Z Polski Na Gorąco – Między cenzurą, a nieograniczoną wolnością słowa
Share
Screen: British Brief/AI/X
Prezydent Karol Nawrocki odmówił podpisania ustawy o usługach cyfrowych. Jeden z ważniejszych posłów Koalicji Obywatelskiej, decyzję głowy państwa nazwał haniebną.
Oszustwa w serwisach
Na tytułowym zdjęciu jest Prezydent przebrany przez sztuczną inteligencję. To tylko satyra czy już kradzież wizerunku? A może poniżanie ze względu na poglądy polityczne?
Problem, którego dotyczy ustawa jest poważny: internet zamiast służyć ludziom, często jest narzędziem krzywdy, oszustwa, przemocy, szerzenia nienawiści. Coraz doskonalsze techniki powodują, że jesteśmy ustawicznie manipulowani. Oto przykłady z ostatnich dni.
– Mam nadzieję, że nie zdążyliście wysłać jeszcze swoich pieniędzy oszustom – mówi prezydent Karol Nawrocki na serwisie społecznościowym, a potem namawia do bezpiecznego inwestowania z jego pomocą. Można zarobić 180 tys. zł.
To oczywiście oszustwo stworzone przez sztuczną inteligencję. Jeżeli nawet nabiorą się tylko nieliczni, tysiące zacznie tracić zaufanie do Prezydenta. Nie wiadomo, czy autorom chodzi o oszustwo i próbę wyłudzenia pieniędzy, czy o podważenie wiarygodności do głowy państwa.
Kolejny przykład. Na serwisie bardzo popularnym wśród polityków pojawia się fala absurdalnych zdjęć: politycy z najwyższej półki: Donald Trump, Emmanuel Marcon, Karol Nawrocki, Donald Tusk, ale także setki innych mężczyzn na fotografiach są w damskich kostiumach bikini. Wyglądają groteskowo. Te zdjęcia to wynik udostępnienia funkcji sztucznej inteligencji operatora pozwalającej na rozebranie, nawet do naga, każdej osoby znajdującej się na umieszczonej w internecie fotografii, także dzieci… . Po ogólnoświatowej aferze, funkcja zostaje zablokowana. Niewiele to pomaga. Teraz internauci biorą zdjęcia grupowe polityków i wydają polecenie: usuń ze zdjęcia największego złodzieja. Sztuczna inteligencja szybko się uczy, a internauci cieszą się jak dzieci, gdy z fotografii znika znienawidzona twarz.

Screen:X/Piotr Paterek
Zakazy z kodeksu karnego
Sejm po dwóch latach pracy przyjął ustawę wdrażającą unijny akt o usługach cyfrowych. Ma to zwiększyć ochronę przed publikowaniem w internecie nielegalnych treści i zwiększyć kontrolę nad platformami, portalami i serwisami, które w tej chwili praktycznie działają na zasadzie: hulaj dusza, piekła nie ma. Ustawa ma to zmienić. Dzięki niej Urząd Komunikacji Elektronicznej i Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji mogłaby zablokować nielegalne treści na wniosek m.in. policji, prokuratury, ale także organizacji – sygnalistów oraz samych pokrzywdzonych.
W ustawie lista zakazanych materiałów publikowanych w internecie jest bardzo konkretna. Nie wolno namawiać do zbrodni, zabójstwa, terroryzmu, samobójstwa, handlu ludźmi.
Nie można nawoływać do przemocy, prześladowania, nienawiści, grozić, nękać z powodu przynależności rasowej, narodowej, etnicznej, politycznej, wyznaniowej albo z powodu bezwyznaniowości.
Zabronione ustawą jest także pokazywanie pornografii z udziałem dzieci do 15 lat i że zwierzętami, pochwalanie pedofilii, pokazywanie dzieciom filmów pornograficznych i uwodzenie ich przez internet.
Można również zostać zbanowanym za podszywanie się pod inną osobę, nie tylko prezydenta czy znanego aktora. Zablokowane będą fałszywe posty straszące zamachami, oszuści internetowi, hakerzy.
Te zakazy wątpliwości nie budzą.
Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo dzieci, portale internetowe mają cały czas możliwość zablokowania im dostępu do pornografii przez identyfikację wieku odbiorcy. Mogą to łatwo zrobić, tyle że na razie nie mają w tym interesu. Rząd Australii zmusił operatorów do uniemożliwienia dostępu do serwisów społecznościowych dla osób do 16 roku życia i pięć milionów kont zostało zablokowanych. Można! Trzeba tylko chcieć i mieć odwagę postawić się big-techom z USA. Europa na to się nie odważyła.
Wracając do ustawy. Zablokowane mogą być strony propagujące nazizm, faszyzm, komunizm, a także inne systemy totalitarne. Urzędnik może też kazać zablokować strony lub wpisy znieważające inne osoby lub grupy ze wzglądu na narodowość, rasę, wyznanie itp. Tu granice są płynne. Widać to przy wszystkich kontrowersyjnych tematach takich jak np. pomóc dla Ukraińców, walka o krzyże, wojna żydowsko-palestyńska, a także wieloletni, polski konflikt PiS i PO. Tu skala nienawiści i wzajemnego znieważania jest ogromna i być może powinno się zablokować wszystkie wpisy dotyczące tych tematów. To jednak już byłoby cenzurą taką jaka była za tzw. komuny szczególnie, że decyzje podejmowaliby urzędnicy.
Na razie odpowiedzialność nadawców za rozpowszechniane w internecie treści jest czysto teoretyczna, opiera się na naciskach politycznych, a pozwy są nieliczne. Panuje więc niczym nieograniczona wolność słowa, bez odpowiedzialności za to co się mówi.
Dlaczego powiedział „nie”
Na początku tego miesiąca, grono ekspertów zaapelowało do żony głowy państwa (nie do Prezydenta) prosząc o poparcie ustawy u małżonka, w imię dobra dzieci. Czy autorzy liczyli, że Marta Nawrocki zagrozi rozdzielnością łoża małżeńskiego?
Prezydent się nie ugiął i 9 stycznia odmówił podpisania ustawy. Przede wszystkim miał obawy, czy katalog treści zakazanych w internecie nie jest zbyt szeroki. Zawiera bowiem z jednej strony zakaz publikowania wpisów, filmów, wypowiedzi nie budzących wątpliwości, jak nawoływanie do terroryzmu czy pokazywanie pedofilii. Z drugiej strony obejmuje treści dotyczące naruszania dóbr osobistych czy prawa własności intelektualnej – jak wskazuje Prezydent Karol Nawrocki. Decyzję we wszystkich takich sprawach podejmować mają urzędnicy – do tej pory zastrzeżone to było dla sądu, który ocenia czy dana wypowiedź mieści się w granicach wolności słowa. Organ administracji państwowej nie powinien mieć uprawnień do oceny czy krytyka w określonym zakresie jest dopuszczalna. Wywołuje obawę o bezstronność rozstrzygnięć wynikającą z niewielkiego zaufania do rządzących i to niezależnie od tego jakiej są opcji.
Dariusz Joński, ważny polityk Koalicji Obywatelskiej, europoseł, zapędził się w krytyce decyzji Prezydenta i w rozmowie w Radiu Zet mimowolnie potwierdził, że zagrożenie politycznej ingerencji istnieje.
– Ustawa miała dać narzędzia do ochrony naszych dzieci i nic nie zmyje tej hańby z Nawrockiego, że zawetował tę ustawę. (…) To jest jedna strona medalu i i druga (…) to jest kwestia faktycznie pewnych algorytmów, które są pisane w Stanach Zjednoczonych, nie w Polsce. Chodziło o to, żeby nie było takiej sytuacji, że jeden z posłów PiS, jeden to wiedzie prym, ale przecież jest ich wielu, wrzuca fejkowe informacje, nieprawdziwe, przygotowane przez sztuczną inteligencję. Ludzie już nie wiedzą co jest prawdą, a co nieprawdą i moim zdaniem to wszystko było po to i politykom PiS zależało na tym, żeby ta ustawa nie przeszła, żeby dalej siać dezinformację i wygrać wybory – mówił.
Europoseł D. Joński myli się. Ustawa nie ma chronić przed dezinformacją. Nie taki miał też być jej cel. Nadzieje, że pozwoli ona wygrać z przeciwnikiem politycznym są jednak niebezpieczne i potwierdzają obawy Prezydenta. Swoją drogą zabawne, że polityk krytykujący algorytmy tworzone w USA, publikuje się aktywnie na serwisie X. – amerykańskim i bardzo mocno określonym, jeżeli chodzi o jego prawicowe preferencje polityczne.
Tak i nie
Fundacja Panoptykon, której celem jest ochrona ludzi przed tym co złe niesie internet, przeanalizowała uzasadnienie weta Prezydenta.
Przede wszystkim, podkreśla Panoptykon, władza ustawy dotyczy tylko wybranych przestępstw kodeksu karnego. Nie obejmuje przestępstw związanych z hejtem, dezinformacją czy obrażaniem polityków. Urzędnicy nie mogliby zajmować się sprawami, w których krytyka rządu czy polityków przekroczyłaby granice wolności słowa, stanowiąc np. znieważenie, naruszenie dóbr osobistych, rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji.
Rejestr zablokowanych treści byłby jawny, a decyzje urzędników kontrolowane przez sąd.
Prezydent ma rację, że urzędnicy, Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej i Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mogą próbować blokować treści, które na to ” nie zasłużyły”. Ale jeżeli taka decyzja zostanie zaskarżona, blokada byłaby wstrzymana do chwili rozstrzygnięcia sądowego. Urzędnicy każdorazowo muszą też zawiadomić o swoim stanowisku autora treści, dają mu dwa dni na odpowiedź i dopiero wówczas wydają decyzję. Potem jeszcze czekają dwa tygodnie na ewentualne jej zaskarżenie i dopiero wydają nakaz usunięcia treści – wyjaśnia fundacja. Dwa tygodnie to szmat czasu w internecie. Można raczej martwić się, że to ma trwać tak długo. Cenzura w tym przypadku jest mocno opieszała.
Prezydent miał też zastrzeżenia do finansowania z budżetu państwa sygnalistów, czyli organizacji monitorujących internet pod kątem nielegalnych treści. Panoptykon przypomina, że sygnaliści nie będą mogli wskazywać publikacji, tylko dlatego, że nie podobają się „pracodawcy”, chociaż są legalne. Swoje wskazania będą szczegółowo raportować. Będą kontrolowani, a polityczna nadgorliwość grozi im odebraniem przyznanego statusu i dotacji. Poza tym do tej pory sygnaliści też działali, tyle że jako wolontariusze albo byli finansowani… przez kontrolowane przez nich serwisy i platformy.
Będzie lepiej, ale nie dobrze
Ustawa, jakakolwiek by nie powstała, nie zlikwiduje największej wady platform jaką jest promowanie tekstów zawierających silne, negatywne emocje: złość, gniew, strach. One się najlepiej klikają i one też wzmacniają polaryzację społeczności. Umiar, wyważone racje, fakty zamiast ocen… to towar, który się źle sprzedaje, a zatem przynosi najmniejsze zyski właścicielom Facebooka, Tik Toka, Instagrama, czy X. Właśnie dlatego rząd Australii podjął próbę ochrony dzieci przed takim manipulowaniem postawami. Pytanie, na ile to będzie skuteczne.
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


