Beata Joanna Przedpełska – Echa Warszawskich Salonów
Share
Anzac Day. Fot. FB
ANZAC DAY
ANZAC Day, obchodzony 25 kwietnia każdego roku, jest narodowym dniem pamięci o ofiarach wojny. Data przypomina o wylądowaniu Korpusu Armii Australii i Nowej Zelandii (Australian and New Zealand Army Corps – ANZAC) na półwyspie Gallipoli w Turcji w 1915 roku. Już w następnym roku w całej Australii organizowano w tę rocznicę marsze i nabożeństwa, a dwa tysiące żołnierzy obu krajów przeszły ulicami Londynu. Od 1922 roku jest to święto państwowe, a od 1949 roku upamiętnia również żołnierzy poległych podczas II wojny światowej. Półwysep Gallipoli przeszedł do historii jako miejsce desantu i walk wojsk angielskich, australijskich, nowozelandzkich i francuskich. Operacja wojsk sprzymierzonych nie zakończyła się sukcesem: zginęło 8700 Australijczyków i 2700 Nowozelandczyków. Jednak ich ofiara nie poszła na marne. Mimo ogromnych strat Gallipoli symbolizuje poczucie jedności w słusznej sprawie, pamięć o poległych, poświęcenie weteranów oraz tych, którzy pozostają nadal w służbie, na przykład w misjach pokojowych. Tegoroczne obchody ANZAC Day miały szczególny, historyczny wymiar: przypadły w 111. rocznicę kampanii. Tradycja narodziła się w stanie Queensland: to właśnie z Brisbane w 1916 roku wyruszył pierwszy marsz na pamiątkę lądowania wojsk na półwyspie Gallipoli. To także polskie święto: Polacy również brali udział w kampanii w szeregach ANZAC. To nasza wspólna historia: w imię wolności, jedności i braterstwa. ANZAC Day obchodzony jest także w Polsce. W tym roku Ambasador Nowej Zelandii J. E. Paul Ballantyne oraz Ambasador Australii J. E. Benjamin Hayes tradycyjnie zaprosili na wzruszającą uroczystość przed Grobem Nieznanego Żołnierza na Placu Piłsudskiego w Warszawie, która odbyła się z udziałem dyplomatów, przedstawicieli rządu i urzędów państwowych oraz mieszkańców stolicy. Po odegraniu hymnów państwowych przez orkiestrę Wojska Polskiego nastąpiła uroczysta zmiana warty. To miejsce – fragment ocalałej ze zniszczeń wojennych kolumnady – z prochami bohaterów, z wiecznie płonącym zniczem i wartą honorową jest miejscem wyjątkowym i drogim sercu Polaków. Ambasadorowie – Nowej Zelandii oraz Australii – w swoich wystąpieniach wyrazili pamięć o wydarzeniach 1916 roku, o odwadze i poświęceniu żołnierzy, o nieprzemijających wartościach. Uroczystość odbyła się w sercu Warszawy – miasta niezwyciężonego, a tak ciężko doświadczonego przez ostatnią wojnę. Następnie przedstawiciele ambasad i urzędów państwowych złożyli przed Grobem Nieznanego Żołnierza wieńce oraz wpisali się do księgi pamiątkowej. Zabrzmiała „Oda Pamięci” Laurence’a Binyona – wiersz, recytowany podczas obchodów ANZAC Day. „We will remember them. Lest we forget”. A po minucie ciszy – tradycyjny sygnał trąbki „The Last Post” (Ostatni Patrol) na koniec służby, także wiecznego spoczynku.
OBOWIĄZEK I MIŁOŚĆ
Bóg, Honor, Ojczyzna. W „Horacjuszu” Pierre’a Corneille’a jest jeszcze więcej: miłość, rodzina, lojalność. Bohaterowie dramatu rozdarci są między poczuciem obowiązku i uczuciami; miotają się bezsilnie, czekając co przyniesie los. Pierre Corneille (1606-1684) uważany jest za ojca klasycystycznej tragedii. I chociaż jego najsłynniejszym utworem jest „Cyd”, w Teatrze Polskim oglądamy inne dzieło: „Horacjusz” w nowym przekładzie Jerzego Radziwiłłowicza. Reżyser spektaklu – Andrzej Seweryn – podkreśla, że dramat był dotąd praktycznie nieobecny na naszych scenach, a warto pokazać go publiczności ze względu na niewątpliwe walory tekstu, treść i moralne dylematy, które stawia przed widzami. „Horacjusz” to teatr do oglądania (znakomita scenografia i kostiumy Justyny Łagowskiej), ale przede wszystkim do uważnego słuchania. Aktorzy (w rolach głównych: Sławomir Grzymkowski – Tullus, Modest Ruciński – Horacjusz, Hanna Skarga – Sabina, Irmina Ciszkowska – Kamila, Szymon Kuśmider – Stary Horacjusz) skupiają uwagę publiczności, prezentując postacie, których zawikłane problemy wydają się zarazem archaiczne i współczesne.

Teatr Corneille’a jest umowną, a przez to sztuczną konwencją. Bohaterowie mogą wydawać się marionetkami, wygłaszającymi pompatyczne kwestie. Nie jesteśmy już przyzwyczajeni do takich inscenizacji: solidnych, klasycznych, bez dodatkowych efektów i eksperymentów. A jednak właśnie to działa, taki teatr wydaje się atrakcyjny. „Horacjusz” w Teatrze Polskim staje się specyficznym, szlachetnym misterium, świętem; jest oddechem od szarej codzienności, pospolitości. Zanurzamy się w innym świecie, wypełnionym poezją, przenosimy do czasów antyku. Zarazem odkrywamy uniwersalność jego problematyki. Tytułowy Horacjusz jest gotowy oddać wszystko, poświęcić w imię ojczyzny i honoru. Stawia interes Rzymu ponad więzy rodzinne, ponad miłość. Odrzuca wszelkie słabości, posuwa się nawet do morderstwa ukochanej siostry. Sabina i Kamila, zamknięte w schemacie patriarchalnego społeczeństwa, zmuszone są do bezwolnego poddania decyzjom mężczyzn. Jednak w obliczu śmierci najbliższych buntują się przeciwko okrutnym regułom bezdusznego aparatu władzy. Lojalność wobec ojczyzny nie zdoła zniszczyć uczuć; ludzie to nie bezwolne roboty, skonstruowane do wojen i zabijania. W tym aspekcie sztuka Corneille’a staje się w swojej wymowie aktualna i uniwersalna. To historia o konieczności podejmowania wyborów, a jednocześnie o nieuchronnym przeznaczeniu. Bo chociaż bohaterowie podejmują rozmaite działania, to jednak los decyduje o ostatecznym wyniku konfliktu. Bóg, przeznaczenie, fatum – jakkolwiek nazwać niewidzialną rękę, sterującą tysiącami wojowników, a w mikroskali – jednostkami, kładzie na szali ich życie. „Horacjusz” godnie uhonorował 80-te urodziny Andrzeja Seweryna: aktora, reżysera i dyrektora Teatru Polskiego w Warszawie.
UTKANE OPOWIEŚCI

Wnętrze warszawskiej Galerii Test wypełniło się gorącymi kolorami na czas trwania wystawy „Tkanina i poezja”. Krystyna Wojtyna-Drouet – warszawianka – urodziła się w 1926 roku (4 stycznia skończyła 100 lat!) i wciąż pracuje, tworzy swoje niesamowite dzieła, bo to nie tylko jej zawód, ale i pasja. W latach 1946-1952 studiowała w Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Tkaniny, zgłębiając tajniki gobelinów, kobierców, żakardu, malarstwa i farbiarstwa. Studia dały jej solidne podstawy warsztatu, dzięki czemu później mogła wykonywać prace w różnych technikach i barwić włókna na najbardziej wyrafinowane barwy. Jeszcze pracując na ASP projektowała i tworzyła tkaniny i kilimy, a także… samodziały, z których wobec braku materiałów na rynku szyła ubrania dla rodziny. Tuż po studiach przyszły pierwsze nagrody w konkursach. Zaczęła eksperymentować, co tak doceniono za nowatorstwo faktury, że nazwano rewelacją. Nikt tak jak ona nie potrafi malować wełną, tworząc obrazy malarskie. Jej eksperymenty artystyczne poszły dalej: zaczęła projektować narzuty żakardowe, drukować modne wzory na materiałach. A grubą, ręcznie przędzioną wełnę efektownie wzbogacała błyszczącym sizalem, rafią i sztucznym włóknem. Dzięki współpracy z Biurem Handlu Zagranicznego DESA jej prace trafiły do USA, a nawet Australii. Do kolejnych kompozycji wprowadziła elementy ceramiczne i metalowe, wciąż poszukując nowych środków wyrazu. Odkryła, że tkanina wcale nie musi być ani kwadratem, ani prostokątem; może być w formacie owalnym, a poszczególne fragmenty mogą wysuwać się poza ramy. Każdy rok przynosił jej następne nagrody i wystawy w różnych miejscach świata. Jej prace trafiły do zbiorów prestiżowych muzeów i prywatnych kolekcji. W tym roku jej bogaty dorobek zaprezentowała Galeria Zachęta na wystawie „Krystyna Wojtyna-Drouet. Ja dla siebie nie istnieję” oraz właśnie Galeria Test. Wystawie „Tkanina i poezja” towarzyszy świetnie opracowany katalog z licznymi fotografiami i wstępem kuratorki Małgorzaty Wróblewskiej Markiewicz, która podkreśla niezwykłą fakturę gobelinów (grube, skręcane pasma wełny, sizal, lniane i bawełniane nici, przędze wiskozowe, elementy z drewna, metalu, szkła, tworzyw sztucznych i syntetycznych) oraz na bogactwo kolorystyki. Baczni obserwatorzy skupiają się na treści, opowiadanej tkaniną. Pejzaże, widok za oknem, portrety, ptaki, gałązki drzew, kwiaty; nawet tak zwyczajne przedmioty jak buty, parasolki, kartki papieru, ołówki, baloniki, rozwieszone pranie – wszystko może być pretekstem do odtworzenia jakiejś historii. To tkaniny bujne w swojej tonacji, wielobarwne jak mijające dni. Gorąca czerwień, złociste brązy, róż, zielenie i żółcie…Artystka mówi o sobie, że jest malarką, a jej pędzlem są wątki przędzy. Jest nie tylko tkaczką i malarką, bo także poetką. W swoich wierszach – zapiskach chwil odnotowuje jak w szkicowniku ulotne momenty: rozkwitanie kwiatów, chłodny szum strumienia, pęk ziół, powiew wiatru, rozsypany sznur pereł, odbicie w lustrze, pajęczynę na drzewie, ślady wron na śniegu, promień słońca. Te inspiracje potem przekłada na swoje prace. Tkanina i poezja – to bardzo udany mariaż.
Fot. Krystyna Wojtyna-Drouet (w środku) na wernisażu
JUBILEUSZ

Derek Jarman (1942-1994), brytyjski artysta awangardowy, reżyser, malarz, poeta i pisarz zaliczany jest do nurtu filmowego postmodernizmu i kontrkultury punk. Jarman był zafascynowany punk rockiem: w 1977 roku nakręcił w Londynie film „Jubileusz” z udziałem takich gwiazd jak Siouxie Sioux i Toyah Willcox. Fabuła filmu cofa widzów do… roku 1578, czyli okresu panowania królowej Anglii – Elżbiety I, która pragnie dowiedzieć się, co czeka jej naród w przyszłości. Przy pomocy nadwornego astrologa Johna Dee i ducha Ariela przenosi się do roku 1978 i znajduje w zupełnie nowej, obcej rzeczywistości. Londyn w tym abstrakcyjnym dla niej czasie jest miastem artystów underground i społecznych outsiderów. Gorączka punk rocka zbiega się z jubileuszem koronacji Elżbiety II. To trochę szokujące zestawienie: wierność tradycji monarchii i zarazem klimat futurystyczny. Maciej Jaszczyński – młody reżyser teatralny i dramaturg – przeniósł na scenę Teatru Dramatycznego ten kultowy film Jarmana. W pierwszej chwili spodziewałam się spektaklu przesiąkniętego autentyczną muzyką punk, która w latach 70. wydawała się świeża, nowoczesna, zbuntowana. Sex Pistols, Iggy Pop, The Velvet Underground, The Clash; hałas, agresja, bunt, anarchia. Ale „Jubileusz” jest nie tyle o muzyce, ile o symbolicznej potrzebie poszukiwania nowości. Kontrkultura punk jest punktem wyjścia do skonfrontowania jej z tym, co nastąpiło później. Założenie wolności artystycznej, nieograniczonej swobody środków wyrazu przewrotnie doprowadziło do komercjalizacji. Punk w muzyce i sztuce stał się tylko modnym produktem, który można kupić i sprzedać. Niełatwo, a może nawet niemożliwe wyzwolić się z reguł rynku, nie ulec pokusie biznesu. Reżyser spektaklu mówi, że przygotował spektakl na podstawie scenariusza filmu oraz autobiograficznej książki – pamiętnika Jarmana: „Modern Nature. Journals 1989-1990”. To bajka o nas samych: metaforyczna, symboliczna opowieść o rozpadzie świata i wspólnoty. Co znaczą dziś wzniosłe idee i bunt przeciwko twardym regułom, rządzącym światem? Odpowiedź brzmi: nic. Nikt nie ma szans wygrać z molochem, pozostaje tylko pusta, chwilowa zabawa – to gorzka refleksja. Słabsi przepadną, silniejsi przetrwają, ulegając presji konwenansów i siły pieniądza. Historia się powtarza: taki sam los spotkał hippisów. Maria Gustowska (adaptacja tekstu, dramaturgia) kładzie nacisk na zachowanie awangardowego stylu języka filmu, na intensywność, dynamikę scen, koloryt (scenografia i kostiumy – Kamila Bukańska). Na poczucie humoru autora, który ukazał postacie w krzywym zwierciadle, w oparach absurdu. Cieszmy się chwilą i bądźmy sobą – tak chyba brzmi przesłanie tego spektaklu w czasach, kiedy punkowa rewolucja zgasła, a hasło „No Future” stało się sloganem drukowanym na koszulkach dla zblazowanych milionerów. Punk narodził się w slumsach, ale trafił na salony.
BEATA JOANNA PRZEDPEŁSKA


