Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Jeszcze jeden Eurogeniusz
Share
Wolfgang Amadeusz Mozar,t fragment obrazu Portert rodziny Mozartów. Wikipedia
WOLFGANG OWSZEM, ALE TEŻ AMADEUSZ
SALZBURG doprawdy jest prześlicznym miastem. Powiada się, że kto nie widział Salzburga, tak naprawdę nie zna Austrii, a mnie jedynie wypada pokornie skłonić głowę i przyznać rację. Jeszcze mieszkając w Polsce, zanim na stałe wyjechaliśmy za Pireneje, w Austrii bywałem bardzo często, wożąc polskich turystów a też „turlystów” na wycieczki do Austrii, Włoch i Szwajcarii, zawsze coś nowego poznając po drodze. A kiedy w czasach wypraw handlowych „turlyści” zamieniali futrzane czapy, lisie skóry i skórzane kurtki na ówczesne austriackie szylingi na naddunajskim Mexico Platz, zapuszczałem się w najróżniejsze zakątki austriackiej stolicy i jej okolic, dla oglądania w nich interesujących miejsc i zapamiętywania ich wyglądu, o ile to możliwe na zawsze. A też zmierzając z Hiszpanii do Polski samochodem często wybierałem trasy przez Austrię. Dzięki temu zdołałem tam dobrze poznać nie tylko Wiedeń i pozostałe stolice austriackich krajów związkowych, ale również urocze mniejsze miejscowości, porozrzucane po alpejskich dolinach. Nierzadko przy tym zaglądałem do Salzburga, bowiem miasto owo wypada po drodze z Barcelony do Krakowa.
W roku 15 przed naszą erą, liczący sobie wówczas 27 lat Tyberiusz, dowodzący rzymskim oddziałem zmierzającym ku Germanii, przekroczywszy Alpy rozbił w dolinie nad rzeką obóz, nazywając go Juvavum. Po latach, powracając z kampanii, ponownie zatrzymał się w owym miejscu. W roku 14 już naszej ery, w Rzymie uznano go za bohatera i proklamowano cesarzem. Juvavum pozostał niewiele znaczącym, tranzytowym posterunkiem rzymskim. Niemal siedem stuleci upłynąć musiało, żeby owo miejsce przerodziło się w miasto. W roku 696 jego akt założycielski podpisał pochodzący z Wormacji (Worms) benedyktyński opat o imieniu Rupert (Robert). Przedsiębiorczy ów ojciec zdążył do owego czasu zarządzić wzniesienie dla siebie na wzgórzu warownego zamku (Burg), a ponieważ tereny owe obfitowały w sól (Salz), założony przez siebie gród nazwał Salzburgiem, a płynącą w dole rzekę Salzachem. Sól w owych czasach uważano za najprawdziwsze bogactwo. Teraz zacny Rupert zażyczył sobie dystynkcji biskupich, na co papież Sergiusz I z ochotą przystał, bo nowi biskupi potrzebni mu byli niczym sól do pieczonej baraniny. Biskupem kolejnym był tu pochodzący z Irlandii Wirgiliusz, nazywany apostołem Karyntii. I tak oto powstał Salzburg. Na przełomie VIII i IX stulecia biskup Arno został mianowany księciem i tym sposobem Festung Hohoensalzburg (Twierdza Górnego Salzburga) stała się siedzibą książęcą. Salzburskie księstwo – arcybiskupstwo przetrwało do roku 1803. Pierwszą katedrę w Salzburgu, dedykowaną świętym Rupertowi i Wirgiliuszowi, konsekrowano w roku 774. Tę dzisiejszą, z dwiema bliźniaczymi, wysokimi na 78 metrów wieżami, zaprojektowaną w stylu barokowym przez Santino Solariego, ukończono w roku 1628. Niezmieniona, pozostała do dziś.

Salzburg, twierdza. Pixabay
Dwa z grubsza opisane obiekty zapewne wyróżniają się w architekturze Solnego Grodu, niemniej rzesze turystów przybywają tu głównie po to, by zwiedzić dwa muzea Wolfganga Amadeusza Mozarta, genialnego kompozytora, pochodzącego z Salzburga. Jedno z nich zlokalizowane jest w kamienicy numer 9 przy uliczce Getreidegasse, gdzie przyszły geniusz przyszedł na świat, owo drugie w kamienicy nazywanej Hagenauer Haus przy Makartplatz, po północnej stronie rzeki Salzach, gdzie rezydował wraz ze swoją małżonką Constanze (Konstancją) i z dziećmi, o czym za chwilę napiszę bardziej szczegółowo. Z internetowej strony Tourismus Salzburg uzyskałem oto informację, iż w minionym roku 2025 oba muzea odwiedziło ponad 530 000 osób, zaliczają się one przeto do grupy najpopularniejszych w całej Austrii, zaraz po tamtych wiedeńskich. Celem mojego artykułu nie jest wszak rozpisywanie się na temat salzburskich zabytków ani bez wątpienia bardzo interesujących jego dziesięciu muzeów i ponad trzydziestu pomniejszych galerii. Postanowiłem poświęcić kilka stron pochodzącemu z Salzburga genialnemu kompozytorowi znanemu pod imionami Wolfgang i Amadeusz oraz nazwiskiem Mozart, w styczniu minęło bowiem dwieście siedemdziesiąt lat od jego urodzin, właśnie w Salzburgu. Mozart, żyjąc na tym świecie zaledwie 35 lat, pozostawił po sobie w spadku ponad tysiąc dzieł, od prostych adaptacji popularnych ludowych przyśpiewek, po znane opery, zaprawdę godzien jest zatem po ponad ćwierć milenium specjalnego, wspomnieniowego artykułu. Z najprawdziwszą przyjemnością go piszę, bo kocham muzykę Mozarta. Zresztą, kto jej nie pokocha w tym świecie, pełnym nieskoordynowanych dźwięków?
*
NA TYM ŚWIECIE pojawił się we wtorek 27 stycznia 1756 roku. Zaraz z nastaniem następnego dnia rodzice: Leopold i Anna Maria Mozart udali się do salzburskiej katedry, żeby maleństwo ochrzcić; ojciec nie miał z tym absolutnie żadnych problemów, był bowiem dworskim muzykiem (grał na skrzypcach i wiolonczeli), matka Anna Maria z domu Pertl, pochodząca z pobliskiego Sankt Gilgen am Wolfgangsee była zaś uzdolnioną pianistką. Do chrzcielnej metryki rodzice wpisali synkowi imiona: Johannes Chrisostomuns Wolfgangus oraz Theophilus, żadnego zaś Amadeusza, co poniekąd wyjaśnia dziwnawy tytuł niniejszego artykułu. Państwo Mozartowie mieli już wówczas jedną pociechę, córkę Marię Annę, starszą od synka o niemal cztery i pół roku. Od maleńkości rodzice nazywali go Wolfgangiem, co bardzo mu pochlebiało, bowiem owo imię brzmiało dlań bardziej dostojnie niż pospolity Johann czy jakiś inny Hans. Tak nazywał go nawet sam monsenior Jakob Ernst Graf von Liechtenstein, arcybiskup-książę Salzburga, kiedy malec przychodził z tatą do zamku, żeby przysłuchiwać się tamtejszym koncertom. Ambitny tata pragnął koniecznie uczynić z synka skrzypka i wiolonczelistę. Podobno u jego wezgłowia zostawiał nawet na noc skrzypce ze smyczkiem, niestety małego Wolfganda mierziły w paluszki ich sztywne struny, a wiolonczela przerastała go co najmniej o trzy głowy. Z ojcowych wysiłków niewiele wyszło.

Dom, w którym urodził się Wolfgang Amadeusz Mozart przy Getreidegasse 9 w Salzburgu. Fot. Wikipedia, Elisa.rolle CC BY-SA 4.0,
Czego nie zdołał osiągnąć ojciec, doścignęła mama, pianistka. W domowym saloniku stał sobie fortepian zwany Hammerklavier, bo po przyciśnięciu klawiszy w struny uderzały niewielkie młoteczki, wzbudzając ich brzmienie. Ot, co przypadło do gustu maleńkiemu Wolfgangowi! Przy klawiaturze potrafił przesiadywać całymi dniami, chociaż krótkimi nóżkami nie dosięgał jeszcze pedałów instrumentu. Ów czarny fortepian do dziś stoi sobie w saloniku domu Mozartów przy Getreidegasse w Salzburgu, a jego miniaturkę, wygrywającą znany motyw „Eine kleine Nachtmusik”, każdy może tam sobie kupić na pamiątkę Nawet my posiadamy taką w naszym salonie. Malutki Wolfgang tak polubił ów domowy fortepian, iż mając zaledwie pięć lat, ułożył na nim Menuet G-dur, pierwszy utwór swojego życia (!). Wprost niewiarogodne, nieprawdaż?
W owych czasach posyłanie dzieci do szkoły nie było obowiązkowe. jak ma to miejsce obecnie. W Salzburgu istniało kilka szkół, co zrozumiałe wszystkie katolickie (pierwsza parafia ewangelicka w Solnym Grodzie powstała dopiero w roku 1863). Państwo Mozartowie postanowili jednak sami wychowywać i edukować parkę swoich pociech. Oprócz gry na fortepianie uczyli je języka niemieckiego, historii, geografii i matematyki, a przede wszystkim języków obcych: francuskiego, włoskiego, łaciny i angielskiego. Maria Anna i Wolfgang uwielbiali domową szkołę. Niedzielami, po porannej Mszy w katedrze, ojciec lubił wynająć dorożkę i udać się do jakiegoś uroczego miejsca, jakich w okolicach Salzburga nie brakuje. Ot, jak się w owych czasach żyło w Europie.
Wunderkindern
Z początkiem października Leopold i Anna Maria Mozartowie wraz z dziećmi przeprowadzili się na jakiś czas do Wiednia, gdzie zamierzali wspólnie koncertować w różnych lokalach na Kärtnetstraβe, w których były fortepiany. Zamieszkali w domu gościnnym Im Ledereck przy ulicy Tiefer Grabem (aktualnie w miejscu owym znajduje sią hotel Das Tigra). Akurat w tamtejszej kawiarni stał sobie czarny fortepian, zupełnie podobny do tego, jaki Mozartowie posiadali w swoim domu w Salzburgu. W czasie, gdy rodzice załatwiali formalności w recepcji sześcioletni Wolfgang i Maria Anna, o cztery i pół roku starsza odeń siostrzyczka dopadli instrumentu i zaraz poczęli na nim wygrywać różne melodie. „Wunderbar! Sie haben Wunderkindern! („Cudnie! Mają Państwo cudowne dzieci!)” – zakrzyknął w zachwycie oberżysta i od razu poddał myśl urządzenia w swoim salonie koncertu cudownych dzieci z Salzburga. Sam powypisywał afisze i porozklejał je po centrum Wiednia. Dziecięcy koncert prawdopodobnie miał miejsce w sobotę 9 października po południu, a stoliki w kawiarnianym salonie wypełniły się do ostatniego miejsca. Owego dnia zwyczajowy pianista Moritz, występujący zawsze w białych rękawiczkach nie zagrał, był bowiem Żydem i jego Prawo zabraniało mu jakiejkolwiek pracy w Szabat. Nawet gdyby jego koń, podczas spacerowej przejażdżki do Lasku Wiedeńskiego wpadł tam do głębokiego dołu, musiałby go tam, zgodnie ze swym Prawem pozostawić na pożarcie kretom i dżdżownicom.
Wieść o koncercie cudownych dzieci rozeszła się po Wiedniu lotem błyskawicy i nie ominęła rezydencji Schönbrunn. Władająca Austrią od dwudziestu dwóch lat arcyksiężna Maria Teresa von Habsburg, przez Austriaków pieszczotliwie nazywana Cesarzową, choć austrowęgierskie cesarstwo jeszcze w owych czasach nie istniało, zaraz zażyczyła sobie, żeby para cudownych dzieci zagrała w sali balowej zamku Schönbrunn, co też stało się w środowe popołudnie 13 października 1762 roku. Występem pary utalentowanych, cudownych dzieci arcyksiężna była zachwycona, zwłaszcza że sama też kochała muzykę. Wkrótce poleciła rozesłać wieści o niezwykle utalentowanych dzieciach z Salzburga, a już zwłaszcza o niespełna siedmioletnim Wolfgangu sama rozesłała dyliżansową pocztą po całych Niemczech, Francji, Anglii, a też Italii, o Bohemii nie zapominając. Przed utalentowanym malcem szeroko otwierały się możliwości muzykowania w wielu krajach.
W roku 1762, rodzina Mozart odwiedziła również swoich krewnych w Pessburgu (obecnie Bratysława), choć nie ma żadnej informacji o jakimkolwiek tam występie cudownych dzieci.
Szerokie wrota niewielkiego kontynentu stają otworem
Zachęceni ogromnym, nieoczekiwanym sukcesem sześciolatka i jego starszej siostry państwo Mozartowie, oboje cali w skowronkach, jeszcze w grudniu tegoż samego roku wybrali się wraz z dziećmi do Monachium, żeby w stolicy Bawarii spędzić Boże Narodzenie. Ojciec Leopold nie zdołał wszakże spotkać się osobiście z bawarskim księciem Karlem Theodorem von der Pfalz-Sulzbach. Do spotkania wszak nie doszło, ów bowiem święta spędzał w nieco cieplejszym Neapolu. Niezmordowany tata wobec tego postanowił przygotować ambitny program na rok 1763. W owych czasach wcale nie było to łatwe. W Europie nie zbudowano jeszcze nawet jednego łokcia drogi żelaznej; podróżowało się konnymi dyliżansami po drogach, na których czatowali zbójnicy. Jakoś jednak Mozartowie zdołali dotrzeć do Paryża, a stamtąd do Wersalu. Sam monarcha Ludwik XV i jego polska małżonka Maria Leszczyńska nazbyt byli zajęci sprawami wagi państwowej, a może nawet międzypaństwowej by samym pójść na występ siedmioletniego malca z odległej Austrii, ale przynajmniej oddelegowali nań dwie swoje córki: Adelaide i Victorie. Koncert odbył się w jednym z prywatnych pałacyków na terenie ogrodów wersalskich. Pierwszy występ genialnego malca w Londynie, z udziałem samego króla Jerzego III, jego rodziny oraz licznych dworzan miał miejsce w sławnych wówczas Ogrodach Ranelagh, w dzielnicy Chelsea. Nieco później Wolfgang koncertował jeszcze w Niderlandach, głównie w Hadze, w Szwajcarii (Genewa, Lozanna, Berno i Zurych) oraz w Bawarii (Augsburg, Ratyzbona i Monachium), gdzie koncertował w książęcym pałacu Residenz, niedawno przebudowanym. Przesławna owa podróż Wolfganga po zachodniej Europie trwała trzy lata, cztery miesiące i dwadzieścia dni, do 29 listopada 1766 roku. Co zrozumiałe, towarzyszyli mu w niej rodzice oraz siostra, którą w domu nazywano Marianne albo Nanneri, która w ciągu owych lat zdążyła dorosnąć i wydojrzaleć. Owa podróż jeszcze bardziej zacieśniła więzi rodzinne, a dzieci przekonały się, jak ważne są w życiu języki obce, zwłaszcza francuski, który w latach Ludwika XV stał się językiem międzynarodowym. Nie zaniedbywał również włoskiego, języka muzyki. Już wkrótce miał się on bardzo przydać Wolfgangowi.

Rodzina Mozartów podczas trasy koncertowej: Leopold, Wolfgang, Nannerl, akwarela Carmontelle’a. Wikipedia
Na drugą ważną podróż swojego życia młodzieniaszek poczekać musiał do końca roku 1769, kiedy liczył już sobie blisko czternastu lat. Tym razem ojciec, ciągle jeszcze mający ogromny wpływ na dorastającego syna zaprogramował wyprawę do Italii, która potrwać miała dwa lata. Rozpoczęli od Werony, bo do niej najkrócej było z rodzinnego Salzburga. Pierwszy jego występ miał miejsce w auli akademii muzycznej w Weronie (Accademia Filarmonica di Verona). To tam po raz pierwszy Johannes Chrisostomus Wolfgangus Theophilus Mozart przedstawił się imionami Wolfgang Amdeus Mozart, bo przecież imię Amadeusz, po włosku Amadeo, znaczy to samo, co łacińskie Theophilus: umiłowany przez Boga. I tak pozostało mu już nie tylko do końca włoskiej podróży, ale do końca życia. W Italii Wolfgang Amadeusz koncertował jeszcze w Mediolanie, Florencji, Rzymie i w Neapolu. We Włoszech, zwłaszcza w Mediolanie i w Neapolu zainspirował się sztuką operową, mało wówczas znaną w Austrii, choć przecież teatru La Scala jeszcze wtedy w Mediolanie nie było. W sierpniu 1774 roku spotkał się na prywatnej audiencji z papieżem Klemensem XIV, choć przed jego obliczem nigdy nie koncertował. Włoska wyprawa Mozarta zakończyła się jego ogromnym sukcesem. Do Salzburga powrócił w sławie i zamożny, czego przecie oczekiwał.
Po owej przesławnej wyprawie do Włoch, przez niektórych biografów nazywanej podbojem Italii, Wolfgang Amadeusz Mozart już nie wypuszczał się w tak dalekie i czasochłonne podróże. Owszem, kilkakrotnie odwiedził Mediolan, pragnąc bliżej zaznajomić się ze sztuką operową. Bywał też w Wiedniu i w Monachium, teraz jednak bardziej niż koncertowaniu postanowił poświęcać czas i siły komponowaniu, co również przysparzało mu popularności. Z cudownego dziecka przeobrażał się w coraz bardziej dojrzałego twórcę. W swoim dorobku miał już kilka dzieł operowych – pierwszą z nich była opera Apollo i Hiacynt z librettem Rufinusa Widla, skomponowana w 1767 roku, kiedy miał zaledwie jedenaście lat. Teraz liczył ich sobie ponad dwadzieścia i w sztuce operowej upatrywał świetlanej przyszłości, bowiem ta stawała się w Europie coraz popularniejsza, a już zwłaszcza we Włoszech, Francji, Austrii, Anglii i w Niemczech. Wolfgang Amadeusz również pragnął ugryźć kawałek owego smakowitego tortu. Czas upływał w spokoju i harmonii.
Na lato 1778 roku Mozartowie z synem wybrali się do Paryża, w owych czasach jeszcze bez Wieży Eiffla, żeby koncertować w salonach Luwru, Pałacu Luksemburskiego oraz Wersalu, z zamiarem zatrzymania się tam aż do jesieni. Maria Anna „Nanneri” tym razem pozostała w domu, w Salzburgu. Jeszcze w czerwcu młody, dwudziestodwuletni Wolfgang Amadeusz, ciekawy świata, postanowił udać się z francuskiej stolicy w podróż do Metz, Luksemburga i dalej do Mannheim. Tu miał zamiar spotkać się ze znanym sobie jeszcze z Monachium księciem Karlem Theodorem von der Pfalz, posiadającym w Mannheim nad Renem swój zamek, w którym zamierzał zatrudnić młodego Wolfganga Amadeusza i sowicie go wynagradzać. Tak umówili się jeszcze wiosną, podczas spotkania z palatynackim księciem w marcu owego roku. Kiedy przebywał w Mannheim, dotarła doń wiadomość o śmierci matki w dniu 3 lipca 1778 roku, w Paryżu. Do stolicy Francji Wolfgang Amadeusz powrócił wszak dopiero przed Bożym Narodzeniem, żeby zabrać do Salzburga załamanego ojca. Matka zmarła wskutek udaru mózgu i bardzo wysokiej po nim gorączki. Liczyła sobie zaledwie 58 lat. Pochowano ją na parafialnym cmentarzyku przy kościele świętego Eustachego, po północnej stronie Sekwany, zamkniętym w roku 1814. Żyjący krewni poprzenosili trumny ze zwłokami zmarłych na inne nekropolie, mogiłą Austriaczki nie miał jednak kto się zająć, tak więc nie wiadomo, gdzie ostatecznie spoczęły zwłoki matki cudownych dzieci z Salzburga. Od owego roku życie pozostałej trójki poczęło toczyć się znacznie wolniejszym rytmem.
W roku kolejnym Wolfgang Amadeusz wybrał się w jeszcze jedną dłuższą podróż: do Pragi, Frankfurtu nad Menem i do Berlina. Najbardziej wszak skupił się na Italii, wówczas jeszcze podzielonej na różne królestwa, księstewka i republiki. Zachowały się zapisy poświadczające Wolfganga Amadeuszowe koncerty prócz Werony. Mediolanu, Florencji, Rzymu i Neapolu miały miejsce jeszcze w Bolonii, Cremonie, Mantui, a też w Rovereto, Turynie i Wenecji. W owych latach młody geniusz skupiał się nie tyle na koncertowaniu, ile na komponowaniu i wystawianiu swych dzieł, to bowiem bardziej wychodziło mu ku korzyści. Począł myśleć bardziej digitalnie, cyfrowo, a nawet liczbowo. Rozpoczął się najbardziej muzycznie płodny okres w życiu geniusza z Salzburga. Wolfgang Amadeusz Mozart najdalej na północ i na zachód dotarł do Londynu, na wschód do węgierskiego w owych czasach Pressburga (Bratysławy), na południe do Neapolu. Wyprawy za Wielką Wodę (Ocean Atlantycki) nikogo w jego czasach nie interesowały, bowiem jedynym rodzajem rozrywki w tamtych terenach było tam wówczas mordowanie czerwonoskórych i gnębienie czarnoskórych niewolników, choć i na owej kanwie dałoby się skomponować niejedną operę z porywającym librettem. W Marsylii, za południowym narożnikiem Europy czaili się już rewolucjoniści, a jeszcze dalej na południe, na Korsyce czaił się niejaki Napoleon Bonaparte, żeby demonstrować światu, jak zwyciężać mamy. Życie w Europie z pozoru upływało wszak spokojnie, a to wielce sprzyjało komponowaniu nowych melodii i prezentowaniu ich na scenach teatrów. Wolfgang Amadeusz Mozart miał takich spory zapasik w kuferku, a natchnienia mu nie brakowało. Bardzo zadowoleni byli również salzburscy i wiedeńscy wytwórcy kartek z pięcioma liniami, bo tak hurtowy ich odbiorca jeszcze nigdy mi się nie trafił. A pięcioliniowych kartek przybywało.
Nieustające pomnażanie dorobku
Rzetelnie, starannie napisany tekst, staro okraszony pięknymi słowami czyta się łatwo i z prawdziwą przyjemnością. Jeszcze w starożytności król Salomon wyznał o autorze księgi Koheleta, iż ten starał się „znaleźć słowa piękne i rzetelnie spisać słowa prawdy” (Księga Koheleta 12:10). Całkiem podobnie rzeczy się mają z językiem muzycznym, z taką różnicą, że w nim sylaby i słowa zastępowane są nutkami. Sprawa zdecydowanie się komplikuje w wypadku oper i operetek, albowiem w tego rodzaju utworach koincydencja pięknych nut z pięknymi słowami winna być wręcz idealna, o czym wiedzą wszyscy krytycy muzyczni. Sam krytykiem nie jestem, nie opanowałem też sztuki wirtuozerii na żadnym poważnym instrumencie muzycznym, ale w latach akademickich kierowałem w Krakowie amatorskim chórem, nadzorowanym przez profesora Henryka Zarzyckiego, wówczas szkolącego wiolonczelistów w krakowskiej Akademii Muzycznej. Zacny ów człowiek w początkach lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia wyjechał do Bogoty i objął katedrę wiolonczeli w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, do których zaliczono również muzykę. Wychowankiem profesora Zarzyckiego jest obecnie Santiago Cañón, utalentowany wiolonczelista kolumbijski, od najmłodszych lat wychowywany przez krakowskiego profesora, do dziś rezydującego w Kolumbii (utrzymujemy z nim i jego małżonką, pianistką bezpośredni kontakt). Ów pan cenił wszystkich wielkich kompozytorów, ale na cosobotnich próbach naszego chóru za szczególny wzór muzycznej staranności stawiał nam zawsze Wolfganga Amadeusza Mozarta, i chyba miał w tym wiele racji. Kompozycje salzburskiego geniusza wyróżnia prosta melodyczność, z łatwością przyswajalna przez każde ucho., nawet muzycznie niedokształcone. Chyba najwybitniejszym tego przykładami są znane całemu światu „Eine kleine Nachtmusik”, skomponowana w Wiedniu w roku 1787, albo o pięć lat starsza Ah, vous drai-de, Maman, w Polsce, dzięki Karolowi Hubertowi Rostworowskiemu spopularyzowana jako Trzy kurki. Któż z nas nie zna owych melodyjek? Toż to doprawdy sztuka ogromna móc prostą melodią trafić do serc prostaczków, nie tylko do dworskiej publiczności. Ja w całej historii muzyki nie znam kompozytora, który potrafiłby podobnej sztuki dokonać. Akurat na tę wartość twórczości Wolfganga Amadeusza Mozarta najmniej zwraca się uwagi, a wielka to szkoda. Salzburski geniusz natchnienie czerpał przecież nie tylko z dworskich kompozycji, lecz przede wszystkim z sielskich utworów. Akurat pod tym względem Mozartowi nie dorównali ani Gioachino Rossini, ani Giuseppe Verdi, ani nawet wykarmieni austriacką piersią Straussowie, choć przecież Johann-syn lubił koncertować w Parku Miejskim. Pod strzechy, ale też na arystokratyczne dwory trafił wszak Wolfgang Amadeusz Mozart.
Spośród wszystkich dzieł Mozarta wyróżniają się przede wszystkim koncerty, których geniusz skomponował ponad sześćset. Zadziwia liczba oraz różnorodność instrumentów, dla których je tworzył, najczęściej z towarzyszeniem orkiestry, klasycznej bądź kameralnej. Instrumentem dlań najważniejszym ciągle był fortepian, choć podczas swych pierwszych wypraw do Bawarii zainteresował się Wolfgang Amadeusz klawesynem, instrumentem o podobnym układzie klawiatury, ale wydającym dźwięki donośniejsze, bardziej pełne od fortepianowych. Jeszcze w wieku dziecięcym zafascynował się organami, których w trzynawowej katedrze w jego rodzinnym Salzburgu skonstruowano aż siedem: jedne główne, ponad portalem i sześć mniejszych, bocznych, dla poprawy akustyki. Nie uszła też jego uwagi harfa, instrument posiadający w swej wersji koncertowej 47 strun. Do już wymienionych należy też dodać skrzypce, altówkę oraz wiolonczelę. W orbicie zainteresowań kompozytora w jego młodzieńczym okresie znalazły się również instrumenty dęte: flet, fagot, klarnet, obój i róg. Co zrozumiałe, Wolfgang Amadeusz Mozart nie był perfekcyjnym wirtuozem wszystkich owych dwunastu instrumentów, ale przecież musiał nabyć choćby minimum wiedzy oraz doświadczenia odnośnie do wydobywania z nich harmonijnych dźwięków jak również aranżacji ich na tle orkiestry. Również w tym okazał się mistrzem. Nie znam żadnego innego kompozytora, który pod tym względem byłby podobnie wszechstronny.
Prócz koncertów na rozliczne instrumenty i orkiestrę skomponował Mozart liczne utwory tameczne, głównie lekkie menuety, bowiem w tamtych czasach powszechnie na Zachodzie Europy je tańczono. Menuet był utworem w spokojnym rytmie na 3/4 albo w nieco szybszym na 6/8. Niektórzy uważają go za poprzednika walca, ale na walce, nawet te drogowe trzema było jeszcze trochę w Austrii poczekać do czasów Johanna Straussa. Pod sam koniec XVIII stuleci upowszechnił się na dworach angielskich i francuskich contradance (kontredans), zbiorowy taniec wywodzący się z angielskiej kultury popularnej. Na oficjalnej liście dzieł Mozarta nie figuruje żaden kontredans., wypada nam zatem pozostać przy menuetach i niechajże te nam wystarczą. Trzeba też zachować ostro nożność odnośnie do uroczej kołysanki „Schlafe, mein Prinzchen, schlaf ein”, `przypisywanej Wolfgangowi Amadeuszowi Mozartowi. Ostatnie badania wykazują oto, iż jej autorem nie był Mozart, lecz niejaki Johann Friedrich Anton Fleischmann pochodzący z frankońskiego miasteczka Marktheldenfeld bad Menem., słowa do prześlicznej kołysanki ułożyć zaś miał Friedrich Wilhelm Gotten, pochodzący z dawniej niepodległej, aktualnie leżącej w granicach Turyngii uroczej Gothy. Salzburskiemu geniuszowi przypisać za to należy ponad trzydzieści fortepianowych sonat, spośród nich niektóre skomponowane na cztery ręce, jak dawniej grywali z siostrą. Wszystkie owe utwory dopracowane zostały precyzyjnie, do ostatniej ćwierćnutki. Gdzież tam równać do nich dzisiejsze rapy, hopy i hip-hopy? Czasy w muzyce zmieniły się wielce, niestety ku gorszemu.
W XVII stuleciu posadami Europy zatrzęsła reformacja, a wkrótce po niej protestantyzm. Austria, a wraz z nią Wolfgang Amadeusz Mozart, ciągle wszak trwali wiernie przy doktrynie rzymskiego katolicyzmu. Wolfgang Amadeusz dał temu wyraz komponując 19 mszy, które prezentował przede wszystkim w świątyniach Wiednia, ale również w Salzburgu, a nawet w Grazu. Z owego gatunku na szczególną uwagę zasługuje Msza C-dur, po raz pierwszy zaprezentowana w roku 1779 w katedrze Salzburga. W owych czasach, kiedy mahometanie bezpardonowo atakowali dla nich niewierną Europę, czas nastał również na komponowanie utworów o charakterze militarnym. W dorobku Mozarta najwybitniejszym z takich okazał się porywający, fortepianowy Türkisch Marsch (Marsz turecki) skomponowany przez genialnego artystę w Salzburgu, w roku 1783. Podobnie jak niedawno czyniłem to w artykule o Johannie Straussie, również w dzisiejszym podaję oryginalne tytuły najważniejszych utworów genialnego kompozytora. Niechaj nasi Czytelnicy odszukają je sobie w Internecie i posłuchają własnym uchem, albo nawet dwoma. Wówczas doprawdy je docenią.
Szczytowym osiągnięciem Wolfganga Amadeusza Mozarta, w których zademonstrował pełnię swego talentu, a również muzycznej dojrzałości okazały się wszak jego dzieła operowe, a zwłaszcza te skomponowane w ostatnich pięciu latach jego życia. W dorobku genialnego twórcy znalazły się dwadzieścia dwie opery, niemniej cztery z nich zwracają na siebie szczególną uwagę krytyki Pierwszą z nich zapewne okazuje się dzieło przez samego Mozarta nazwane „Le nozze di Figaro”, co ma wiele języków, w tym na polski nieco na skróty przetłumaczono „Wesele Figara”, z librettem Lorenzo da Ponte, premierowo wystawione na scenie wiedeńskiego Burgtheater 1 maja 1786 roku. Chodzi o to, iż kompozytor i autor libretta swoje dzieło zatytułowali „Lë mpzze di Figaro”, to zaś nie tłumaczy się jako „Wesele Figara”, lecz „Wesela Figara”, w licznie mnogiej. Języczkiem u wagi nie są tu wszak prawidła italiańskiej gramatyki, lecz samo znaczenie imienia Figaro, co każdy zdrowy Włoch gotów będzie wszystkim akuratnie objaśnić już perzy opróżnianiu pierwszej butelki grappy. Oto młody i przystojny Figaro zakochany w Zuzannie opiekował się sadami hrabiego Almavivy, a zwłaszcza jego drzewami figowymi, których ów miał dostatek. Takich w dawnej Italii nazywano ficaro, ponieważ fico u Włochów oznacza figę, ót taką zwyczajną, bez maku. Pikanterii w owej gramatycznej analizie przydaje okoliczność, iż figa dla normalnego Włocha, a również Włoszki niczego wspólnego nie ma ze smakowitym owocem drzewa figowego. Oznacza natomiast najskrytszy zakątek żeńskiego organu płciowego, mówiąc oględnie waginę. Kim w takim razie jest Figaro? Zda się mi, że odpowiedź jest prosta, a komentarz zbędny. Dwoma włoskimi słówkami sprytniutko zagrali nie tylko Wolfgang Amadeusz Mozart i Lorenzo da Ponte ale też, trzydzieści lat później (1816) Gioachino Rossini i Cesare Sterbini, autorzy Cyrulika sewilskiego – zresztą wystarczy uważnie wsłuchać się w treść arii cyrulika Figaro z owej opery. Ażeby jednak zrozumieć omówione subtelności, trzeba nie tylko znać słownictwo języka włoskiego, ale również życie i powszechną kulturę mieszkańców Półwyspu Apenińskiego. Obu Figarów, zarówno tego Wolfganga Amadeusza Mozarta jak również tamtego Gioachino Rossiniego nie tyle interesowały figi na rozłożystych drzewach figowych, lecz raczej owe ukryte pod powłóczystymi kobiecymi sukniami, co wprost wynika z licznych kłopotów oraz intryg, wiodących wszak ku szczęśliwemu zakończeniu.
Lorenzo da Ponte napisał jeszcze libretta do dwóch sławnych oper Wolfganga Amadeusza Mozarta: Don Giovanni (1787) i Cosi fan tutte (1789) – oba, co zrozumiałe w języku włoskim. Mozart nigdy w swym życiu nie dojechał do Hiszpanii, a pomimo to akcję swej opery Don Giovanni umiejscowił w Sewilli. Wolnoć mu było! Ja też całkiem niedawno napisałem artykuł na temat europejskiej eksploracji, antypodów choć nigdy w mym życiu moje stopy nie stanęły na ziemi australijskiej, o nowozelandzkiej nie wspominając. Autorowi wolno, i basta! Paniczyk Don Giovanni, wyzuty z zasad współżycia społecznego, a nawet moralnych, przekonany o swej misji dziejowej oraz przewadze nad innymi pozwala sobie w Sewilli traktować innych z góry, za co w końcu przyjdzie mu zapłacić. Do Don Giovanniego żywię szczególny sentyment, albowiem to tym dziełem zainaugurowano barcelońskim Gran Teatre de Liceu sezon w roku 1999, po odbudowie ze zniszczeń pożaru w lutym 1994, czemu na zapleczu sceny poświęcono tam specjalny kącik. Wydarzenia z opery Cisi fan tutte (Tak czynią wszystkie) nawiązują do tak znanych nam podejrzeń o niewierność, często mających miejsce w parach narzeczeńskich, a nawet w małżeńskich. W wypadku dwóch neapolitańskich par wszystko kończy się zgodą, niemniej podejrzenia pozostają.
Ostatnią operą skomponowaną przez Wolfganga Amadeusza Mozarta, tym razem z niemieckim librettem Emanuela Schikanedera z bawarskiego Straubinga okazała się Zauberflöte (Czarodziejski flet), której premiera miała miejsce 30 września 1791 roku, na z górą dwa miesiące przed śmiercią słynnego kompozytora. Szlachetny książę Tamin zostaje wysłany z misją uwolnienia księżniczki Paminy, córki Królowej Nocy, więzionej przez władcę Sarastro. Pamin ma z sobą zaczarowany flet, który ma mu pomagać w pokonaniu wszelkich przeciwności. Finał, jak zapewne wiemy, jest szczęśliwy, a uważany początkowo za niegodziwca Sarastro w końcu okazuje sią nie takim złym. To on (bas) śpiewa w operze Mozarta arę O, Isis und Osiris, uważaną za jedną z najpiękniejszych w całych dziejach muzyki operowej. Oj, proszę samym sprawdzić, chociażby w You Tube a o wiele lepiej wybrać się ma Czarodziejski flet do opery w Sydney, w oryginalnej wersji niemieckiej. Ja sam, zanim napisałem ten ustęp artykułu, przesłuchałem Czarodziejski flet po niemiecku. A teraz, dla spokojności raz jeszcze posłucham O, Isis und Osiris, w wykonaniu basa Briana Dickersona.
*
CIOS ZA CIOSM – ŻYCIE JEST PIĘKNE ALE CZĘSTO BYWA OKRUTNE
Niespodziewana śmierć latem roku 1778 Anny Marii Pertl, małżonki skrzypka Leopolda Mozarta i matki pary cudownych dzieci mocno zachwiała psychiczną równowagą rodziny Mozartów. Załamany po śmierci małżonki Any Marii Leopold powtórnie się nie ożenił. Dane wszak mu było widzieć wesela obojga swoich cudownych dzieci, a nawet oglądać oblicza pierwszych wnucząt. Umarł w Salzburgu 28 maja 1787 toku, dożywszy 67 lat. Maria Anna, Nanneri, cudowna pianistka za mąż wydała się 23 sierpnia 1784 roku, mając 33 lata, za starszego od siebie o 15 lat wdowca Johanna Baptistę Franza von Berchtolda zu Sonnenburg. Ów zdołał począć w jej łonie trójkę dzieci: Johannę i Marię Babette, dwie córeczki, zmarłe we wczesnym dzieciństwie oraz syna, Leopolda Aloisa, który zdołał dożyć dorosłości. Maria Anna Mozart zmarła 29 października 1829 roku w Salzburgu, przeżywszy 78 lat. Zgodnie z jej życzeniem pochowano ją na tamtejszym cmentarzu świętego Piotra, obok zmarłego 28 lat wcześniej męża. Jej ojciec oraz domniemane szczątki zmarłej w Paryżu matki spoczywają w nekropolii pod wezwaniem świętego Sebastiana, również w Salzburgu. O losach syna Leopolda Aloisa wiadomo tyle, iż był nauczycielem i rektorem szkoły; zmarł bezdzietnie w Salzburgu w roku 1826, trzy lata przed śmiercią swej matki, przeżywszy 41 lat.
Sam Wolfgang Amadeusz ożenił się w niedzielę 4 sierpnia 1782 roku, w wiedeńskiej katedrze świętego Szczepana, mając wówczas 26 lat. Jego serce wskazało mu młodszą odeń o sześć lat śpiewaczkę operową (sopranistkę) pięciorga imion: Maria Constanze Caecilia Josepha Alonsia i zaledwie jednego nazwiska: Weber, pochodzącą z badeńskiego Zell am Wiesenthal. Gdzie zgoda i miłość panuje, tam szczęście swe gniazdko buduje – takiej treści makatki wyszywały zimą dawne gospodynie domowe, ilustrując je w rogu gniazdkiem z parą uciesznie szczebioczących ku sobie ptaszków. Zgoda i miłość, owszem, w Mozartowym domostwie panowały, niestety szczęście jakoś nie mogło się tam zagnieździć. Oto w dniu 27 czerwca w roku 1783 pośród żyjących na tym świecie pojawił się Reimund Leopold, pierworodny potomek uszczęśliwionej pary. Szczęście rodziców prysnęło niestety zaledwie po miesiącu i 25 dniach; szyneczek zmarł 19 sierpnia i trzeba było złożyć go pod biały krzyżyk. Nieco lepiej powiodło się drugorodnemu Carlowi Thomasowi, urodzonemu 21 września 1784 roku. Ów podrósł, wydoroślał, a potem przeżył matuzalowe 74 lata. Szczęścia – cios za ciosem! – zabrakło trójce kolejnych dzieci: Johann Thomas Leopold przeżył zaledwie 23 dni, Theresia Maria Anna dokładnie pół roku, zaś Anna Maria oddała Panu ducha zaledwie kilka godzin po przyjściu na świat, 16 listopada 1789 roku. Najprawdziwsza tragedia! Dopiero ostatnia latorośl, Franz Xavier Wolfgang pokonał barierę dzieciństwa, żyjąc 53 lata. Dotknięci rodzinnymi nieszczęściami swoich rodziców Carl Thomas i Franz Xavier Wolfgang nigdy nie założyli własnych rodzin i obaj zmarli bezdzietnie. Niezbyt szczęśliwy finał.
Początkiem grudnia 1791 roku trzydziestopięcioletni, cudowny geniusz niespodziewanie dla swej żony nagle doznał silnych bólów brzucha i wysokiej gorączki. Wymiotował, nie mógł przyjmować żadnych pokarmów ani też wydalać z siebie niczego. Wezwani doktorzy początkowo stwierdzili ostre zapalenie wątroby albo stan zapalny trzustki. Męczył się blisko trzech dni. Nocą z niedzieli na poniedziałek, 4 na 5 grudnia 1791 roku, na krótko przed godziną pierwszą bezlitosna pani z ostrą kosą w ręku upomniała się o jego życie. Dwa dni później trumnę ze zwłokami złożono na cmentarzu Sankt Marxer, w centrum Wiednia. Tam oczekuje na ciała zmartwychwstanie. Pozostawił nieutuloną w żalu, niespełna trzydziestoletnią żonę z dwoma synkami: siedmioletnim i czteromiesięcznym, a prócz nich czterdziestoletnią siostrę z jej pociechą.
Przyczyny zgonu młodego geniusza na razie nie zostały jednoznacznie wyjaśnione. Dotarłem otóż ostatnio do informacji, iż powodem zgonu młodego człowieka mogły być nie tyle stany zapalne wątroby i trzustki, lecz ostra niewydolność nerek i zablokowanie układu moczowego – w latach dziecięcych Wolfgang chorował na ospę i na dur brzuszny. Cokolwiek by rzec, jedno nie ulega wątpliwości: w dniu 5 grudnia 1791 roku z życiem pożegnał się geniusz wszechświatowego formatu. Constanze osiemnaście lat po śmierci geniusza ponownie wyszła za mąż, tym razem za pisarza i dyplomatę Georga Nikolausa Nissena. Ci dwoje dzieci na świat nie wydali. Szkoda. Może po latach ujawniłby się jakiś nowy, potomny geniusz? Ród Mozartów wygasł na dwóch jego synach i jednym siostrzeńcu. Wszyscy oni do fortepianu mieli dwie ręce, niestety obie lewe.
Wolfgang Amadeusz Mozart, w ciągu 29 lat artystycznej działalności pozostawił po sobie wprost niesamowity dorobek. W całej historii muzyki nie znam nikogo, kto w tak krótkim czasie zaledwie 29 lat artystycznej aktywności pozostawiłby po sobie aż tak wiele. A to naprawdę bardzo wiele.
27 marca 2026
Jerzy Leszczyński


