić, że trafią np. do funduszu inwestycyjnego, który zbankrutuje, a my zostaniemy bez emerytury.
Rząd za pośrednictwem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, zebrane kwoty co roku pomnaża, czyli waloryzuje o wskaźnik globalnego przyrostu składek i inflacji. Krótko mówiąc pieniądze nie tylko są bezpieczne, ale oszczędności rosną szybciej niż w jakimkolwiek banku. W zeszłym roku powiększyły się o prawie 10 procent, a w poprzednich dwóch latach ponad 14 procent. Nie ma lepszego i bezpieczniejszego systemu inwestowania na przyszłą starość.
Gdy już przejdziemy na emeryturę, zebrany kapitał dzielony jest na miesiące statystycznego, średniego dalszego życia. Działa to jak polisa na życie. ZUS ryzykuje, że ktoś będzie żył dłużej niż przewidział Główny Urząd Statystyczny i chociaż kapitał już się wyczerpał, dostaje nadal taką samą emeryturę. Ubezpieczyciel kompensuje sobie tę stratę, bo niektórzy pożyją krócej niż zostało wyliczone i wówczas reszta kapitału zostaje w kasie.
Na dodatek emerytury są co roku powiększone o inflację i co najmniej 20 procent wzrostu wynagrodzeń w gospodarce. W tej sytuacji, najlepsze co możemy zrobić, to żyć jak najdłużej i jak najprzyjemniej. Tak się niestety tylko wydaje.
Sprawiedliwie, ale źle
Okazało się, że ten pozornie idealny system ma poważne wady. Przede wszystkim Polacy żyją coraz dłużej, a pracują tyle samo lat. Dłuższe życie to niższa emerytura, bo ten sam uzbierany kapitał dzieli się na więcej miesięcy. Można temu prosto zaradzić. Wystarczy podnieść składki emerytalne lub podwyższyć wiek przejścia na emeryturę. Ani na pierwsze ani na drugie żaden rząd się nie zdecydował. Powód jest prosty: strach przed reakcją wyborców. Ta zaś jest jednoznaczna. Jakakolwiek z tych decyzji spowoduje przegrane wybory. A tego nie chce żadna strona politycznego sporu.
Obecnie emerytura wynosi około 50 procent ostatniego wynagrodzenia. Ktoś, kto zarabia 10 tys. zł. (to wynagrodzenie jakie osiąga ok. 10 proc.) dostanie ok. 5 tys. zł emerytury. Za czternaście lat będzie to tylko 30 procent, a więc świadczenie wyniesie 3 tys. zł. To więcej niż minimum socjalne, ale za mało na godne życie po kilkudziesięciu latach pracy.
Kobiety nie chcą pracować jak mężczyźni
Unia Europejska chciałaby zrównania (czytaj podwyższenia) wieku emerytalnego kobiet. Dziś wynosi on 60 lat, gdy dla mężczyzn 65 lat. Te pięć lat różnicy to dłużej wypłacane świadczenie, a więc niższe o ok. 20 procent, przy tym samym kapitale. Dłuższa praca to kolejne składki, a zatem realnie kobieta miałaby o ponad 35 procent wyższą emeryturę. Kobiety nie chcą jednak dłużej pracować, bo są zmęczone, schorowane, bo muszą zająć się wnukami. Co zatem pozostaje?
Niech słabsi umierają?
W czasie pandemii COVID umierało znacznie więcej starych ludzi. Nowe emerytury, przy tym samym kapitale, wzrosły przez to o kilka procent, bo skróciło się średnie, dalsze trwanie życia emeryta. Kolejna taka katastrofa, albo tylko nieudolna służba zdrowia, może przetrzebić emerytów, a ci co przeżyją dostaną „w nagrodę” wyższe świadczenie. Przy okazji system emerytalny się zbilansuje i nie trzeba będzie do niego dopłacać.
Dlaczego do emerytur trzeba dopłacać
Dopłacać? Przecież emeryci dostają tyle ile uzbierali przez lata pracy. No tak, tyle że ich składki zostały dawno wydane. A nowych, od obecnie pracujących, jest mniej niż wcześniej. Coraz więcej emerytów, coraz mniej pracowników. Chwilowo ratują nas Ukraińcy. To ze składek obecnych pracowników finansuje się wypłacane emerytury.
To działa jak typowa piramida finansowa: tak długo jak więcej osób do niej wpłaca niż wypłaca, piramida działa. Piramida się wali, gdy ubywa wpłacających, rodzi się coraz mniej dzieci, młodzi ludzie emigrują, zamykamy się na imigrantów z innych państw. Brakuje pieniędzy na wypłaty.
Granica biedy
Obecnie ok. 1,5 miliona Polaków dostaje najniższą emeryturę, czyli na rękę ok. 1800 zł – ok. 700 dolarów australijskich, ok. 500 dolarów amerykańskich. A i do nich trzeba dopłacać, bo często nie wypracowali nawet tej kwoty. Kolejne 400 tysięcy nie ma nawet tyle, bo nie mieli wymaganego stażu pracy: 20 lat dla mężczyzn, 25 lat dla kobiet.
Za minimalną emeryturę nie da się godnie żyć, bo minimum socjalne dla osoby samotnej wynosi 1947 zł, a dla pary emerytów – 1641 zł na osobę. Niestety u nas ciągle jest rynek pracodawcy i to co jest oficjalnie do wypłaty to minimalne, ustawowe wynagrodzenie, a reszta często idzie „pod stołem”. Tych przyszłych wegetujących emerytów jest w tej chwili ok. 3,6 miliona, bo tylu dostaje ustawowe minimalne pensje i płaci minimalne składki. Dlatego do tych świadczeń budżet będzie musiał dokładać. Z czego? Z podatków, które z konieczności będą coraz wyższe, a świadczenia socjalne coraz niższe.
Dziś kobieta przechodząca na emeryturę w wieku 60 lat ma przed sobą ponad 24 lata życia, 65-letni mężczyzna – 16 lat. Trwanie w zdrowiu, bez przewlekłych chorób czy niepełnosprawności dla kobiet wynosi 61, a dla mężczyzn 65 lat! Emeryci to schorowani ludzie. Jak można ich zmuszać do dalszej pracy!
Komisja Europejska zaleca
Komisja Europejska zaleciła nam ostatnio zreformowanie tego najsprawiedliwszego, polskiego systemu. Mamy podwyższyć wiek emerytalny, zlikwidować ubóstwo emerytalne kobiet, zlikwidować przywileje i istniejące luki. To ostatnie jest szczególnie istotne. W Polsce trwa teraz emocjonalna dyskusja dotycząca dopłat do emerytur artystów. Rząd chce ich wesprzeć, ale wielu z nas uważa, że sami sobie są winni. Nikt im nie kazał wykonywać wolnych zawodów.
Ale są też inne uprzywilejowane grupy. To rolnicy (ponad milion osób), którzy płacą groszowe składki, a resztę dopłacamy wszyscy, z naszych podatków. Żołnierze (160 tys.), policjanci ( 100 tys.) sędziowie, prokuratorzy nie płacą ani grosza składek na emeryturę. Kolejna grupa to duchowni (25 tys.), których składki są dotowane z państwowego Funduszu Kościelnego. Za nich to my wszyscy płacimy składki, bo oni sami na żadne emerytury nie składali. To niesprawiedliwe.
To co mówi Komisja Europejska to nie nakazy, przynajmniej na razie, ale sugestie. Gdy nadal będziemy mieli najwyższy w historii wolnej Polski deficyt budżetowy i najwyższe zadłużenie, sugestie zmienią się w nakazy. To do nich przygotowują liczne publikacje (jakby sterowane) o tym, że musimy pracować dłużej.
Co dalej
Są dwa wyjścia. Pierwsze wynika z prostego związku wysokości emerytury z uzbieranymi składkami i długością życia na emeryturze. Skoro nie chcemy dłużej pracować, by urósł kapitał emerytalny, to więcej emerytów powinno szybko umierać. Biorąc pod uwagę jak są schorowani i jak działa państwowa służba zdrowia, to cel nietrudny do osiągnięcia.
Drugie wyjście to wyższe składki emerytalne pracowników. Dziś wynoszą prawie 20 procent płacy z czego po równo, połowę płaci zatrudniony, drugą połowę pracodawca. Wystarczy podwoić wysokość składki. Emerytura będzie dwa razy wyższa.
Trzecia droga, czyli indywidualne oszczędzanie na prywatną emeryturę jest ciągle mało realne. Na inwestowaniu niezbyt się znamy, fundusze mogą upaść i nasze pieniądze przepadną, a lokaty bankowe są znacznie mniej opłacalne niż państwowy Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
Coś musimy wybrać.
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


