Z Polski Na Gorąco – Tarcza z amerykańskich żołnierzy
Share
Fot. AI/ ChatGPT: Fotografia. Na pierwszym planie jeden szereg amerykańskich żołnierzy. Jeden trzyma flagę USA, pozostali groźnie wycelowaną w kierunku obiektywu długolufową broń automatyczną. Za nimi mrowie, aż po horyzont, polskich żołnierzy. Na hełmach mają orzełki. Gdzieś w tle powiewają biało czerwone flagi.
Politycy polscy, ale i europejscy straszą, że Rosja w najbliższych latach zaatakuje państwa Unii. Jedyne, co ich może powstrzymać, to strach przed USA.
To logiczne wytłumaczenie nerwowej reakcji na groźby prezydenta Donalda Trumpa, że wycofa swoje wojska z kolejnych państw europejskich.
Na początku maja Donald Trump zapowiedział, że wycofa z Niemiec 5 tysięcy żołnierzy. To kara nałożona na kanclerza Fridricha Merza, bo ośmielił się stwierdzić, że Stany Zjednoczone zostały upokorzone przez irańskich negocjatorów.
Polacy zareagowali radośnie na tę zapowiedź. Prezydent Karol Nawrocki wprost powiedział, że nasz kraj chętnie przyjmie u siebie tych żołnierzy. Prezydent Donald Trump nie tylko zatem ukarze niezbyt lubianych sąsiadów, ale może jeszcze i nas nagrodzi.
Ostrożny premier Donald Tusk napisał, że największym zagrożeniem dla wspólnoty transatlantyckiej jest postępujący rozpad sojuszu. Należy rozumieć, że istotnym przejawem tego rozpadu jest decyzja prezydenta USA o ograniczeniu swojego militarnego zaangażowania w Europie. Pytany wprost powiedział, że chyba nie powinniśmy „podbierać” Niemcom amerykańskich żołnierzy. Jednak jest za zwiększeniem liczebności kontyngentu w Polsce.
W Niemczech stacjonuje ponad 36 tys. Amerykanów. Kilka tysięcy mniej nie powinno robić różnicy, szczególnie że nasz zachodni sąsiad ma bezpieczne granice i z żadnej strony nie grozi mu napaść. Praktycznie kontyngent z USA nie jest mu potrzebny…, no chyba żeby Rosja chciała uderzyć swoimi rakietami nad Polską, prosto w Niemcy Jednak w taki atak chyba nikt rozsądny nie wierzy.
Jeżeli Rosja wygra wojnę z Ukrainą, na co się nie zanosi, to zainteresuje się w pierwszej kolejności państwami nadbałtyckimi, w których jest znacząca mniejszość Rosjan. Polska, praktycznie jednolita narodowo, jest może znienawidzona przez prezydenta Władimira Putina, ale mało interesująca jako kolejna republika. Może się jednak mylę i rację mają politycy z rządu i opozycji, tu zadziwiająco zgodni, że agresja na Polskę jest bardzo prawdopodobna.
Nasz kraj to wschodnia granica Unii Europejskiej. Wojna z nami to wojna z całą zjednoczoną Europą. We wspólnym zatem interesie jest ochrona naszego bezpieczeństwa. Jak to wygląda w praktyce?
W styczniu tego roku odbyło się posiedzenie Sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Podano na nim liczebność wojsk sojuszniczych w naszym kraju. Mamy ich około 10 tysięcy. W tym 8,5 tys. amerykańskich i 1400 z innych państw. Francuskich żołnierzy jest 320, niemieckich – 140, tyle samo brytyjskich, z odległej Kanady – 150, 90 – norweskich, 120 – z Holandii – podaje portal „Dziennik Zbrojny”. Jeżeli te liczby mają oddawać poziom zaniepokojenia europejskich sojuszników potencjalną wojną z Rosją i zagrożoną Polską, widać, że ich obawy są niewielkie.
Najbardziej o nasze bezpieczeństwo, o czym świadczy wielkość kontyngentu, martwią się Stany Zjednoczone, chociaż są tak odległe. Ale i z ich strony spotkał nas afront, bo nagle Pentagon w połowie maja ogłosił anulowanie planowanej rotacji 4 tys. amerykańskich żołnierzy do Polski. Oznaczało to, że taka liczba opuści nasz kraj, ale nie zastąpią ich żołnierze z kolejnej rotacji.
To był szok. Polska, najwierniejszy sojusznik USA została ukarana. Premier wprawdzie zapewniał, że nie wpłynie to na bezpieczeństwo państwa, ale jednocześnie wicepremier, szef Ministerstwa Obrony Narodowej, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział pilne rozmowy z USA, także wyjazd delegacji. Interweniowali też senatorzy amerykańscy twierdzący, że decyzja ta zapadła bez wiedzy Kongresu i jest niewłaściwa. Polska opozycja rzecz jasna winą obarczała rząd psujący relacje z prezydentem Donaldem Trumpem.
Zaszumiało też w całej Europie. Wszędzie komentowano tę decyzję, a po tygodniu, gdy prezydent USA zapowiedział, że wyśle do nas 5 tysięcy żołnierzy próbowano zrozumieć, czy będzie to minus 4 tys. plus 5 tys., czyli netto plus tysiąc, czy też do tamtych 4 tys. dodane zostanie obiecane 5 tys. co znaczyłoby, że zyskamy 9 tys. Nie wiadomo do tej pory.
Bez względu na to, które wyliczenie jest prawidłowe, władze Polski ogłosiły wielki sukces i tu zgodny był rząd, prezydent i opozycja. Wszyscy też starali się sobie przypisać zasługę zmiany decyzji w sprawie kontyngentu.
Nie jest łatwo nadążyć za szybko zmieniającymi się decyzjami władz Stanów Zjednoczonych. Ważne, że dla wszystkich polityków obecność wojsk amerykańskich w kraju jest gwarantem jego bezpieczeństwa. Dla Polski rola żołnierzy USA umieszczonych w kraju jest największa. Obecność innych naszych sojuszników jest w Polsce symboliczna, głównie techniczna i szkoleniowa. Gdyby doszło do wojny zapewne szybko wróciliby do swoich krajów. Inaczej jest z Amerykanami. Ich nie da się szybko ewakuować, bo jest zbyt wielu. Najważniejsze jest jednak coś innego. Kiedyś jeńców przeciwnika ustawiało się przed atakującą armią, chcąc w ten sposób powstrzymać ich przed strzałami. Żołnierze USA nie są takimi zakładnikami, ale wszyscy wierzą, że gdy gdziekolwiek na świecie zostaną zaatakowani, rząd USA odpowie z pełną mocą.
Pozostaje niepodważalnym faktem, że tylko obecność wojsk USA traktowane jest przez całą Europę jako gwarancja bezpieczeństwa. My też tak uważamy.
Jak podaje portal „Defence24″, w styczniu tego roku mieliśmy 178,7 tysięcy żołnierzy zawodowych oraz dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. Oprócz nich terytorialną służbę wojskową pełni 38 tys. osób. W sumie mamy ponad 216 tysięcy własnych żołnierzy gotowych bronić Polski. Te 10 tysięcy kontyngentu to mniej niż 5 procent. A jednak są oni niezbędni. Nie Niemcy, nie Francuzi, nie Brytyjczycy, ale właśnie Amerykanie stanowią psychologiczną tarczę mającą odstraszyć każdego napastnika. To jak na razie działa.
Nic nie jest za darmo. Ochrona jest za kontrakty zbrojeniowe, zakupy myśliwców, ale także przywileje prawne czy ekonomiczne dla ważnych dla USA firm. Czy to nam się opłaca? Jak na razie zarówno obecna koalicja jak i opozycja tego nie kwestionują, chociaż ta „przyjaźń” jest nieco wymuszona. Za odrzucenie pomocnej ręki i niewystarczające okazywanie wdzięczności mogą nam grozić kary np. mocno podwyższone cła, co prezydent Donald Trump już stosuje wobec Europy próbującej być niepokorną. Może też zabrać wszystkich swoich żołnierzy i powiedzieć: sami się martwcie o swoje bezpieczeństwo. Co wówczas?
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


