Marek Baterowicz – PORWANIE DYKTATORA (wstęp do zmiany reżimu)
Share
3 stycznia telewizory w Australii obwieściły niespodziewaną nowinę, oto pojmano prezydenta Maduro oraz uprowadzono do USA. Dokonała tego nocą specjalna jednostka Delta Force. I oto nagle wenezuelski prezydent, a przy tym sympatyk Kuby i dyktator od 2013, znalazł się w Nowym Jorku, gdzie postawiono mu zarzuty głównie narkoterroryzmu. A od 2024 jego prezydentura była już powszechnie kwestionowana, gdyż przegrał wybory i tylko przemocą trzymał się władzy. Miał też na sumieniu tysiące prześladowanych, zabitych oraz ponad osiem milionów Wenezuelczyków, którzy wyemigrowali głównie do sąsiedniej Kolumbii z powodu nędzy czy korupcji w kraju. Nocny atak z użyciem nisko lecących helikopterów spotkał się ze słabym oporem wenezuelskich służb, co może wspierać hipotezę zdrady? Ale niezupełnie, opór stawili kubańscy ochroniarze pana Maduro, lecz daremnie. Zginęło 32 bodyguards z Kuby. Tu należy postawić istotne pytanie czy Maduro był prezydentem Wenezueli, jeśli korzystał z osłony kubańskich służb? Był raczej marionetką reżimu Kuby, za swych młodych lat często bywał na tej wyspie. À propos, a kto chroni premiera Tuska? A przy ocenie tej spektakularnej operacji należy jednak wziąć pod uwagę fakt owych kubańskich koneksji pana Maduro, który przecież zrobił nadzwyczajną karierę, bo z kierowcy autobusów został prezydentem kraju, a raczej dyktatorem szukającym poparcia w Moskwie i Pekinie.
Ba, ale co dalej zastanawiają się na całym świecie? Ano zobaczymy, już stały się rzeczy ważne, bo z polecenia Trumpa wypuszczono ponad 800 więźniów politycznych w Wenezueli, ale reżim w Caracas jakby nie rezygnował ze swoich prerogatyw. W miejsce Maduro zaprzysiężono szybko dotychczasową wiceprezydent, Delcy Rodriguez, którą na razie – mimo jej protestów – toleruje prezydent Trump, ponieważ ma plan przemian w Wenezueli ułożony w trzech fazach, a laureatka pokojowej nagrody Nobla Maria C. Machado wybiera się do Białego Domu. W tej pierwszej fazie post-Maduro na ulicach miast widzimy patrole “colectivos” (ale chyba nie uzgodniono ich z Amerykanami?), które pilnują porządku tylko na chodnikach, albowiem nie upilnują na pewno tajemniczych dronów krążących nad rządowym pałacem Miraflores. Próbowano je zestrzelić, co może było błędem, gdyż są to drony fabrykowane w Wenezueli z pomocą inżynierów z Rewolucyjnej Gwardii Iranu, która pewnie dalej działa w Caracas. W przeciwieństwie do rosyjskich rodzin “dyplomatów” ewakuowanych już trzy tygodnie temu, co wskazuje, że FSB ma niezły wywiad, A ilu zostało Chińczyków, dbających tu o interesy Pekinu, który kupował aż 80% wenezuelskiej ropy? Czy Amerykanie pozwolą teraz na taką hojność pani Rodriguez? Sytuacja zapewne zmienia się w Wenezueli teraz jak w kalejdoskopie…A jakie plany mają USA wobec innych krajów zarażonych narkoterroryzmem czy w ogóle narkotykami? Kolumbia, Meksyk czy Kuba są na muszce prezydenta Trumpa, ale w jakiej kolejności? Z ostatnich doniesień wynika, że jednak nie Kolumbia, chociaż nie tak dawno Trump jej groził, a prezydenta Gustavo Petro nazwał “chorym”. Teraz zmienił zdanie i zaprosił Petro do Białego Domu, widocznie uznał, że sprawę Kolumbii należy załatwić z dużą kulturą, choć prezydent Petro walczył kiedyś przez 17 lat w marksistowskim ugrupowaniu M-19, sympatyzując z FARC (grupą partyzantów zapatrzonych w Che Guevarę i Marksa), a dopiero potem się ucywilizował, kiedy rząd kolumbijski zawarł pokój z M-19,dopuszczając byłych partyzantów do polityki. Ten niewątpliwie chory wariant “grubej kreski” zaowocował właśnie zawrotną karierą pana Petro, który najpierw został merem Bogoty, a wreszcie prezydentem. Wywołało to powszechne oburzenie społeczne, nie cieszy się popularnością, nie lubi go zwłaszcza wojsko. A wybory w Kolumbii już w marcu, zatem tym sposobem niedługo Kolumbijczycy pożegnają pana Petro, a duże szanse ma poważany adwokat Abelardo della Esperiella jak sądzą znajome mi osoby z Kolumbii. I problem narkotyków tolerowanych przez Petro muszą tam rozwiązać na drodze prawnej, aby nie doszło do tak straszliwej sytuacji jak w Meksyku, gdzie rządzą niemal gangi narkotyków, ale prezydent Claudia Sheinbaum nie zgodziła się na pomoc wojsk USA w wojnie z kartelami. Gangi narkotyków są też w Europie, a we Francji opanowały już sporo terenów, szczególnie Marsylię, Grenoble. Ale też w innych miastach dochodzi do strzelaniny między nimi, giną niewinni przechodnie, nawet dzieci. Zaczyna się już mówić o “meksykanizacji” Francji. Jeżeli narody przegrają wojnę z narkotykami, inne kraje Europy także padną ofiarami tej plagi. Inicjatywa prezydenta Trumpa bezwzględnej walki z gangami narkotyków ma zatem olbrzymie znaczenie, powinna być traktowana z całą powagą, zyskać powszechne poparcie. To ostatni dzwonek w tym starciu, a z brutalnymi mafiami nie można stosować półśrodków, dlatego Trump nie wyklucza jednak ataków z terenu USA na kartele w Meksyku. Nowe odmiany narkotyków przenikały do USA powodując śmierć wielu konsumentów, wdzierają się też do Europy coraz częściej, też do Australii, co nie spotyka się jeszcze z należytą odprawą, gdyż dominuje tu czasem błędne porzekadło “take it easy”. Zmiana systemu w Wenezueli ( i w regionie jak Kuba) daje nam nadzieję na oczyszczenie tej strefy z narkotyków oraz na przywrócenie demokracji. Następnym celem amerykańskiej interwencji powinna być Kuba, gdzie nie tylko od pół wieku nie ma demokracji, ale także dlatego, że w tym zacofanym kraju brakuje wszystkiego, a ludzie – jak w Wenezueli – szukają jedzenia na śmietnikach. Sypią się też stare domy wzniesione jeszcze przez Hiszpanów, zmurszałe struktury nie wytrzymują już własnego ciężaru a pękają stare kanalizacje, ledwie działa elektryczność. Kubańska nędza prosi o litość nad ofiarami eksperymentu rewolucji Fidela Castro. Wie o tym Marco Rubio, syn kubańskich emigrantów. Kanadyjski premier Carney w rozmowie z prezydentem Brazylii wyraził nadzieję na pozytywne zmiany w tym regionie, z czym zgodziła się też pani prezydent Meksyku, który nagle zastąpi wenezuelską ropę i skieruje swoją ropę dla Kuby. Te nadzieje wspiera wiadomość o rychłym otwarciu ambasady USA w Caracas, po siedmiu latach jej zamknięcia za reżimu Maduro.
Tymczasem na północy rośnie cień, który rzuca wielka kość niezgody – Grenlandia. Spodziewam się jednak, że dyplomaci Danii oraz Grenlandii, którzy spotkają sie za kilka dni z Marco Rubio dojdą do porozumienia w tym absurdalnym sporze, który powinno się rozwiązać zgodnie z logiką oraz poczuciem solidarności krajów Zachodu (a więc także Danii!). A logika wskazuje, że konieczna jest współpraca Zachodu na tej olbrzymiej wyspie, zagrożonej ekonomiczną okupacją Chin oraz Rosji, ponieważ słaba i daleka Dania nie poradzi sobie sama, niestety nie obroni Grenlandii przed ekspansją chińsko-rosyjską. Kopenhaga powinna się zgodzić na taką formę kooperacji z USA (jeśli odmawia sprzedaży wyspy), aby udało się zachować Grenlandię w zachodniej strefie wpływów. A tego chce także mały naród Grenlandii (tylko 60 tys.), o czym przekonują nas manifestacje w Nuuk. Nieco histeryczne wypowiedzi pani premier Danii Mette Frederiksen o kryzysie w NATO są przesadą, nie powinna sugerować konfliktu NATO z “ojcem chrzestnym” tego paktu. Podjęli jej wypowiedź premierzy europejscy, ostatnio powtarza ją tylko Donald Tusk – czy z powodu pewnych zobowiązań z molo w Sopocie? Zresztą Europa cała, a więc NATO też, nie może walczyć na dwa fronty, a pakt ten powołano dla obrony przed ekspansją imperium sowieckiego, dziś Rosji. Trzymajmy się zatem genezy tego paktu, gdyż ambicje pułkownika KGB jeszcze nie opuściły murów Kremla. I dlatego dbajmy o solidarność krajów Zachodu oraz NATO w tym sporze o Grenlandię, która musi pozostać ważnym bastionem strategicznym Zachodu w obliczu zbliżającej się szybko konfrontacji w blokiem państw post-komunistycznych, a częściowo komunistycznych (Chiny, Płn. Korea) – tej progenitury Marksa, która zatruwa nam planetę i grozi zniszczeniem demokracji.
Marek Baterowicz


