Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Euroświąteczne tradycje
Share
ŚWIĘTY MIKOŁAJ I INNI – ŁAKOCIE CZY RÓZGA?
„JAK NIE BĘDZIECIE GRZECZNI, to wam w nocy zamiast cukierków rózgę pod poduszką święty Mikołaj zostawi” – szantażował ojciec nas z bratem, kiedy byliśmy mali. Zapewne nie tylko ja spotkałem się w dzieciństwie z podobnymi doświadczeniami. W Hiszpanii straszy się dzieciaki, że kiedy będą niegrzeczne, nie otrzymają upragnionych prezentów, lecz węgiel. W różnych krajach różne postaci roznoszą i rozdają dzieciom prezenty, jednym pod poduszkę, innym pod choinkę. A ponieważ właśnie nadchodzi nam tegoroczne Boże Narodzenie, pora zająć się owym tematem, co też w dzisiejszym moim europodowym artykule czynię, ku pożytkowi naszych Czytelników.
*
ŚWIĘTY MIKOŁAJ, po grecku zwany Hagios Nikolaos, po łacinie Sanctus Nicolaus, jest postacią na wpół historyczną, na wpół legendarną, wedle legend miał żyć bowiem w latach 270 – 345 podczas gdy pierwsze o nim zapisy pojawiły się dopiero w połowie VI stulecia. Miał być biskupem Miry (Myry), miasta w Licji, starożytnym kraju położonym na obszarze Azji Mniejszej, na terenie aktualnie tureckiej Kapadocji. Podobno za swego życia słynął z wyjątkowej szczodrobliwości; pomagał zwłaszcza osobom biednym, pokrzywdzonym przez los. Co dziwi, w spisie biskupów biorących udział w Soborze Nicejskim I (rok 325) brak imienia Mikołaja z Miry.
W pochodzącym z połowy VI wieku jego żywocie Stratelatis wspomina się, iż w czasie kampanii cesarza Konstantyna przeciwko Frygii biskup Mikołaj uratował trzech legionistów, niewinnie skazanych na śmierć przez prefekta za nadużycia, jakich mieli dopuścić się podczas schodzenia na ląd w porcie Andriake, należącym do Licji. Mikołaj miał cudownie pojawić się w miejscu straceń i powstrzymać katowski miecz spadający na kark pierwszego skazanego a potem dokazać niewinności wszystkich trzech, ujawniając prawdziwych winowajców. Po powrocie z kampanii zarządca Ablabios o dopuszczenie się zbrodni oskarżył oficerów Nepotianosa, Ursosa i Herpyliona. Tym razem biskup Mikołaj ukazał się nocą we śnie tak zarządcy Ablabiosowi, jak też samemu cesarzowi Konstantynowi, objawiając imiona prawdziwych winnych, których pojmano i stracono. Trzej oficerowie zostali uniewinnieni i odzyskali wolność.
W samej Mirze biskup miał ponoć wrednego, zamożnego sąsiada, który codziennie drwił z jego cnoty i pobożności, za co Pan Bóg ukarał go krańcową biedą – tak że nie miał nawet paru denarów na posag dla trzech swoich córek, koniecznie pragnących wydać się za mąż. Nagle, całkiem niespodziewanie dla papy, pierwsza z córek pokazała mieszek z pieniędzmi gwarantujący jej solidny posag i w cnotliwości poślubiła swojego umiłowanego. Wkrótce podobnie przytrafiło się tej średniej. Na to wszystko sąsiadunio począł przyczajać się na tarasie swojego domu, żeby dopaść tajemniczego dobroczyńcę. Okazał się nim bogobojny jego sąsiad Mikołaj, który akurat ciskał do okna najmłodszej córki woreczek z brzęczącymi monetami. Co zrozumiałe, sąsiad zaprzestał drwin i stał się gorliwym chrześcijaninem. W Żywocie świętego Mikołaja z końca IX stulecia wspomina się żeglarzy, których na Thalassie (Morzu Wielkim), u wybrzeży Azji dopadła straszliwa burza. Nie widząc z niej wyjścia, żeglarze poczęli żarliwie wzywać na pomoc Mikołaja. Ten ani chwili nie zmarnował. W te pędy przyfrunął, wstrzymał wiatry i uspokoił całe Morze Wielkie. Po dokonaniu cudu biskup Nicolaos rozwiał się we mgle. Jeszcze innym razem biskup wypatrzył na morzu płynący z Aleksandrii do Konstantynopola okręt z ładunkiem pszenicy. W Licji akurat panował głód. Biskup Mikołaj cudownym sposobem skierował okręt do portu w Andriake i tam polecił wyładować zeń sto korców (po naszemu ponad dziewięć ton) pszenicy. Kiedy kapitan dotarł do Konstantynopola, w ładowniach nie brakowało mu nawet jednego ziarenka. Biskup Mikołaj z Miry prawdopodobnie zmarł w nocy z 5 na 6 grudnia w roku 345 naszej ery.
Źródłami informacji o życiu i dokonaniach legendarnego – piszę „legendarnego”, bowiem imię niejakiego biskupa Mikołaja wspomina się dopiero w roku 680, wymieniając uczestników Soboru Konstantynopolskiego III, choć nie wiadomo, o którego z Mikołajów chodziło – są dzieła Vita per Micheaelem, zacnego Michała z Konstantynopola, archimandryty (nadzorcy) tamtejszych klasztorów, napisane w IX wieku oraz żywoty świętych spisane stulecie później przez bizantyjskiego hagiografa, Symeona Metafrastesa. Na przełomie wieków XIX i XX badacze zaklasyfikowali owe opowieści do kategorii legend. Kult świętego Mikołaja jednakowoż przetrwał.
Domniemanego biskupa Mikołaja z Miry (Myry) we wczesnym średniowieczu powszechnie czczono bodaj w całej Europie, przede wszystkim na obszarze Bałkanów i wschodnich krańców kontynentu, począwszy od Grecji i Albanii, zdążając ku Rusi. Wkrótce kult Mikołaja przedostał się na Zachód. W roku 1087 domniemane relikwie biskupa Mikołaja z Miry, dla obrony przed muzułmanami zostały przewiezione daleko na zachód. Ostatecznie osiadły w italiańskim Bari, gdzie pod koniec XI stulecia rozpoczęto wznoszenie dla nich imponującej bazyliki pod jego wezwaniem. To od owego okresu kult świętego Mikołaja począł rozprzestrzeniać się na zachodzie Europodów. Prawdopodobnie pierwszymi jego orędowniczkami, jeszcze w XII wieku były francuskie zakonnice, roznoszące w noc z 5 na 6 grudnia słodkie ciasteczka, zostawiając je przed progami domów niezamożnych rodzin. W XV stuleciu w Niemczech, Polsce, Niderlandach, Austrii i niemieckich kantonach Szwajcarii przed drzwiami domów oraz kominkami (w Austrii na okiennych parapetach) wystawiano buty, by święty Mikołaj nie pomylił się, dokąd też ma trafić ze swymi dobroczynnymi darami. Czesi woleli na okiennych ramach wieszać skarpetki – wszelako ich naturalna woń daleko skuteczniej przyzywała uwagę bożonarodzeniowego dobroczyńcy. Kult biskupa Mikołaja przyjęła w późniejszych stuleciach większość kościołów protestanckich, chrzcząc go wszak imieniem Santa Claus, a rozdawanie prezentów nocą z 5 na 6 grudnia przenosząc na najciemniejszą w roku noc wigilijną Bożego Narodzenia, z 24 na 25 grudnia. Przebrani za biskupów „Mikołajowie” rozdawali grzecznym dzieciom prezenty, a te mniej pokorne łajali pastorałem. Uciechy było co niemiara. I właśnie o to chodziło.
Cios w plecy zadał mireńskiemu hierarsze Sobór Watykański II (1962 -1965). Ponieważ w żaden sposób historycy nie zdołali dowieść autentyczności legendarnego duszpasterza, duszpasterze aktualni skreślili go z listy oficjalnych świętych Kościoła Katolickiego… zezwalając wszakże na lokalne kulty (!). W roku 1969 papież Paweł VI, w geście zbliżenia kościołów katolickiego i prawosławnego przekazał moskiewskiemu patriarsze Aleksemu część relikwii dawnego świętego Mikołaja. Niechże prawosławni sami sobie z nim radzą, skoro go wypromowali! W Rosji biskupa natychmiast awansowano na patrona żeglarzy oraz miasta Sankt Petersburg. W licznych krajach, między nimi w Polsce, już od co najmniej sześćdziesięciu lat nieświęty biskup Mikołaj w dalszym ciągu, wbrew werdyktowi Soboru Watykańskiego II czczony jest jako Święty Mikołaj. Zapewne w ramach kultu lokalnego w dalszym ciągu współpatronuje katedrze w Bydgoszczy, a już w bieżącym stuleciu nieomylna Stolica Apostolska powierzyła mu patronowanie Chrzanowowi, Elblągowi oraz miedzianemu Głogowowi– wszystko to pewnie w ramach polityki: papież papieżowi antypapieżem (w XVI wieku święty Mikołaj patronował w katolickiej Europie ponad dwom tysiącom miast). Prócz tego nieświęty święty w dalszym ciągu jest patronem bednarzy, panien na wydaniu, pasterzy, sędziów, więźniów, a nawet złodziei. Górale w Gorcach wierzą, że to on wskazuje wilkom kozy, owce, a nawet krowy, na które mogą napadać i porywać je ze stada. Doprawdyż ogrom pracy!
W roku 1950 wówczas już były amerykański prezydent, Franklin Delano Roosevelt, wraz ze swą małżonką Ann Eleanor odwiedzili Finlandię. Na tę okazję w lapońskim Rovaniemi, na samym kole podbiegunowym północnym, wzniesiono dla dawnej prezydenckiej pary dom nazwany Roosevelt Lodge, który niezwykle przypadł pierwszej damie do gustu. Ann Eleanor była zachwycona. Ponoć to ona w wielkim uniesieniu zawołała, że zapewne tu urodził się Santa Claus (Święty Mikołaj). I tak zrodziła się nowa legenda. W roku 1983 władze miejskie Rovaniemi rozpoczęły budowę kompleksu turystycznego, który z amerykańska nazwano Santa Claus Village z najbardziej reprezentacyjnym domem nazwanym Korvatunturi, od nazwy pobliskiej góry. W roku 1985 otwarto park atrakcji zimowych – bodaj jedynymi są tu śnieżne skutery i kuligi z reniferami – szumnie ogłaszając owo miejsce Wioską Świętego Mikołaja. Właśnie reniferowym zaprzęgiem ubrany na purpurowo Mikołaj, filmowany przez niezliczone kamery, w polarną noc 23 grudnia wyrusza z Santa Claus Village w Rovaniemi w swą podróż, żeby rozwozić dzieciarni prezenty. Tradycyjną noc z 5 na 6 grudnia zachowuje się jedynie w Polsce oraz Słwacji. Tam „święty” zostawia prezenty w butach wystawianych przed drzwiami domów lub mieszkań albo na okiennych parapetach. Zwyczaje innych krajów zmuszają go do pozostawiania ich w wigilię Bożego Narodzenia, pod choinką. Tak czy owak dzieciarnia Mikołajowych prezentów z niecierpliwością wyczekuje, dzięki czemu tradycja w narodach Europodów, a też Ameropodów nie gaśnie.
Rovaniemi, w okolicach którego powstała Santa Claus Village, jest największym miastem fińskiej części Laponii, zamieszkanym w 2024 roku przez niewiele więcej niż 65 tysięcy osób. (Sama Laponia jest zaś obszarem kulturowym rozciągniętym na terenie czterech państw: Finlandii, Norwegii, Szwecji oraz Rosji – tu półwysep Kola. Na owym rozległym terytorium zamieszkuje podobno do dziewięćdziesięciu tysięcy rdzennych Lapończyków, ale zaledwie od 25.000 do 35.000 potrafi porozumiewać się w którymś z ich języków saami; najwięcej takich żyje w Finlandii. Nazwę Rovaniemi objaśnia się z języka fińskiego jako „cypel zalesionego wzgórza” – w rzeczy samej miasto otaczają rozległe lasy, w których dominują przede wszystkim sosny, jodły i brzozy. W roku 1944 dawne miasto, pobudowane głównie z drewna, całkowicie strawił pożar wywołany eksplozjami w składach amunicji należących do niemieckiego Wehrmachtu. Budowanie nowego Rovaniemi rozpoczęło się dopiero w roku 1960. Architekt, Hugo Alvar Aalto, przedstawił projekt zabudowy przestrzennej nowego miasta w formie imitującej poroże renifera i tak wygląda Rovaniemi widziane z samolotu podchodzącego do lądowania na tutejszym lotnisku. Wizytówką miasta jawi się nowoczesny most Jätkänkynttila o długości 320 metrów, przerzucony przez rzekę Kemi. Szwedzcy specjaliści budowali go w latach 1987-89. A przez samą wioskę Świętego Mikołaja przebiega linia wyznaczająca koło podbiegunowe północne. Pomimo wszystkich owych zalet Rovaniemi niektórzy wierzą, że dobroczynny Mikołaj zamieszkuje na podobnej fortecy górze Korvatumturi, dokładnie na granicy Finlandii i Rosji. Każdemu wolno wybrać.
*
KONKURENCI ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA – Owym najważniejszym zapewne jest SANTA CLAUS, rozpropagowany w europejskich krajach protestanckich oraz w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w Kanadzie, a też na antypodach. W słownikach i poważnych encyklopediach, na ten przykład w Catholic Encyclopedia utożsamia się go z biskupem Mikołajem z licyjskiej Miry. Tu szacowna encyklopedia ma rację. Imć Claus wywodzi się bowiem od niderlandzkich Klaas, Claas a też Claes, jakimi na owych ziemiach nazywano Mikołajów. Niemcy woleli poczciwe Klaus. Imię to rozpowszechniło się na owych obszarach zwłaszcza w wiekach XVI i XVII, za czasów reformacji i protestantyzmu. Tak też poczęto nazywać tam przewielebnego biskupa Miry. Po separacji kościoła angielskiego od Rzymu (1534) mirskiego duszpasterza dalej tu czczono, zowiąc go wszak Santa Claus i tak pozostało do dziś. Rozdawanie prezentów w nocy 5 na 6 grudnia przeniesiono na wigilię Bożego Narodzenia, celebrowaną 24 grudnia. Ot i dlaczego biskupa Mikołaja w wielu krajach nazywa się Ojcem Bożego Narodzenia: we Francji Père Noël, w Hiszpanii Papá Noel, we Włoszech Bobbo Natale, zaś w Portugalii Pai Natal – co komu ślina wytoczy na język. Chodzi przecie o tę samą osobę, biskupa Mikołaja z Miry.
Świętego – nieświętego Mikołaja opisałem ze szczegółami, niemniej nie jest on jedynym, który w okresie świąt Bożego Narodzenia mozoli się z rozwożeniem dzieciakom prezentów. Mikołaj czyni to na wielkich saniach zaprzężonych do renifera – przynajmniej tak pokazuje się go na ekranach telewizorów albo w komórkowych telefonach nie najstarszej generacji. No właśnie. O ile w czasach jeszcze nie tak dawnych, na ten przykład mojego dzieciństwa zadowalaliśmy się podłożonymi przez Mikołaja pod poduszkę łakociami i jakąś grą albo zabawką, o tyle w czasach nam dzisiejszych o słodyczach lepiej od razu zapomnieć, żeby niepotrzebnie nie rozdrażniać pociech – te bowiem własnej pociechy nie poszukują w słodkościach, lecz w technologiach i to tych najnowszych. Z przeprowadzonych w początkach mijającego roku badań wynika, iż europejskie dzieci najczęściej proszą na Boże Narodzenie o konsole gier wideo, inteligentne lalki, hulajnogi (najlepiej te elektryczne) markową odzież i obuwie oraz artykuły sportowe. Co znamienne, dopiero na szóstym miejscu pojawiają się książki – te zdecydowana większość dzieciarni uważa za przeżytek. O telefon komórkowy już nie proszą, bowiem każde go posiada niemalże od urodzenia. Napiszę teraz o innych dostarczycielach dziecięcych rozkoszy w europodowych krainach.
Francja – Życzenia dzieciaków przede wszystkim zaspokaja tu Père Noël, który już w czasie adwentu zaczyna okrążać bożonarodzeniowe jarmarki w licznych miejscowościach, na których często dzieci wręczają mu listy z prośbami o konkretne prezenty, które otrzymają w wigilijną noc, rzadko z 5 na 6 grudnia, w dniu świętego Mikołaja. Podczas rozwożenia prezentów często towarzyszy mu Père Fouettard – odrażający staruch, odziany w niechlujną tunikę i z tęgą lagą w ręce, którą karci krnąbrne dzieciaki. Jednakowoż w wielu regionach kraju, przede wszystkim w Masywie Centralnym oraz w Alpach, prezenty rozdaje dzieciom Fée Abonde (Wróżka Abonde, zwana też Dame Abonde), niekiedy przebrana za zakonnicę. Jej imię wywodzi się od słowa abondance, które w języku francuskim oznacza obfitość. Ciągle żywa owa tradycja pamięta wspomniane przeze mnie nieco wcześniej czasy średniowiecza, kiedy to prawdziwe zakonnice wypiekały w klasztorach ciasta i inne smakołyki, żeby potem rozdawać je nędzarzom. O samej Fée Abonde wiadomo jedynie tyle, że w okresie Bożego Narodzenia w obfitości rozdaje prezenty, tajemnicami okryte są jej przeszłość oraz miejsce, w którym rezyduje. Telewizyjne kamery bardzo rzadko ją filmują, a jeśli już to czynią, to zapewne są to kamery lokalnych kanalików telewizji.
Włochy – w bożonarodzeniowym okresie całą Italię, od Dolomitów aż po Lampedusę, oblatuje na miotle czarownica Befama – starucha z rozwichrzonymi włosami oraz długim, haczykowatym nosem, ubrana w brudne, wymiętolone ciuchy. Jej imię kojarzy się z epifanią, świętem tak zwanego objawienia Jezusa, przypominającym wizytę „trzech króli” ze Wschodu, chrzest Jezusa oraz dokonanie przezeń pierwszego cudu: przemienienie wody w przednie wino podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Podobno to Trzej Królowie mieli powiedzieć Befamie o narodzeniu Jezusa, niestety ta wybrała się do Betlejem na staroświeckiej miotle, bez GPS-u, tak więc pobłądziła w drodze i dofrunęła aż do Rzymu, gdzie wylądowała na Piazza Navona, wyglądającym nieco inaczej niż obecnie. Tam natychmiast otoczyła ją gromada ciekawej dzieciarni. Ufając, że któreś z nich jest Jezusem, wiedźma poczęła rozdawać im przywiezione w worku niezliczone podarunki i tak już zostało do dziś. Do domów czarownica Befama dostaje się przez komin albo przez niedomknięte okno. Dzieci grzeczne otrzymują prosto z miotły łakocie oraz zawczasu zamówione prezenty, tamte nieposłuszne węgiel lub woreczek popiołu, zaś do jedzenia cebulę albo czosnek. Z wdzięczności na stole zwykło się jej zostawiać mandarynkę albo pomarańczę i do tego lampkę wina, tak więc na ostatnim okrążeniu Befama jest nieźle wstawiona. Policja wszak nie karze jej mandatem. Noc Befamy obchodzi się w całej Italii z 5 na 6 stycznia, głównym miejscem jezt Piazza Navona.
Niemcy – Tu dostarczycieli prezentów dla dzieci jest aż trójka. Bodaj tym najważniejszym, przede wszystkim na terenach protestanckich jawi się Weihnachtsmann (Pan Bożego Narodzenia), w Polsce: na Pomorzu, na Śląsku, w Wielkopolsce i na Ziemi Lubuskiej, czyli dawnego zaboru niemieckiego nazywany Gwiazdorem. Ten, odziany na czerwono i z bujną, siwą brodą nie korzysta z pomocy reniferów ani nawet pospolitego kozła, taszcząc swój wypełniony prezentami wór na własnym grzbiecie, rzadko gdzie pomagając sobie saniami. Gdzieniegdzie, głównie na obszarach Badenii Wirtembergii wspomaga go tajemnicza Frau Bertha, opasła jejmość, taszcząca kosz wypełniony podarunkami dla dzieci. Na południowych obszarach Badenii Wirtembergii, a też katolickiej Bawarii prezenty rozwozi Dzieciątko Chrystus (Christkind). Podobnie w Austrii, na Węgrzech, na polskich terenach dawnej austriackiej Galicji, na terenie Węgier oraz Czech, gdzie Dzieciątko Jezus zowią Ježiškiem. Zabawnie, nieprawdaż? Czesi zawsze rozbawiali serce Polaka, i z wzajemnością. Na terenach dawnego zaboru austriackiego, głównie w moich rodzinnych okolicach Małopolski, dary rozwozi jeszcze niejaki Aniołek, chociaż ja z nim oko w oko nigdy się nie spotkałem. Ot, i widać z tego, iż Święty Mikołaj ma w Europodach licznych współpracowników, ale też sporo konkurentów. Święta Łucja zwykła rozdawać dzieciom prezenty z okazji pierwszej komunii świętej (maj), niemniej, znudzona szarością życia w niektórych miejscowościach Niemiec, Austrii oraz na najdalszej północy Włoch rozdaje je również w Boże Narodzenie.
Dania – to już w pewnym sensie kraniec Europy, ale jeszcze nie Skandynawia. W tym kraju prezenty przywozi dzieciom Julemanden, na Wyspach Owczych zwany Jólamađur, na Grenlandii Juulimaaq. Wszystkie owe imiona znaczą Pana Bożego Narodzenia, w czym Julemanden przypomina niemieckiego Weihnachtsmanna. Jest nawet do niego podobny z tym, że nosi ciepłą, watowaną kurtkę koloru nie czerwonego, lecz szarego, za to okazałą czapę ma czerwoną. Wór z prezentami, człapiąc, dźwiga na grzbiecie. Tam, gdzie sypnęło śniegiem pomaga sobie saniami. Julemanden posiad własną postboks (skrytkę pocztową), numer 2412, w kopenhaskim urzędzie pocztowym numer V, do której trafia korespondencja od duńskich, owczych i grenlandzkich dzieci.
Kraje skandynawskie (Szwecja i Norwegia). Zarówno w języku szwedzkim, jak też norweskim, Boże Narodzenie nazywa się Jul, tak więc podobnie brzmią również imiona bożonarodzeniowych dostarczycieli prezentów: w Szwecji jest to Julfomten, w Norwegii Julenissen. Obaj swoim wyglądem, ubiorem, a też sposobem działania, naśladują niemieckiego Weihnachtsmanna. W skandynawskiej mitologii Thor, bóg piorunów, siły i płodności w czasie świąt Jul przemieszczał się zaprzęgiem ciągnionym przez kozła zwanego Julenbukk, w towarzystwie skrzatów. Wedle starej tradycji prezenty dostarczają dzieciom właśnie krasnale: w Szwecji zwane Tomten, w Norwegii Nissen, zaś w Finlandii Tonttu. W szwedzkich miastach na okres Bożego Narodzenia ustawia się na placach figury kozłów. Najokazalszego kozła Julenbukka, tu zwanego Gävlebocken, lokuje się w Gävle, na placu w pobliżu rzeki Gavleån. Po świętach, o ile ktoś tego wcześniej nie uczyni, kozła publicznie się spala, czemu zazwyczaj towarzyszą spektakularne ognie sztuczne.
Islandia – W okresie trzynastu dni przed Bożym Narodzeniem odwiedzają wioski i osiedla Jólasveinar – trzynastu przebranych za krasnali młodych chłopców, psocących na ulicach, a też w domach, które odwiedzają. Nadają sobie różne imiona, zależnie od psikusów, jakich dokonują, na ten przykład Okienny Podglądacz albo Łasuch na orzechy. Cała trzynastka to bracia, synowie pary ogrów Grýli i Leppalúôi. Zaszedłszy do domu, gdzie są grzeczne dzieci i zastawszy na parapecie okiennym ich buty, zostawiają w nich łakocie, dzieciakom nieposłusznym zaś gnijącego ziemniaka. W czasach dawniejszych rodzice straszyli krnąbrne maleństwa, że te z gnijącymi ziemniakami w końcu porwie Grýla, ugotuje żywcem i zje. Władze zakazały wszak takowego straszenia uznając je za zbyt okrutne; niektóre dzieci pamiętały je całymi miesiącami, a nawet latami.
Zacny, dobrotliwy „święty” Mikołaj miał w ciągu stuleci i dalej ma w Europodach doprawdy liczną gromadę współpracowników, by nie nazwać owej rzeszy konkurentami.
*
DIED MOROZ (DZIADEK MRÓZ) – W roku 1998 Jurij Łużkow, podówczas mer Moskwy odwiedził Wielikij Ustiug (Wielki Ustiug), niewielkie, liczące zaledwie 35 tysięcy mieszkańców miasto, jeszcze w europejskiej części Rosji, na północnym wschodzie obwodu Włogdy, bodaj 450 kilometrów od stolicy obwodu i 935 od Moskwy, jeśli zmierza się drogą A-8 (w części autostradą) przez Jarosław i Wołogdę. Zaskoczony jego spokojem oraz osobliwym urokiem, powróciwszy do stolicy obwieścił moskwiczanom oraz reszcie świata, że to niezawodnie w owej mieścinie urodzić się musiał Died Moroz (Dziadek Mróz), zatem tu, 18 listopada każdego roku, świętować się będzie jego urodziny takoż z Ustiugu wyruszać on będzie, aby rozwozić rosyjskim dzieciom prezenty – od Kaliningradu aż po Kamczatkę i Czukotkę. Do Alaski wjechać się mu nie zezwala, bowiem od marca 1867 roku jest ona dominium Santa Clausa, a ten nawet na centymetr nikomu nie popuści, niczym pies podhalańskiego sołtysa. Taki to już hamerykański charakter.
Początki kultu Dziadka Mroza nie były wszak aż tak zachwycające. Ponoć jego kult wywodzi się z okresu średniowiecza, kiedy to bojaźliwi Rusini składali pieniężne daniny trzem bogom: Pozwisdowi, Zimnikowi i Korochunowi, posiadającym tajemne moce i władającym siłami przyrody oraz podziemnym światem. Owi trzej ponoć porywali dzieci na daleką Północ, zamrażali je na zimę w tamtejszych lodach, a kiedy z nastaniem wiosny te topniały, piekli dzieciaki na ruszcie i je sobie ze smakiem spożywali. Zgodnie z ludowymi wierzeniami podobny im był Died Moroz (Dziadek Mróz) – wredny staruch, posiadający moc czarodziejską, którą wykorzystywał dla szkodzenia ludziom. Miał pojawiać się w siołach z wielkim worem, do którego wrzucał porwane dzieci, żeby zataszczyć je daleko na Północ i by tam zamrozić je w lodach, czyniąc w ten sposób zapasy młodego mięska dla siebie i swej wnuczki Snieżynki. Uratować dzieci można było wysokim okupem, który najpewniej trafiał do kabzy ruskich książąt i patriarchów. Ot, złe miłego początki.
Z upływem czasu jednakowoż obraz Dieda Moroza poczynał stawać się coraz bardziej pozytywny. Przyczyniały się do tego przede wszystkim wierszyki, w których poeci odkrywali zalety Dziadka Mroza i Śnieżki (Snieżynki). Bodaj największe na owe zmiany znaczenie wywarła bajka Snieguroczka, jaką znany dramaturg Aleksandr Nikołajewicz Ostrowskij napisał w roku 1873, przedstawiając w niej Śnieżkę nie jako wnuczkę, lecz jako córkę Dziadka Mroza, zmarłą podczas letniego ludowego święta z przyczyny zbyt długiego przebywania w palących promieniach słońca. Osiem lat później (1881) Nikołaj Rimskij Korsakow wystawił w Sankt Petersnurgu operę Snieżynka, do której sam napisał libretto na podstawie utworu Aleksandra Ostrowskiego. W roku 1952 radziecki reżyser Iwan Iwanow–Wano na podstawie obu wspomnianych utworów zrealizował animowany film, również nadając mu tytuł – jakżeby inaczej? – Snieżynka (Śnieżka). Dzięki literaturze i muzyce jeszcze w XIX stuleciu Died Moroz stał się w rosyjskim społeczeństwie postacią szanowaną; jego popularność nieustannie wzrastała. W tym też okresie pojawił się zwyczaj rozwożenia przezeń podarunków dla dzieci, pewnie też tych rozmrożonych. Dziadek Mróz począł to czynić w prawosławną noc Bożego Narodzenia, z 6 na 7 stycznia.
Źle, nawet bardzo źle działo się Dziadkowi Mrozowi po roku 1917, po przesławnej Rewolucji Paździermikowej, bowiem Leninowi bolszewicy w odruchu dziejowego rewanżyzmu uznali go, wraz ze Śnieżką za agentów imperializmu i wszechpotężnej Cerkwi, w siołach za sprzymierzeńców kułaków. Bolszewicy z całą determinacją zabronili Diedowi Morozowowi plątania się po miastach i wioskach, pozbawiając naród szczątek naturalnej, człowieczej radości, bo i sami jej nie żywili. Dopiero co odrodzona, pod naciskiem idei Władimira Iljicza Ulianowa, natychmiast przygasła. Co trudno pojąć, odżyła wkrótce po wiecznemu zmrożeniu się samego Lenina w roku 1924. Ku zaskoczeniu całego świata a już zwłaszcza upodlonych Rosjan, odrodził ją Josif Dżugaszwili Stalin. Ów pan, wspierając się na ogromnej wśród ludu popularności Dziadka Mroza i Śnieżki, sam zapragnął budować na jej fundamentach własną popularność, co się mu powiodło. Od roku 1935 już dobroczynny Dziadunio Mróz na powrót począł objeżdżać miasta, kołchozy i sowchry rosyjskiej, zlodowaciałej ziemi wolnej i szerokiej. Stalin polecił mu dokonywać objazdu w noc sylwestrową, z 31 grudnia na 1 stycznia bowiem wszelkie Boże Narodzenia mierziły go w obie szczęki niczym wygłodniałą kobyłę zmarzłe na polu karpiele. Postanowił przeto, iż mroźny dziadek ma pojawiać się ze swym worem wypełnionym podarkami w noc sylwestrową, a przy tym dzierżyć w wolnej ręce chorągieweczkę albo założyć koszulkę z napisem: C HOBЫM ЃOДOM (Z NOWYM ROKIEM).
Dom Dziadka Mroza w Wielkim Ustiugu stał się dla Rosjan, i nie tylko nich, osobliwym sanktuarium, tłumnie odwiedzanym każdego roku przez ponad sto tysięcy gości, co czyni ową mieścinę piątym na liście najpopularniejszych turystycznych celów całej Rosji. W prawosławne Boże Narodzenie 2008 roku raczył tam zawitać sam prezydent Władimir Putin. Podejrzewam, że jeśli kiedyś mroźnemu ustiugskiemu staruszkowi zostanie nadane jakieś osobiste imię, to będzie takim Władimir – wszak w historii Rosji był ci ich dostatek. Jak ulał imię owo pasuje i do Putina, i do Lenina a nawet, po drobnych kosmetycznych przeróbkach do Żeleńskiego. Wielkiej popularności Dziadka Mroza pozazdrościli Rosjanom ich nieco bledsi pobratymcy Białorusini i zainaugurowali w grudniu 2003 roku Dom Dziadka Mroza w Kamieniukach, wiosce położonej w obwodzie brzeskim, na skraju Puszczy Białowieskiej, nieopodal granicy z Polską. Osobliwością jest tam 120-letnia jodła, którą z okazji różnych ceremonii ukrasza się niczym choinkę.
*
I NA KONIEC HISZPANIA, GDZIEŚ TAM ZA GÓRAMI – W owym rozległym iberyjskim kraju z wielkimi oporami przyjmują się wszechobecne i wszechpotężne zwyczaje z krainy Wuja Sama choć tutejsze dziennikareczki upornie starają się upowszechniać Halloween i Black Friday, a też co rok kamery wytrwale pokazują startującego z Rovaniemi, saniami z reniferowym napędem Santa Clausa, jego powrotu kilka minut później do Santa Claus Village już nie filmując, bo też to nikomu nie jest potrzebne, jako że kapitalistom nie nabija kieszeni. Hiszpanie zdecydowanie obstają przy swej wielowiekowej tradycji: prezenty dzieciom rozdają w tym kraju Trzej Królowie, zwani Reyes Magos albo Reyes del Oriente (Królowie ze Wschodu). Ich spektakularne parady z karocami pełnymi prezentów dla dzieci organizuje każde hiszpańskie miasto i miasteczko, a jest ich w Hiszpanii 8.132 – w tych większych swoje parady organizują nawet poszczególne dzielnice. W paradach owych, zwanych cabalgadami uczestniczy zdecydowana większość 49-milionowej populacji iberyjskiego kraju, co stanowi ewenement w skali całego ziemskiego globu.
Wszystkie cabalgady Reyes Magos odbywają się późnym popołudniem i wieczorem 5 stycznia. Niektóre trwają kilka godzin. Za wytwornymi karocami Kacpra, Melchiora i Baltazara podążają wypełnione prezentami, odpowiednio przyozdobione ciężarówki, z których młodzi uczestnicy parady rzucają stojącym na ulicy kibicom cukierki, albowiem święto z założenia ma być słodkie. Tego wieczora na ulice hiszpańskich miast i pueblos wyrzuca się co najmniej dwadzieścia milionów karmelków! Zasypałyby pół Polski i całe Melbourne z przyległościami, nieprawdaż? Najbardziej okazała parada Trzech Króli w całej Hiszpanii ma miejsce w Barcelonie. Już około godziny szesnastej do Starego Portu, naprzeciw statuy Krzysztofa Kolumba wpływa wynajęty specjalnie na tę okoliczność z Muzeum Morskiego żaglowiec z Trzema Królami na pokładzie. Ci, po zejściu na ląd wygłaszają do zgromadzonych na nabrzeżu tysięcy dzieci krótkie, ale pouczające przemówienia – w aktualnej sytuacji najpewniej znowuż dominować w nich będą Palestyna i Ukraina, gdzie dorośli wywołali zbrojne konflikty, ale to naiwne dzieci agituje się żeby dopominały się o pokój. Po prostu skandal i hipokryzja, zawsze towarzyszące człowiekowi w jego niejasnych poczynaniach. Po uformowaniu się kolumny złożonej z jedenastu karoc oraz towarzyszących pojazdów pochód wyrusza z portu kierując się po ulicy Via Laietana do Placu Katalonii zaś dalej na Plac Hiszpanii ku Magicznej Fontannie, która owej magicznej nocy grać będzie popularne melodie dla dzieci. Dopiero po dziesiątej wieczorem pochód dotrze do Pałacu świętego Jerzego (olimpijskiego). Gdzie część dzieci otrzyma wyczekiwane od czterech tygodni prezenty. Innym Trzej Królowie będą wręczać podarki w ich odpowiednich dzielnicach. A potem dzieci bawić się będą do późnej nocy.
A dlaczego wspomniałem o czterech tygodniach wyczekiwania? Ponieważ tradycyjnym dniem, w którym dzieci piszą do Trzech Króli listy z prośbami o prezenty jest dzień Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, przypadający 8 grudnia; od owej daty do 5 stycznia upływa właśnie 28 dni, czyli cztery tygodnie. W Katalonii 8 grudnia zwyczajowo ustawia się w domach i na szkolnych podwórkach Tió de Nadal (Pieniek Bożego Narodzenia) – drewniany pień, wsparty przodem na dwóch nogach, jakby był aportującym psem. Z przodu maluje się mu oczy, nos i uśmiechnięte usta, przydaje „włosy” i zakłada na głowę czerwoną katalońską barretinę i tak przybrany kloc przykrywa derką, żeby zimnymi nocami biedak nie marzł. Wieczorami, kiedy dzieci położą się już do snu, dorośli wsuwają pod sięgający podłogi koc coś słodkiego: kilka cukierków, batonik a czasem czekoladę. Do Bożego Narodzenia uzbiera się tego niemało. Dopiero tego dnia, po sutym obiedzie wolno dzieciom dobrać się do słodkości. Owe gromadnie otaczają biednego Tió, skandując:
Caga Tió, caga Tió ametlles y torró. No caguis arengades que són massa salades. Caga torrons que són més bons! Caga Tió avellanes i torró. Si no vols cagar, et donaré un cop de basto! Z ostrożna, aby broń Panie Boże nikogo nie zgorszyć, przetłumaczyłbym to tak: Kakaj Tió, kakaj Tió migdały i turrón (nugat). Nie kakaj śledzi, bo są zbyt słone. Kakaj turróny bo one wyborne! Kakaj Tió orzeechy i turrón. A jak nie chcesz kakać, zaraz spiorę cię lagą! – dzieci okładają Tia kijami. Zaraz jednak przestaną, kiedy pod derką znajdą mnóstwo łakoci, ale ani jednego przesolonego śledzia. Poważniejsze prezenty przywiozą im Trzej Królowie ze Wschodu w noc z piątego na szóstego stycznia, w pompatycznej paradzie. Prawda, że obyczaj to osobliwy i jedyny w swoim rodzaju?
*
PREZENTY wszyscy lubimy otrzymywać, nieprawdaż? Owo nasze naturalne, ludzkie pragnienie chytrze wykorzystali chciwi „kupcy ziemi”, ażeby stworzyć wizje najróżniejszych postaci rzekomo dostarczających nam podarunki z okazji świąt Bożego Narodzenia. Nie mam zamiaru kogokolwiek pozbawiać iluzji; opisane w dzisiejszym artykule tradycje i zwyczaje odległe są od historycznej prawdy, ale skoro przynoszą komuś odrobinę szczęścia, niechajże tak będzie. Jedno jest jasne: na wszystkich opisanych w dzisiejszym, świątecznym artykule tradycjach najwięcej nie wygrywają nic nikomu niewinne dzieci, lecz zachłanni handlarze, którym jakakolwiek prawda jest obojętna. Z podobnymi dylematami żadnych kłopotów nie mają ani Żydzi, ani muzułmanie, ani tamci oddający cześć rozmaitym bogom Wschodu – wszyscy oni od Bożego Narodzenia trzymają się z daleka. Na czyje wyjdzie? – przyszłość pokaże. Tymczasem pora wieszać na choince piernikowego Mikołaja.
12 grudnia 2025
Jerzy Leszczyński
„Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.
Artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autora/autorów oraz właściciela portalu. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, a od 01 lipca 2024 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zadań w zakresie wsparcia Polonii i Polaków za granicą 2023 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji i o posiadaczach praw.


