Jerzy Leszczynski – Od Europodów dla Antypodów – 420 lat odkrycia Australii
Share
HMB – Endeavour – domena publiczna
CZTERY STULECIA EKSPLORACJI ANTYPODÓW
ZDOBYWCZYM KROKIEM wchodzimy oto w rok 2026. Celebrować się w nim będzie liczne rocznice, te bardzo ważne, ale również inne, o znaczeniu nieco mniejszym, rzekłbym, w skali świata lokalnym, zaściankowym. W dniu 4 lipca roku 1776, czyli dwa i pół stulecia temu przyjęta została Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej czemu zamierzam, o ile dożyję, poświęcić sążnisty artykuł. Rok 2026 postanowiłem wszak rozpocząć wspomnieniowym artykułem poświęconym najpewniej powszechnie zapomnianej i pomijanej w mediach 420 – tej rocznicy „odkrycia” Australii przez niejakiego Willema Janszoona pochodzącego z Rotterdamu. Co prawda rocznica owa przypadnie 18 listopada, niemniej ja postanowiłem skomponować mój artykuł wcześniej, zaraz na początku roku. Wszak to w Australii od ponad czterech lat publikuje się moje, niekiedy śmiałe artykuły przeto ziemi owej i jej mieszkańcom coś się od autora należy. A podobno trzydzieści sześć lat później, w roku 1642, przez innego Niderlandczyka, Abla Tasmana, „odkryta” została Nowa Zelandia. Od owych czasów, podług Enciclopædii Britannica rozpoczął się okres… „eksploracji” antypodowych terytoriów, który szczyt osiągnął za dni Jamesa Cooka.
Szczerze przyznam, że kiedy w poważnym brytyjskim dziele ‘wyeksplorowałem’ owo oryginalne słowo, śmiech mnie ogarnął pusty, a potem pot kroplisty wystąpił na moje oblicze. W te pędy sięgnąłem – zawsze mam go pod ręką – po Słownik języka polskiego Państwowego Wydawnictwa Naukowego, pod redakcją profesora Mieczysława Szymczaka dla sprawdzenia, czy też czasami w ostatnich latach mego żywota zanadto nie zawładnęła moją głową skleroza, a skoro tak, to jak dalece. Zgoła nie! Eksploracja (z łacińskiego exploratio) to „badanie, dociekanie, poszukiwanie, odkrywanie” – wszystko to w aspekcie naukowym, badawczym! Och, dziękiż ci, Panie Boże wszechmocny i wszechwiedzący! Dopiero teraz, dzięki Brytyjczykom pojąłem, iż nawet ludobójstwo można zaszufladkować do kategorii poznawczych, naukowych. W obecnych nam czasach zupełnie podobnie Rosjanie eksplorują Ukrainę, a Hebrajczycy Strefę Gazy i Liban. A że przy tym giną ludzie? To najmniej ważne. W laboratoriach też zdarzają się nieszczęścia. Warto zapoznać się z kulisami początków antypodowych eksploracji. W europodowych szkołach niczego się o nich nie mówi, a też przekonany jestem, że też na Antypodach niewiele przydaje się tej kwestii wagi, żeby nie rozdrażniać z pozoru spokojnej i stabilnej tam sytuacji. Niechajże zatem mój dzisiejszy artykuł przypomni czytelnikom Tygodnika Polskiego dzieje Australii i Nowej Zelandii – dzieje postrzegane z dystansu, ale też dzięki temu być może wcale niemniej obiektywne.
*
AUSTRALIA – Nie wiem, z którego palca szacowna Encyclopædia Britannica, a wraz z nią inne leksykony, wyssały wiadomość, że człowiecze osoby zamieszkiwały tereny dzisiejszej Australii pięćdziesiąt, a według niektórych nawet sześćdziesiąt pięć tysięcy lat temu. Istoty ludzkie ponoć miały się tam osiedlać po zakończeniu ostatniego zlodowacenia Ziemi a według innych uczonych miało ono miejsce lat temu dwadzieścia tysięcy. I komu tu wierzyć? Rzekomo naukowe eksploracje nawet w najmniejszej wierze nie dają podstaw do zaufania. Jakkolwiek się działo, ogromna wyspa powstała w wyniku odsunięcia się lodów daleko na południe, ku Antarktydzie, została w owych mrocznych czasach zaludniona normalnymi istotami ludzkimi, kroczącymi na dwóch nogach i myślącymi. Wielka szkoda, że z owych czasów nie zachowały się do dziś żadne kroniki, spisane choćby hieroglifami na glinianych tabliczkach. Do wyspy z całą pewnością docierali handlujący żeglarze z Azji, Japonii, a nawet z Półwyspu Arabskiego, choć nigdzie tego nie udokumentowano.
W owych zamierzchłych czasach w Europie zgoła nikt nie zdawał sobie sprawy z istnienia po przeciwnej stronie ziemskiego globu ogromnej wyspy. Nieubłagalny bieg historii sprawił, iż w roku 1505 do południowo-wschodniej Azji dotarli Niderlandczycy i zaraz rozpoczęli eksplorację w tamtych okolicach różnych wysp i wysepek, nazywając je Indiami Wschodnimi. Holendrzy skupili się na wyspach, w spokoju pozostawiając Półwysep Malajski, dla unikania starć z wojowniczymi Chińczykami oraz Anglikami, Francuzami, Portugalczykami i Arabami, dzielnie zapuszczającymi się w owe tereny. Wschodnimi wyprawami niderlandzkich okrętów zarządzała kompania Vereenigde Ostindische Compagnie (dosłownie Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska). Do Rotterdamu i Amsterdamu zwożono przede wszystkim herbatę, ale też złoto z Papui, a nawet sadzonki tulipanów, których w tamtych czasach Europie nie znano, a dziś są niemalże narodowym symbolem Holandii.
Jeszcze do końca XVI stulecia niderlandzcy konkwistadorzy zdołali opanować cały archipelag, od roku 1850 znany pod nazwą Indonezji, aż po zachodnią Papuę. Dalej na wschód, do Nowej Gwinei się nie zapuszczali, ponieważ o tamte tereny spierali się i walczyli Anglicy z Niemcami. (Przy tej okazji dodam, iż wschodnią część owej wyspy w roku 1545 nazwał Nową Gwineą hiszpański żeglarz Iñigo Ortiz de Retes, gdyż tamtejsi mieszkańcy przypominali mu owych z Gwinei w zachodniej Afryce.) Co zrozumiałe, nie obyło się bez ofiar owej zakrojonej na szeroką skalę niderlandzkiej eksploracji terenów Indii Wschodnich. Zgodnie z raportem Organizacji Narodów Zjednoczonych, opublikowanym 27 listopada 1957 roku, we wspomnianym okresie podboju wysp dzisiejszej Indonezji badawczy Holendrzy wymordowali blisko cztery miliony ich mieszkańców (!) Do tego doszło sto tysięcy ofiar indonezyjskiej Rewolucji Narodowej, wojny o niepodległość w latach 1945-49, do której holenderska królowa Wilhelmina zmobilizowała dwieście dwadzieścia tysięcy swoich soldaatów, a tych w wojnie z wyspiarskimi aborygenami dzielnie wspierał brytyjski monarcha Jerzy VI, a też swój kij w owo mrowisko wsunął japoński imperator Hirohito.
Przed dziesięciu laty, w roku 2016, najstarszy holenderski uniwersytet w Leiden przystąpił do gruntownych badań dokumentów, zachowanych w tamtejszej bibliotece, a dotyczących „eksploracji” niderlandzkiej na terenie Indii Wschodnich od wieku XVI, aż po czasy indonezyjskiej Rewolucji Narodowej. Uniwersytecki raport w odniesieniu do całego owego ponad czterowiekowego okresu wspomina o masakrach ludności. Również oskarżenia Organizacji Narodów Zjednoczonych się potwierdziły. Aktualny holenderski monarcha, Wilhelm Aleksander, w roku 2020 w te pędy uderzył w pokorę, wyrażając wobec Indonezji głębokie ubolewanie z powodu popełnianych w okresie ponad czterech stuleci przez jego ziomków zbrodni i prosząc o wybaczenie. Na owe poniewczesne wyrazy żalu rząd Indonezji nie zareagował, uznając je za gest czysto polityczny.
Zapytać ktoś może: I cóż to ma wspólnego z Australią? Ano, ma i to niemało. Ażeby to pojąć, należy ponownie cofnąć się do przeszłości. W roku 1602 wyspiarskie tereny południowo-wschodniej Azji oficjalnie proklamowane zostały niderlandzką kolonią Indii Wschodnich. Jej gubernatorem mianowany został liczący sobie zaledwie trzydzieści dwa lata Willem Janszoon, rodem z Rotterdamu, w tak młodym wieku już nobilitowany do stopnie admirała. Owemu ambitnemu młodzieńcowi wschodnioindyjska kompania powierzyła dwumasztowy żaglowiec Duyfken, ażeby pływał nim sobie pomiędzy wyspami i wytrwale je eksplorował. Wiosną – na Antypodach to okres od września do grudnia – gubernator Janszoon, przebywający na południu Papui, postanowił wyprawić się jeszcze dalej na południe. W dniu 18 listopada 1606 roku pomyślne wiatry dopchnęły jego Duyfkena ku spokojnej zatoce, u szerokiego ujścia jakiejś rzeki. Admirał nakazał rzucić kotwicę, bo miejsce owo urzekło go swą urodą. Tak oto doszło do odkrycia Australii, którego datę europejskie encyklopedie przyjmują na 18 listopada 1606 roku, z górą 420 lat temu. Admirał Janszoon wraz z załogą zeszli na ląd w dzisiejszym Mapoon, dzielnicy miasta Waipa, u ujścia do morza rzeki Embley River, na zachodzie półwyspu York, w stanie Queensland. W roku 2006, dla upamiętnienia owego wydarzenia wzniesiono w tym miejscu pomnik pamięci nazwany First Contact Memorial, który dziś można sobie podziwiać, a nawet fotografować. Po spuszczeniu się na ląd admirał Willem Janszoon spotkał się twarzą w twarz z jakimś niezidentyfikowanym miejscowym wysłannikiem plemienia Y-ngkun, zamieszkującego owe tereny. Nie rozmawiali z sobą bowiem żaden nie znał języka adwersarza, a poza tym nie było o czym. Po powrocie do Papui niderlandzki admirał natychmiast przygotował eksploracyjną ekspedycję na nowo odkrytą wyspę. Najpewniej polecił zabrać na nią, prócz armat dwie lupy, kilka tysięcy mieczów, cztery tysiące łuków, tyleż dzid i pięćdziesiąt tysięcy strzał. Aborygeni armat nie mieli.
Nawet sławny uniwersytet z Leiden nie zdołał ustalić, ile aborygeńskiej ludności wymordowali najeźdźcy z Niderlandów w Australii, ale mogły to być miliony. Ja też nie będę spekulował. Na Sądzie Ostatecznym wszystko wyjdzie na jaw. Król Wilhelm Aleksander też na razie nawet słowem na ten temat się nie zająknął, choć przecie mógłby przynajmniej rzec Australijczykom: Mijn excuses (Proszę o wybaczenie) – nieprawdaż? Nic takiego nie uczynił, ale historia lubi pamiętać. Niderlandczycy zdołali zawładnąć całym północnym i zachodnim, a nawet znaczną częścią południowego wybrzeża Terra Australis Incognita (Niezbadanej Ziemi Południa), masowo rabując wszelkie jej dobra. Nigdy wszak Zjednoczona Kompania Indii Wschodnich nie ogłosiła owych obszarów kolonią. Do wnętrza wyspy raczej się nie zapuszczali, zapewne w obawie przed srogimi warunkami klimatycznymi, a też tubylcami bezlitośnie zdzierającymi skalpy i ucinającymi głowy. Owa, z pozoru stabilna, sytuacja dotrwała na nowym kontynencie do osiemnastego stulecia.
W kwietniu 1770 roku wielki, trzymasztowy żaglowiec HMB Endeavour, zwodowany dwa lata wcześniej w angielskim Plymouth, dowodzony przez kapitana Jamesa Cooka, dotarł do Australii od wschodu, dokładnie do zatoki Botany Bay (aktualnie Sydney). Od owego roku to Brytyjczycy, według swojej Encyclopædii Britannica, rozpoczęli eksplorację Australii, wkrótce opanowując ją od wschodu aż po krańcowy zachód. Brytyjczycy zdecydowanie i szybciutko wyparli Holendrów z całej Australii, zaprowadzając tam własne, brytyjskie porządki. Zgodnie z ostrożnymi szacunkami Encyclopædii Britannica tylko w stuleciu 1790-1890 kosztowało to życie sto tysięcy Aborygenów, wszak większość niebrytyjskich historyków owe dane uważa za nieprawdziwe, nazbyt zaniżone. W tymże okresie – chłop żywemu nie przepuści! – przybysze z Albionu wytępili w Australii sporą część niedźwiadków koala, kangurów, emu, a nawet dziobaków, sprowadzając z Europy dzikie króliki, zaś z Afryki strusie, które do antypodowych warunków jakoś nie raczyły się przystosować. Odpowiedzialnością za owo zwierzobójstwo również obciążyć należy eksploratorów południowych ziem, a konkretnie Holendrów, i zaraz po nich Brytyjczyków. Wobec owych zbrodni tworzenie w ramach ONZ organizacji typu UNEP, rzekomo mających chronić środowisko naturalne klasyfikuję do kategorii hipokryzji i niechajże ktoś mi udowodni, że nie mam racji. Środowisko naturalne chroni się takim, jakim się je zastało, nie zaś od momentu, w którym się je zniszczyło. Do tego wszak świat polityki jeszcze nie dojrzał, ku ogromnej szkodzie nie tylko Australii.
Upłynęło osiemnaście lat. W dniu 26 stycznia roku 1788 do Port Jackson, północnej zatoki Sydney wpłynęła First Fleet (Pierwsza Flota) – jedenaście brytyjskich okrętów z celem zajęcia owych terenów – aktualnie tego dnia Australia obchodzi swoje święto narodowe. Wkrótce brytyjski monarcha Jerzy III wraz z Wilhelmem V Orańskim-Nassau, zacnym stanhouderem (namiestnikiem) Zjednoczonych Prowincji Niderlandów dokonali podziału ogromnej wyspy, już wówczas traktowanej jako kontynent niemal po połowie, wzdłuż południka 135º długości geograficznej wschodniej. Ową wschodnią połowę Wielka Brytania proklamowała swoją kolonią, nadając jej nazwę New South Wales, czyli Nowa Południowa Walia. Ziemie położone na zachód od południka 135, których wybrzeża opanowali Niderlandczycy, uznano za tereny niezbadane i nie zapuszczano się w ich głębie. W roku 1804 Matthew Flinders, brytyjski żeglarz i renomowany kartograf, po raz pierwszy nazwał owe ziemie Australią. Owo ogromne terytorium z upływem czasu poczęło się rozpadać. Jeszcze w roku 1829 odłączyła się odeń wyspa Van Diemens Land, dziś znana jako Tasmania, tworząc własną kolonię. W tym samym roku powstała Swan River Colony, aktualnie Zachodnia Australia, której pierwszym gubernatorem monarcha mianował Jamesa Stirlinga. Siedem lat później powstała kolonia South Australia (Australia Południowa). W latach 1859 i 1869 utworzone zostały kolonie Victoria i Queensland, obie nazwane na cześć królowej Wiktorii, zasiadającej na tronie Wielkiej Brytanii od roku 1837. Obszarem odrębnym, nie posiadającym statusu kolonii pozostało Northern Territory (Terytorium Północne).
Ostatnie lata XIX stulecia okazały się decydującymi dla zjednoczenia sześciu brytyjskich kolonii w Australii oraz Terytorium Północnego w jedno państwo o nazwie Commonwealth of Australia (Wspólnota Australii), zależne od korony brytyjskiej. Kluczową rolę w procesie zjednoczeniowym odegrali Sir Henry Parkes i Sir Edmund Barton. Dawne kolonie przekształcono w stany. Oficjalnie Wspólnota Australii pojawiła się na mapie świata 1 stycznia 1901 roku. Trzy tygodnie później na angielskiej wyspie Wight, w wieku 81 lat zmarła królowa Wiktoria. Siedzibą rządu Australii obrano na początek Melbourne, wszak już w roku 1908 władze młodego państwa postanowiły utworzyć Federal Capital Territory (Federalne Terytorium Stołeczne) i w nim zbudować nową stolicę Australii. Tereny owe w dawniejszych czasach zamieszkiwały aborygeńskie plemiona Ngunnawal i Walgalu, przez europejskich eksploratorów niemal całkowicie wytrzebione. Teraz utratę ziemi, a też plemiennej tożsamości, szlachetni Brytyjczycy postanowili zrekompensować im utworzeniem na ich terenach swojej stolicy. Canberra stolicą Australii formalnie stała się w lutym roku 1913 choć 226–osobowy parlament przeprowadził się tam dopiero 9 maja w roku 1927, kiedy ukończono tam budowanie jego nowej, okazałej siedziby.
Współczesną Australię tworzy sześć stanów (w nawiasach podaję ich stolice): Nowa Południowa Walia (Sydney), Południowa Australia (Adelaide), Queensland (Brisbane), Tasmania (Hobart), Victoria (Melbourne) oraz Zachodnia Australia (Perth). Do wymienionych doliczyć należy Terytorium Północne ze stolicą w Darwin i Terytorium Stołeczne z Canberrą, stolicą całej Wspólnoty Australii, tworzącej jeden z najważniejszych w świecie przyczółków Wspólnoty Brytyjskiej. Formalnie głową antypodowego państwa jest monarcha brytyjski, obecnie Karol III. To on, przepraszam On, jest oficjalnym władcą 27,4 milionów Australijczyków, pośród nich 984 tysięcy, co stanowi zaledwie 3,55 procent rodzimych Aborygenów. Głównym oficjalnym językiem jest tu angielski, nieco inny niż ten z Wielkiej Brytanii, oficjalny dla administracji i szkolnictwa oraz wszelkich innych dziedzin życia społecznego i gospodarczego. Zgodnie z informacją Australian Institute of Aboriginal and Torres Strait Islander Studies (Australijskiego Instytutu Studiów nad Aborygenami i Mieszkańcami Wysp Cieśniny Torresa) z roku 2019, na obszarze Australii do dziś Aborygeni mówią niemal stu pięćdziesięcioma językami – przed europejską „eksploracją” było ich ponad 250. Najwięcej takich języków przetrwało na Terytoriach Północnych oraz w Australii Zachodniej, gdzie w niektórych szkołach podstawowych i średnich istnieje możliwość kształcenia w którymś z owych języków, nawet do uzyskania matury. W wiosce Batchelor, położonej pośród bujnej zieleni, około stu kilometrów na południe od Darwin, stolicy Terytoriów Północnych powstał w roku 1974 The Batchelor Institute od Indigenous Tertiary Education, nadzorujący z ramienia rządu kwestie edukacyjne australijskich Aborygenów. W Australii nie ma żadnego uniwersytetu, gdzie nauczano by w którymś z owych języków, choć przecież programowo instytut z Batchelor wspierają uniwersytet z Melbourne oraz politechnika z Sydney. Ot, do jakiego skutku doprowadziła w Australii brytyjska eksploracja, usprawiedliwiana starożytną demokracją, która z prawdziwymi rządami prostego ludu nigdy nic nie miała wspólnego.
W roku 1926 brytyjski monarcha, Jerzy V, zlecił opracowanie prawnych podstaw dla stworzenia brytyjskiej wspólnoty narodów, niezależnej od Ligi Narodów, której Wielka Brytania była przecież członkiem-założycielem. Prace przeciągnęły się ponad pięć lat, ale ostatecznie, w piątek 11 grudnia 1931 roku brytyjski parlament przyjął Statut Westminsterski, przyznający sześciu koloniom równe prawa z Wielką Brytanią. Chodziło o ówczesną Kanadę, Afrykę Południową, Wolne Państwo Irlandzkie, Australię, Nową Funlandię i jeszcze Nową Zelandię. Trzy pierwsze z wymienionych natychmiast przystąpiły do wspólnoty, pozostałe na razie się z tym ociągały. Australia podpisała Statut Westminsterski jedenaście lat później, 9 października roku 1942, od owej daty stając się w pełni członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów, do której aktualnie przynależy, wraz ze Zjednoczonym Królestwem 56 państw. I cóż owa przynależność w praktyce dale Australijczykom i Brytyjczykom? Otóż w praktyce zgoła nic. Australijczyków traktuje się w Wielkiej Brytanii jako cudzoziemców, podobnie jak Brytyjczyków w Australii – odpowiednie paszporty nie dają we wspólnotowych krajach absolutnie żadnych przywilejów. Wspólnota w praktyce ogranicza się do posiadania wspólnego monarchy (król Karol III odwiedził Australię w roku 2024) oraz ponoszenia kosztów utrzymania okazałego pałacu Marlborough House w Londynie, siedziby Commonwealth of Nations wraz z zatrudnionymi tam urzędnikami, których liczby nigdy nie ujawniono – wiadomo jedynie, iż są ich tam setki. Ot, nowoczesne przejawy europejskiej, ba – światowej demokracji. Brytyjską Wspólnotę Narodów, całkiem podobnie do innych międzynarodowych organizacji utworzono nie dla dobra zwyczajnych obywateli, lecz ku pożytkowi polityków i armii biurokratów. Aktualnie prosty obywatel Barbadosu albo Trynidadu i Tobago zawsze będzie w United Kingdom traktowany jako kolorowy imigrant, nigdy jako obywatel brytyjski. Uzupełnię: sami tego chcieli.
*
NOWA ZELANDIA – Jeśli wierzyć encyklopedycznym plotkom, pierwszym Europejczykiem, który dotarł do brzegów Nowej Zelandii był, pochodzący z Lutjegast na północy Niderlandów, 39-letni wówczas Abel Tasman, komendant niderlandzkiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, a dokonać owego wyczynu miał w grudniu roku 1642. Zacny Abel ze swymi dwoma okrętami: Heemskerck i Zeehaen dotarł od strony Australii do północnych krańców dzisiejszej nowozelandzkiej Wyspy Południowej 13 grudnia, zdecydował się wszak odczekać kilka dni i dopiero 18 grudnia wpłynął do zatoki, dziś zwanej Golden Bay, gdzie nakazał rzucić kotwice i zstąpić na ląd. Tu przywitały Europejczyków tysiące zatrutych strzał i zdzierający z europejskich czaszek skalpy, a przy tym ludożerczy Maorysi. Abel Tasman czym prędzej wycofał swoje okręty, nazywając owo miejsce Zatoką Morderców, jakby to Niderlandczycy byli w tamtych terenach orędownikami pokoju. Tak oto wyglądało europejskie odkrycie Nowej Zelandii i późniejsza jej eksploracja. W początkach XVIII stulecia niderlandzcy kartografowie przemianowali owe ziemie na Nieuw-Zeeland, bo podobno tamtejsze krajobrazy przypominały im te z Zelandii, prowincji na południowym zachodzie dzisiejszej Holandii, choć ja, nieźle znający ów tulipanowy kraj, absolutnie się z owym poglądem nie zgadzam. Dopiero od owej pory mianowaną przez zacnego Abla Tasmana Staten Land (Ziemię Stanów) nazwano Nową Zelandią i tak uchowało się do dziś.
Oto europejska historia odkrycia Nowej Zelandii oraz początków jej eksploracji. Całkiem odmiennie przedstawiają owe dzieje Maorysi, rdzenni mieszkańcy owego kraju. Według nich wszystko zaczęło się o niejakiego Kupe, dzielnego i odważnego Polinezyjczyka z Hawaiki. Pewnego dnia Kupe puścił się swoją wielką i szybką łodzią w pościg za ogromną ośmiornicą. Do pościgu przyłączyć się miało sześć innych łodzi. Pogoń nie była łatwa, tak więc w końcu zmęczeni łowcy z niej zrezygnowali, zobaczywszy w oddali jakiś nieznany ląd, spowity białymi chmurami. Pierwszy dobił do niego Kupe bowiem jego łódź była najszybsza. Co się okazało, dopłynęli do rozległej wyspy, którą nazwali Aotearoa (Ziemia Białych Chmur). Wyeksplorawszy wyspę z grubsza przybysze postanowili podzielić ją na siedem części, albowiem załodze każdego okrętu coś się należało. Sam Kupe wszakże postanowił przenieść się na inną wyspę, którą dojrzał w niewielkiej odległości na północy i tam osiedlił się w miejscu, które nazwał Te Whanganui-a-Tara, co tłumaczy się Miejsce Wielkiej Zatoki (aktualnie Wellington, stolica Nowej Zelandii). Wkrótce sprowadził tu z Hawaiki swą żonę Kuramārōtini i wspólnie wiedli szczęśliwe życie rodzinne, co obrazuje pomnik obojga, znajdujący się na nabrzeżu stołecznego Wellington. Owa romantyczna aborygeńska historia nigdy nigdzie nie została spisana, choćby na skórze ośmiornicy, większość historyków zatem od razu na wstępie ją odrzuca, przyznając wszakże, iż Maorysi zamieszkiwali obie wyspy Nowej Zelandii co najmniej od XI wieku, co oznacza sześć stuleci przed dotarciem tam pierwszych Europejczyków z przesławnym niderlandzkim Ablem Tasmanem na czele.
Adwersarzy pogodził James Cook, kapitan Brytyjskiej Floty Królewskiej. Ten, wpłynąwszy 8 października 1769 roku, do zatoki dziś znanej jako Poverty Bay w Gisborne na Wyspie Północnej na pokładzie żaglowca HMB Endeavour – jego replikę można dziś podziwiać w porcie Cooktown w australijskim stanie Queensland – (innymi trzema okrętami, które mu towarzyszyły w dwóch późniejszych wyprawach były Adventure, Resolution i Discovery) od razu wziął się do dzieła. Od owego roku rozpoczęła się brytyjska eksploracja Nowej Zelandii, a też Australii, która kosztowała życie setki tysięcy tubylców, a być może daleko więcej. Nie wiadomo dokładnie, ilu Aborygenów Brytyjczycy w niej uśmiercili, Wszystkie brytyjskie źródła akurat w tej kwestii milczą jak zaklęte, wobec czego ja też nie będę eksplorował owego tematu, żeby czasem nie wyszło mi to na złe.
Pierwsza eksploracyjna wyprawa Jamesa Cooka rozpoczęła się w piątek 26 sierpnia 1768 roku, w angielskim Plymouth. Śmiały Jakub, wywodzący się z angielskiego Middlesbrough, wybrał drogę przez Atlantyk. W słusznym czasie pomyślne wiatry przywiodły jego Endeavoura ku brzegom Gujany, skąd nietrudno mu było dalej, trzymając się w przyzwoitym dystansie od Portugalczyków w Brazylii, a potem Hiszpanów w Argentynie dożeglować do Ziemi Ognistej. Tu bez zbytniego mozołu, opływając skalisty przylądek Horn, przeskoczył z Atlantyku na Pacyfik, po którym pacyficznie wstąpił na początek do Nowej Zelandii, bo tak mu było po drodze. Przez ponad pół roku przesławny kapitan opływał obie główne wyspy Nowej Zelandii, z północy na południe i z południa na północ, aż wreszcie zimą, dokładniej w czerwcu 1770 roku, zostawił je własnemu losowi, sam zaś popłynął na północny zachód i wkrótce dotarł do rozległej zatoki, przez tubylców nazywanej Gungardie. Ci dokonali dokładnych pomiarów jego Endeavoura, ażeby potomni mogli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX stulecia utworzyć jego replikę. Dziś każdy może ją sobie zobaczyć w porcie Cooktown (Queensland), a nawet na jej tle się sfotografować, co zwłaszcza uwielbiają turyści z Japonii. Teraz – zbliżała się wiosna – dziarski kapitan, opływając Australię od północy, żeby około Bożego Narodzenia zakotwiczyć u brzegów holenderskiej Christmas Island, po bardziej zrozumiałemu Wyspy Bożego Narodzenia, aktualnie w posiadaniu Australii. A stamtąd zaledwie jeden skok dzielił go od Kapsztadu w Afryce Południowej, a dwa dalsze od angielskiego Plymouth. Tu monarcha Jerzy III w pas się mu pokłonił i zaraz zlecił kolejne wyprawy eksploracyjne. W trzeciej z nich kapitan James Cook skutecznie wyeksplorował zachodnie wybrzeża dzisiejszej Kanady, nazywając je Kolumbią Brytyjską. Prócz wymienionych ziem niespokojny oficer Royal Navy zdołał na Oceanie Spokojnym dogłębnie zeksplorować Nową Gwineę oraz dziesiątki różnych wysp i archipelagów, nie pomijając Hawaiki, którego eksplorację w czasach daleko późniejszych kontynuować poczęli niemniej dziarscy Amerykanie. Co zrozumiałe, odkrywczy kapitan nie podarował Atlantykowi; w roku 1775, w czasie swej drugiej podróży naokoło świata zawitał na wyspę Świętej Heleny – tak dla sprawdzenia, jak cztery dziesiątki lat później będzie się tam żyło Napoleonowi Bonaparte po przesławnej bitwie pod Waterloo.
W roku 2018 rozpoczęło się na świecie celebrowanie 250-lecia rozpoczęcia pierwszej dokoła-ziemskiej wyprawy kapitana Jamesa Cooka. W związku z tym w licznych krajach, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Australii i Nowej Zelandii organizowano oficjalne, pompatyczne imprezy dla upamiętnienia dokonań brytyjskiego obieżyświata. W spotkaniu inauguracyjnym w uniwersytecie w Cambridge profesor Robert Tombs nazwał Cooka „kluczową postacią w historii światowych badań naukowych”. Dla zachowania równowagi historycznej ci, którzy kapitana Cooka raczej uznali promotorem masowych zabójstw amerykańskich Indian i australo-polinezyjskich Aborygenów nic nie mogli samemu oficerowi uczynić, przeto mścili się na Bogu kamiennego ducha winnych jego pomnikach. W dniu 1 lipca 2021 roku zrzucili z piedestału i potłukli na kawałki figurę kapitana w Victorii, stolicy kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska. Ale po cóż ja posyłam naszych szanownych Czytelników aż do Kanady? Przecież w samym Melbourne mają o wiele bliższy przykład: stojąca tam, w Edinbourgh Gardens urocza statua zacnego kapitana tak często była „wandalizowana”, że w końcu tutejsza rada miejska, w maju 2025 roku zadecydowała usunąć ją stamtąd i schronić w swoich piwnicach, ażeby nie koliła w oczy aborygeńskich spacerowiczów. Jak z tego widać, nawet kluczowym postaciom w historii światowych badań naukowych nie zawsze sprzyja gloria. Kapitan James Cook wsławił się szlachetnością, niestety podążający jego śladami krańcowym okrucieństwem, i właśnie to zapamiętali im nowozelandzcy i australijscy aborygeni.
Śladami Jamesa Cooka na Antypody wyruszyła 13 maja 1767 roku z Portsmouth przesławna First Fleet (Pierwsza Flota) złożona z jedenastu okrętów. Brytyjczycy po drodze zatrzymali się najpierw na Teneryfie, stamtąd udając się przez Atlantyk do Rio de Janeiro. Tu jednakowoż dowodzący flotą admirał Arthur Phillip zamiast, jak James Cook kontynuować podróż dalej przez Atlantyk i opłynąć przylądek Horn, wybrał drogę dłuższą, ale jego zdaniem bezpieczniejszą: przecinając Atlantyk popłynął do Kapsztadu, skąd przez Ocean Indyjski dotarł do północno-zachodnich brzegów Australii i po stosunkowo krótkim czasie, od północy do Botany Bay. Zadecydował wszak zakotwiczyć swoją flotą w Port Jackson, niedaleko na północ, tamtejsza zatoka bowiem wydała się mu obszerniejsza, a przez to bezpieczniejsza. Niedługo później admirał Arthur Philliph, już jako gubernator kolonii Nowa Południowa Walia, podporządkował sobie obie wyspy Nowej Zelandii wraz ze wszystkimi ich mniejszymi przyległościami. Dependencją Nowej Południowej Walii była Nowa Zelandia do roku 1840 r. W dniu 6 lutego 1840 roku w Waitangi, niewielkiej wioseczce na najdalszej północy Wyspy Północnej, kapitan William Hobson podpisał w imieniu rządu Wielkiej Brytanii z brytyjskimi mieszkańcami Nowej Zelandii, a też ponad pięciuset Maorysami traktat, na mocy którego Nowa Zelandia uniezależniła się od ówczesnej Australii, tworząc odrębną kolonię. Dzień ów obchodzony jest jako Waitangi Day, narodowe święto Nowej Zelandii. W roku 1907 Nowa Zelandia przestała być kolonią, stając się brytyjskim protektoratem, żeby po czterdziestu latach (1947) od Korony się uniezależnić, pozostając przecie w strukturach brytyjskiej Wspólnoty Narodów i za głowy swojego państwa uznając londyńskich monarchów. Ot, prawdziwa wolność!
Na tle tego wszystkiego kołacze do mózgu pytanie: jakżeż aktualnie żyje się aborygenom w Nowej Zelandii? Zgodnie z przeprowadzonym w roku 2023 spisem ludności żyje ich tam 904 100 choć oni sami naliczyli 1 036 000, a to stanowiłoby 19,41 procent ludności całej Nowej Zelandii – to doprawdy sporo. Na podobieństwo Australii nie istnieje w tym kraju choćby jeden uniwersytet, w którym można byłoby studiować i dyplomować się w języku te-reo-Maori, zasadniczym, jakim władają nowozelandzcy Maorysi. W szkołach maoryskich co najwyżej można uzyskać maturę. Edukację w owym języku wspierają rządowe programy: Ka Hikitia i Ka Hapaitia, badania naukowe zaś, innymi słowy eksploracje, program Te Kotafitanga. Nowozelandzkich aborygenów w ostatnich latach świat najlepiej poznał dzięki związkowi rugby Maori All Blacks, odnoszącemu ogromne sukcesy na arenie międzynarodowej w tej dyscyplinie sportowej. Na razie nikt z Maorysów nie otrzymał jeszcze Nagrody Nobla, za to Maori All Blacks w roku 2017 uhonorowani zostali prestiżową hiszpańską Nagrodą Księżniczki Asturii, nie tylko za wybitne osiągnięcia sportowe, ale również za walory integracyjne pomiędzy różnymi rasami i kulturami.

All Blacks odbierający Nagrodę Księżnej Asturii w 2917 roku w Oviedi
*
PO RAZ PIERWSZY w mej reporterskiej karierze odważyłem się na napisanie artykułu o ziemiach zupełnie mi nieznanych, ale też skłoniła mnie ku temu półokrągła, 420. rocznica „odkrycia” Australii, a nieco później Nowej Zelandii. Skorzystałem przy tym ze źródeł wiarogodnych choć nie zawsze precyzyjnych. Z własnego doświadczenia tym razem nie, albowiem ani w Australii, ani w Nowej Zelandii nigdy w mym życiu nie byłem, choć też nie tracę nadziei, że kiedyś zawitam na Antypody. Ułożyłem mój dzisiejszy artykuł w sposób prosty – tak, ażeby mógł go zrozumieć każdy z naszych szacownych Czytelników. Oddzielnie dla Australii, oddzielnie dla Nowej Zelandii, ale tam, gdzie trzeba było, zbliżyłem historyczne informacje ku sobie, bo przecież są one wzajemnie sobie bliskie, jak bliskie są sobie opisane dziś wyspy. Nie chciałem nadawać owemu artykułowi stylu encyklopedycznego, a już zwłaszcza „wikipedycznego” – wybrałem raczej styl narracyjny, ponieważ taki łatwiej trafia do umysłu i serca odbiorcy. Ufam, że udało się mi osiągnąć ów zamysł. A w związku z kanciastą rocznicą „odkrycia” Australii w roku 1606 wszystkich jak najserdeczniej pozdrawiam. Oby rocznice łagodnie się nam zaokrąglały!
W moich Europodach niezmiernie rzadko pisze się coś wiarogodnego o Antypodach, a jeśli już, to są to raczej sensacyjki, z rzadka zaś informacje obiektywne, opowiadające o życiowych realiach tamtejszych mieszkańców, pośród nich imigrantów, niemal ze wszystkich krajów świata, na razie prócz Watykanu, ale jeszcze wszystko przed nami. Oba opisane w dzisiejszym artykule antypodowe kraje z otwartymi ramionami przyjmują obcych przybyszów, nie wypytując ich o pochodzenie społeczne, religię ani przynależność partyjną. Przybywszy do Australii albo Nowej Zelandii, ci dostosować się muszą do tamtejszych norm, a jeśli nie, niechajże wracają do swoich Chin, Bangladeszów albo Nepalów – że nie wspomnę o Europodach. Znane polskie przysłowie powiada: Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one – nieprawdaż? Na Antypodach wszystko zmienia się na opak europodowym przyzwyczajeniom. Niedawno celebrowane Boże Narodzenie obchodzi się tam nie w zasypanych śniegiem, wystudzonych jasełkach, lecz w na cieplutkich plażach, co twardo zatwardziałemu w swych przekonaniach Europodyjczykowi nijak nie mieści się w jego kwadratowej głowie. A Trzej Królowie do Botany Bay ani do Melbourne nie przybywają ze Wschodu natomiast z Zachodu. Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce antypodowa Biblia zacznie się Apokalipsą wraz z Armagedonem, a dopiero na koniec dotrze do Księgi Rodzaju, ażeby własne dzieje poznać od końca do początku. Wygląda na to, że poniekąd wyszło to im na pożytek.
Zgodnie z danymi australijskiego narodowego spisu ludności z roku 2024 w Australii mieszkały 45 884 osoby pochodzące z Polski, chociaż do polskich przodków przyznaje się tam czterokrotnie więcej. W Nowej Zelandii – dane z roku 2023 – rezydowało 3.360 Polonusów. W zawiłej historii Antypodów jako Polacy mamy wszak swój ogromny wkład. Pod koniec lata, 12 marca 1840 pochodzący z podpoznańskiej Głuszyny (dziś dzielnica Poznania) Paweł Edmund Strzelecki, polski podróżnik, geolog i geograf, eksplorujący Australię, Nową Zelandię oraz Tasmanię w latach 1839 – 1843 na własnych nogach wkroczył był na najwyższe wzniesienie w górach nazwanych przez Brytyjczyków Great Dividing Range, czyli Wielkimi Górami Wododziałowymi. Chodziło o szczyt o wysokości 7 310 stóp, co odpowiadało 2 228 metrom. Owo wyniesienie okazało się najwyższym w całej Australii. Paweł Edmund Strzelecki raczył górę nazwać Mount Kościuszko, co daje się widzieć na każdej mapie, nawet w aplikacji Google Map. Eksploracja Strzeleckiego była bodaj jedyną w całej historii Antypodów, jaka nie przyniosła ani jednej ofiary śmiertelnej ani choćby jednej zwichniętej nogi. Wyczynowi poznaniaka nie jest w stanie zaprzeczyć nawet szacowna Encyclopædia Britannica, bo jego eksploracja rzetelnie została udokumentowana. Jak z tego wynika, eksploruje się własną głową i kończynami, nie zaś armatami czy też innym orężem. A ja ku czci wielkiego Polaka proponuję gromko zakrzyknąć właśnie po australijsku:
Odi, odi, odi!!!
1 stycznia 2026
Jerzy Leszczyński
„Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.
Artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autora/autorów oraz właściciela portalu. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, a od 01 lipca 2024 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zadań w zakresie wsparcia Polonii i Polaków za granicą 2023 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji i o posiadaczach praw.


