Z Polski Na Gorąco – My to nie Las Vegas
Share
Fot. AI./ ChatGPT: zdjęcie ślubne na tle gór. Pionowo przedarte między kobietą i mężczyzną.
Prezydent Karol Nawrocki chce by sądy nadal zaglądały do łóżek małżonków i oceniały czy nastąpił rozkład pożycia. Dlatego odmówił podpisania ustawy wprowadzającej możliwość rozwodu pozasądowego.
Ustawa, o której mowa, wprowadzała expressową formę rozwiązania małżeństwa. Jeżeli ona i on zgodnie oświadczą przed urzędnikiem stanu cywilnego, że nie chcą dalej być razem, nie mają wspólnych dzieci na wychowaniu, nie są też posiadaczami zapłodnionego jajeczka, nie spierają się o podział majątku, to mogą uzyskać zaświadczenie o rozwodzie. Szybko i wygodnie, bez czekania na sprawę sądową, bez spowiadania się z intymnych problemów związku, bez udawadniania, że już nic ich nie łączy. Tak miało być od 1 stycznia 2027 r. Ale prezydent odmówił podpisania ustawy. Nie chciał zaakceptować, że jeżeli kobieta i mężczyzna nie chcą już być ze sobą, nie powinno im się utrudniać rozstania przez „grzebanie w brudnej bieliźnie”.
Wywołało to ogromne oburzenie u wszystkich ceniących sobie wolność i pragnących jak najmniejszej ingerencji państwa w prywatne życie. Ktoś złośliwie, a celnie, skomentował, że skoro sądy mają decydować o formalnym rozwiązaniu związku dwóch osób, powinny też rozstrzygać czy dana para może się pobrać. Ten żart jest bardzo niebezpieczny, bo w faszystowskich Niemczech ustawy rasowe właśnie rozstrzygały między innymi tę kwestię, zakazując związków aryjczyków z niższymi istotami np, Żydami.
Prezydent w filmie opublikowanym na Facebooku tłumaczył swoją decyzję mówiąc m.in.: Małżeństwo w stylu Las Vegas – szybko zawarte i proste do zakończenia, to może być scena filmowa. W poważnym państwie, prawo i ustawy to nie pisanie scenariusza filmowego. Małżeństwo to nie banał czy chwilowa zachcianka, to instytucja objęta szczególną ochroną państwa. Stanowi o tym art. 18 Konstytucji zobowiązujący Prezydenta, państwo i wszystkie jego instytucje do podejmowania działań zmierzających do umacniania więzi rodzinnych i małżeńskich. I takim wartościom pozostaję wierny.
Więcej argumentów przedstawił w pisemnym, skierowanym do Sejmu, uzasadnieniu weta.
Pisał: „W toku postępowania o rozwód sąd, w szczególności na podstawie obligatoryjnego dowodu z przesłuchania stron bada, czy między małżonkami rzeczywiście doszło do zupełnego zerwania więzi małżeńskich oraz czy stan ten ma charakter trwały. Kierownik urzędu stanu cywilnego nie będzie natomiast prowadził postępowania dowodowego właściwego dla postępowania sądowego”.
W innym miejscu pisał wprost, że: … w sytuacji, gdy Polska zmaga się z pogłębiającym się kryzysem demograficznym, działania ustawodawcze powinny zmierzać do wzmacniania trwałości więzi rodzinnych, promowania macierzyństwa i ojcostwa.
Jednoznacznie określił swoje stanowisko. Dwoje dorosłych ludzi musi być ze sobą, płodzić dzieci, bo… jest to w interesie państwa. To odwrócenie naturalnego porządku, w którym to państwo ma służyć swoim obywatelom, nie zaś obywatele mają służyć państwu.
Dalej idzie w Polsce tylko nauka Kościoła, powołując się na biblijną zasadę nierozerwalności małżeństwa: Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. Jak to wygląda w praktyce? Opowiadała mi o tym kobieta, która wystąpiła o unieważnienie ślubu kościelnego z mężem alkoholikiem. Oboje udowadniali, że w czasie ślubu, a także przed nim i po nim, mężczyzna był ciągle pijany, z zaburzoną świadomością, czego kobieta nie wiedziała i nie miała świadomości konsekwencji. Rozwód kościelny ostatecznie uzyskali, ale po długich perypetiach i upokarzających przesłuchaniach świadków. W tym przypadku kościołowi nie przeszkadzało to, że mają wspólne dzieci. To jednakże zupełnie inna sytuacja, bo żyjemy w państwie podobno świeckim, ślub kościelny nie jest obowiązkowy, a kto się na taki decyduje musi ponosić konsekwencje swojego wyboru. Można oczywiście, jeżeli sprawę traktuje się czysto instrumentalnie, być cwaniakiem i postąpić jak Józef Piłsudski, który zmienił wyznanie, by ożenić się z rozwódką, czego kościół katolicki nie dopuszczał.
To tak na marginesie. Dla dyskursu ważne jest, że państwo prezydenta Karola Nawrockiego chce zarządzać naszymi ciałami. To jest zresztą już mocno zakorzenione w polskim prawie. Przy rozwodzie badane jest bowiem czy małżonkowie mają wspólne dzieci, także te poczęte, ale nienarodzone. Dotyczy to nie tylko kobiety w ciąży, lecz także zapłodnionych jajeczek w procedurze in vitro. Zarodek (zgodnie z ustawą z 2015 roku), który nie został wykorzystany w procedurze – przygotowuje się kilka, na zapas- nie może zostać zniszczony. Gdy kobieta i mężczyzna wyrzekną się go, państwo może przekazać go innej kobiecie, tzw. biorczyni, która go adoptuje i urodzi. W Polsce jest ok. 200 tys. takich zamrożonych zarodków czekających na swoją szansę. W obecnym stanie prawnym, w czasie rozwodu sąd decyduje również o ich losie. Zgodnie z odrzuconą przez Prezydenta ustawą, małżeństwa posiadające takie zamrożone zarodki nie mogliby skorzystać z rozwodu przed urzędnikiem stanu cywilnego.
Autorzy odrzuconych przepisów, w uzasadnieniu swojego projektu mówią o zwiększeniu wolności w decyzjach o rozwiązaniu małżeństwa. Jednak jako pierwszy argument za pozasądowym rozwodem podają odciążenie sądów, które i bez rozwodów są mocno zapracowane. Kolejny argument to promocja unikania drogi sądowej tam, gdzie możliwe jest postępowanie administracyjne. Dopiero trzecim powodem jest zwiększenie autonomii, czyli poszerzenie wolności par. Dodatkową korzyścią ma być skrócenie czasu oczekiwania na rozwód. Ustawa przewiduje zaledwie miesięczny okres próbny, po złożeniu oświadczeń o chęci rozwodu. Dopiero potem urzędnik wygłosi mowę o tym jak piękne jest małżeństwo i formalnie rozwiązuje związek. A kosztować to miało zaledwie 620 zł…
W Polsce jest co roku prawie 60 tys. rozwodów – to ok. 40 proc. zawieranych małżeństw. Na rozstanie zgodne, bez orzekania o winie, czeka się do 6 miesięcy i często postępowanie kończy się na pierwszej rozprawie. Wszystko trwa nie więcej niż godzinę. Sąd nie wnika w szczegóły pożycia i przyczyny rozstania. Dopiero, gdy rozstający się małżonkowie nie są zgodni, zaczyna się „pranie brudów”, często publiczne, ze świadkami.
Gorzej jest przed sądem biskupim, kościelnym, gdzie unieważnienie trwa od kilkunastu miesięcy do nawet kilku lat. Wytrwałych jest ok. 2800 par rocznie. Powodem unieważnienia ślubu kościelnego jest najczęściej uzależnienie męża/żony (nie tylko od alkoholu i narkotyków), brak zgody na posiadanie dzieci, biseksualizm, homoseksualizm… Tu żadne uproszczone procedury nie pomogą.
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


