Z Polski Na Gorąco – Donald Tusk ma mdłości…
Share
Fot. AI/Gemini: sala operacyjna, chirurg z asystą, na stole operacyjnym rozkrojony pacjent, przy ustach chirurga dymek z napisem w środku: operuję za pół ceny
Premier Donald Tusk twierdzi, że ma mdłości, gdy w ostatnich tygodniach dowiaduje się z mediów o kolejnych działaczach Koalicji Obywatelskiej załatwiających sobie badania bez kolejki, recepty na SMS-y i korzystających z pokojów VIP-ów w szpitalach. Podziela też powszechne oburzenie na lekarzy zarabiających rocznie po blisko dwa miliony złotych i neurochirurgach ze stawką 30 tysięcy złotych za godzinę (to jedna z najnowszych medialnych afer). Od ministry zdrowia i prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia zażądał natychmiastowych propozycji mających zlikwidować tę patologię.
Kilkuset lekarzy w całej Polsce zarabia rocznie po ponad milion zł – to wydatek z budżetu państwa w sumie mniejszy niż miliard zł. Ograniczenie ich dochodów nie rozwiąże problemu deficytu Narodowego Funduszu Zdrowia sięgającego 20 miliardów zł. Ministra zdrowia dostała od premiera Donalda Tuska 3 dni robocze na przygotowanie precyzyjnych propozycji jak zlikwidować patologie, o których najwyraźniej wcześnie nie słyszał.
Jeżeli nie otrzyma konkretnych propozycji, polecą głowy – zasugerował szef rządu.
Ministra zmieściła się w czasie. Ogłosiła, że wprowadzi maksymalne stawki wynagrodzeń, maksymalne wydatki na wynagrodzenia (jako procent budżetu) szpitali utrzymywanych ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia i maksymalny, dopuszczalny czas pracy medyka: 78 godzin tygodniowo. Lekarzowi w publicznej służbie zdrowia można będzie zapłacić do 240 zł za godzinę. Szpitale finansowane z NFZ będą musiały publicznie ogłaszać na jakich zasadach i za ile zatrudniły zewnętrzną firmę. Dodatkowo, pracownik medyczny będzie musiał być zatrudniony w jednym szpitalu na co najmniej pół etatu. Dorabianie będzie możliwe tylko za zgodą dyrektora.
Wcześniej, parlament uchwalił ustawę wprowadzającą kontrolę dochodów pracowników medycznych według numeru PESEL. Ma to ułatwić wykrycie nadmiernych, nieuzasadnionych dochodów lekarzy. To zadziwiające rozwiązanie wprowadza zasadę, że każdy lekarz jest podejrzany. Uznanie jednej grupy zawodowej za skłonną do nadmiernego zarabiania i z założenia nieuczciwej, jest dyskryminujące, a także niesprawiedliwe wobec ogółu medyków. Poza tym fiskus może sprawdzić wszystkich bez dodatkowej ustawy.
Absurdalne jest także wprowadzenie górnej kwoty stawki godzinowej. Można mieć zastrzeżenia do takich praktyk jak spółka nieurochirurgów, która brała od zatrudniającego ją szpitala średnio po 30 tys. zł za godzinę. Jednak to było tylko ok. 60 proc. tego co za ich zabiegi szpital dostawał z NFZ. Poza tym, przez rok wypracowała w tym czasie zaledwie osiem osobodniówek i zarobiła ok. dwóch milionów złotych. Nie przez nich szpital popadł w długi. Bez tych lekarzy miałby większe. Wprowadzenie górnej stawki za roboczogodzinę spowoduje również, że żaden lekarz – specjalista nie skusi się na pracę na tzw. prowincji. Tam szpitale będą zamykane, bo braknie im fachowców, a zatem i kontraktów z NFZ. W dużych miastach będzie nadpodaż dobrych lekarzy.
Zadziwiający jest także sposób liczenia zarobków lekarzy po wprowadzeniu narzuconej, górnej stawki godzinowej. Ministerstwo zakłada, że każdy lekarz będzie tygodniowo pracował po 78 godzin (w Polsce obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy), czyli po 11 godzin przez siedem dni tygodnia i wówczas zarobi miesięcznie prawie 75 tys. zł, a rocznie prawie 900 tys. zł. Rzucając takimi kwotami ukrywa się fakt, że nikt nie powinien tyle pracować. Ministerstwo zapomina też, że od tej kwoty trzeba będzie zapłacić ogromną składkę zdrowotną, a dodatkowo, od prawie całej kwoty, aż 32 procent podatku.
O co chodzi w takich ministerialnych pomysłach i komunikatach? Są dwa powody. Pierwszy to zmniejszenie deficytu budżetowego NFZ. Drugi, znacznie ważniejszy to populistyczne, polityczne wykorzystanie lekarzy do pozyskania sympatii wyborców. Ludzie są niestety zawistni. Jak rząd bogatemu lekarzowi ściągnie finansowe cugle, biedni pacjenci tylko się z tego ucieszą. Dopiero po jakimś czasie wyborcy zauważą, że do szpitala mają dalej, a kolejki do specjalistów na ubezpieczenie tylko się wydłużą. Bo jak rozwiązać te problemy, ministerstwo milczy.
W pierwszym kwartale tego roku, jak podaje biznesinteria .pl, w kolejce na rehabilitację leczniczą dzienną czekało 82,6 tys. osób, do poradni chirurgii urazowo-ortopedycznej 79,1 tys., neurologii – 74,4 tys. Czas oczekiwania na wizytę u neurochirurga to średnio 203 dni, endokrynologa – 194 dni. Do szpitala pilne przypadki trafiają po 23 dniach, ale pilna operacja stawu kolanowego może się odbyć za 92 dni, a jego endoprotezoplastyka za 111 dni. Na wizyty, które nie są pilne czeka się znacznie dłużej. I to się nie zmieni.
Leczyć się można u szarlatanów, tańszych, szybciej przyjmujących, chociaż nielegalnych. Tyle, że tych rząd będzie ścigał, a kto jest szarlatanem, a nie tradycyjnym zielarzem, naturoterapeutą, specjalistą od medycyny chińskiej, zdecyduje urzędnik. Do tradycyjnego lekarza zawsze będzie można pójść prywatnie…za milion monet, jak to się potocznie określa. Pozostaje życzyć wszystkim, bardzo dużo zdrowia.
Krzysztof Zając
Polska, Łódź


