„Casablanca”, czyli „sztuczny Francuz czeka na prawdziwych frajerów”
Share
Scena z filmu „Casablanca”, reż. Michael Curtiz. Wikipedia
Andrzej Zbiegniewski
Oto paradoks: wytwór kulawej, wojennej propagandy pt. „Casablanca” cieszy się wśród miłośników romantycznych „plakadeł” niesłabnąca popularnością. Bajeczka, okraszona na zachętę nazwiskami Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman, popularność zdobywała w bólach. Prawie wyłącznie na mocy rozdzielnika Departamentu Stanu. Wczesną wiosną 1942 roku jego notable nie narzekali bowiem na nadmiar dobrych wiadomości. Zastępowano je tymczasem – wzorem Brytyjczyków – wierutnymi kłamstwami: o bohaterstwie wojsk MacArthura na Filipinach, naszych latających Tygrysach zwyciężających pod niebem Chin, legenda o Collinie Kelly, heroicznej obronie wyspy Wake i temu podobnymi fantasmagoriami. Ich autorzy, tworzący ku pokrzepieniu serca „Naiwnego Kaleki” (Roosevelta), zdawali sobie sprawę, że na autentyczne pomyślne wieści nie było co liczyć. Opłakanemu położeniu zaradzić mogła tylko samosprawdzająca się przepowiednia, oparta w tym wypadku na trzech elementach: 1/przypadających w listopadzie wyborach „midterm” (pol. śródokresowych) do Kongresu, 2/uprzedzającemu je, zbrojnemu wystąpieniu US Army przeciw jakiemuś „bezpiecznemu nieprzyjacielowi”* i 3/legitymizującemu to posunięcie filmowi, którego „niekoniecznie prawdziwa wymowa uwolni społeczeństwo od poczucia winy”. Już pobieżne zastanowienie nad punktem drugim nieuchronnie wskazywało na Francuzów jako na jedynego możliwego „wroga”. Świadomie używam tej nazwy, zamiast obrosłego czarną legendą „Vichy”, gdyż to nie z nią, a właśnie z Francją marszałka Petaina, Stany Zjednoczone – podobnie jak większość państw – utrzymywały wówczas stosunki dyplomatyczne.
Studia nad koncepcją inwazji Francuskiej Afryki Północno-Wschodniej opatrzone kryptonimem Torch zainicjowano jednocześnie z pracą nad scenariuszem filmu, egzotycznie zatytułowanego przez kurpiowskich braci Wonskolaserów (w Hollywood – Warner Brothers) „Casablanca”. Plan był prosty i nie wymagający nawet precyzyjnego zgrania: wysadzimy wojsko na afrykańskich plażach, poruszymy groźnie palcem w bucie, przerażeni gospodarze wywieszą białe flagi, odtrąbimy zwycięstwo, a to z kolei zagwarantuje nam pomyślny wynik wyborów. Przy okazji profetyczny film dopomoże na rynku wewnętrznym w zdobyciu poklasku dla „przyjęcia vichystów na jasną stronę mocy”. Jeśli przedtem nawet stawia nam opór, fakt ten uzna się za niebyły. Jak uradzili, tak też i postąpili…? No, niezupełnie.
Nawet tak bezpieczni przeciwnicy jak kolonialne żabojady, będąc wszak zwolennikami Petaina, a nie jak w scenariuszu „Casablanki” – de Gaulle’a, wystąpili zbrojnie przeciw agresji Amerykanów **, przysparzając im niemałych strat w ludziach i sprzęcie, a dopiero potem (chyba nie całkiem za darmo) zgłaszając chęć przejścia na stronę Sprzymierzonych. W ten oto ww. trzypunktowy plan od biedy udało się zrealizować jeszcze przed końcem listopada. Jego najsłabszym punktem w postaci filmu, początkowo nie przejmowano się wcale. „Casablanca” spełniła swoje zadanie zasłony dymnej. Kasowa nie była, a współczesne recenzje miała mizerne. Nawet kreacje jedynego gwiazdora, Humphreya Bogarta, skwitowano w prasie jako „znacznie poniżej poziomu poprzedniej roli w szpiegowskim Across the Pacific”. Późniejszy, niewytłumaczalny wzrost popularności filmu, nie jest przedmiotem tego opracowania, ale coś może mieć tu do rzeczy postać Wiktora Laszlo, „więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego i bohatera czechosłowackiego ruchu oporu” ***, a zarazem jej wygodna paralela z medialnym wyciszaniem roli Polski w wojnie.
Dalej pozwólcie, że odszedłszy od scenariuszowych bzdur, skoncentruję się na najciekawszym elemencie układanki, tzn. na samej Operacji Torch. Jak już wspomniałem na wypadek zbrojnej konfrontacji, amerykańscy decydenci, całkiem zresztą słusznie, spodziewali się tęgiego lania z rąk przeciwników. Nawet gromadząc siły inwazyjne do kameralnej wojenki z Francuzami, Roosevelt i nominowany przez niego dowódca, Eisenhower, uznali za stosowne zapewnienie sobie współpracy „doświadczonych” Brytyjczyków. Ach, jakże się mylili. Zaledwie kilka miesięcy później gen. Patton skrytykuje te kalkulacje słowami: „My dostajemy teraz łupnia, bo dopiero się uczymy, a oni – bo nadal nie oduczyli się złych nawyków, z winy których jak dotąd zawsze przegrywają”. Była w tych słowach szlachetna rezygnacja wynikającą z prostej prawdy: aż do tunezyjskiego zwycięstwa w maju 1943 roku, Brytyjczycy samodzielnie nie wygrali w tej wojnie żadnej bitwy. Nie mówiąc już o kampanii. Potem, jak wiemy, wcale nie było lepiej. No, ale przecież „Perfidny Albion” uwikłał Amerykę w wojnę w tym jednym jedynym celu – by walczyła za niego nie tylko sprzętem, lecz i ludźmi. „A bez metafor” – jak mawiał Duńczyk (Witold Pyrkosz) w filmie „Vabank” … Kluczowy element alianckiego planu zaczęto realizować przed świtem 6 listopada 1942 r.
Wschodnie Zgrupowanie Inwazyjne mijając Gibraltar utrzymało przez jakiś czas kurs wschodni, by dzień później skręcić ku algierskiemu wybrzeżu. Mimo zagrożenia ze strony wrogiego lotnictwa, obyło się bez strat. Tymczasem w Algierze, przekupiony walizką dolarów i obietnicą awansu, generał Mast ogłosił antyvichistowski rokosz. Chaotyczna strzelanina zakończyłaby się zapewne sukcesem i przyłączeniem do buntu admirała Darlana, zwierzchnika kolonialnych sil zbrojnych. Niestety, jego formalna – jak się zdawało – prośba o aprobatę marszałka Petaina spotkała się z odmową. Głowa państwa francuskiego rozkazała bronić kolonii, zrywając zarazem stosunki dyplomatyczne z USA. Na podmiejskich plażach, mimo francuskiego ostrzału, trwał w tym czasie powolny wyładunek anglo-amerykańskich wojsk. Wobec zdecydowanej postawy Francuzów, harmonogram inwazji na razie uznano za niemożliwy do realizacji. Nie opanowano żadnych zaplanowanych celów. Wymieniane w ich liczbie przez brytyjskich historyków, zdobyte przypadkowo lotnisko Blida, wcale do nich nie należało.
Bojowa postawa całych francuskich sil zbrojnych oraz policji, ujawniła się i w samym Algierze. Na takie dictum proalianccy buntownicy, nie przygotowani na porażkę swoich moco- i dolarodawców, szybko wycofali się z całej imprezy. Dowodzenie dywizja „Algier” przejął od aresztowanego Masta, general Roubertie. Pod jego rozkazami skutecznie skonsolidowano obronę, wykonano udane kontrataki, a przede wszystkim udaremniono aliancką próbę zdobycia portu. Warto w tym momencie wspomnieć, iż czynnikiem decydującym o tak bojowej postawie obrońców było stwierdzenie udziału w inwazji Brytyjczyków. Powszechnie znienawidzonych nie tylko przez mieszkańców Metropolii, ale właśnie szczególnie tutaj od czasu masakry Mers-el-Kebir w 1940 roku. Tak oto nieuleczalna chęć Churchilla, by markować zbrojne wsparcie u boku Amerykanów sprawiła, iż przedwyborcza afrykańska awantura Roosevelta zamiast szybko przysporzyć mu francuskich sojuszników, kosztowała licznych zabitych i rannych w całkowicie zbędnych, bo spowodowanych angielska obecnością, przewlekłych zmaganiach.
Próbujący szarżować wejście do portu, brytyjski niszczyciel HMS „Malcolm” padł ofiarą francuskiej artylerii okrętowej. Jego załoga mogła mówić o dużym szczęściu, wycofując pokiereszowany okręt wraz z przetrzebionym na pokładzie batalionem desantowym 135. pułku piechoty. Niewiele lepiej powiodło się drugiemu napastnikowi. HMS „Broke” wysadził co prawda swój kontyngent, ale wprost pod lufy kontratakujących Senegalczyków. Trzystu zaskoczonych „gumożujów”, porzuciwszy myśl o oporze, zamiast na „victory parade, loose women & donuts”, trafiło do niewoli. Niestety przewaga liczebna i materiałowa napastników przesadziły o wygaśnięciu walk po dwóch dniach. W godzinach nocnych 9 listopada amerykański generał Ryder rozpoczął z adm. Darlanem negocjacje rozejmowe zakończone dnia następnego „pełnoprawnym dołączeniem Francuzów do Sprzymierzonych”. „Pełnoprawność” najnowszego sojuszu była oczywiście mocno naciągana, a główny stołek francuskiej władzy, każdy aliant chciał ciągnąć w swoja stronę. Darlan jako charyzmatyczny przywódca był władcom świata niewygodny. Lansowany przez Roosevelta, antyangielski generał Giraud stanowił natomiast kandydaturę nie do przyjęcia dla Brytyjczyków. Na domiar złego od dawna inwestujących w fircykowatego de Gaulle’a, którego nawiasem mówiąc, kilkakrotnie (jak Sikorskiego) próbowali już zlikwidować. Pełnomocnicy stron musieli tymczasem przenieść swoje intrygi do algierskich schronów. Wraz z zapanowaniem nad miastem, jego nowi właściciele znaleźli się na rozkładzie regularnych, niemieckich i włoskich nalotów.
Centralne Zgrupowanie Desantowe uzależniło swój sukces od zajęcia portu w Oranie. I tu przyjęta, niefortunna taktyka polegała na zaokrętowaniu batalionów piechoty pancernej na dwa brytyjskie okręty. Czuwający na stanowiskach obrońcy nie wierzyli własnym oczom na widok „wchodzących do portu jak po swoje”, wrogich jednostek. Posłanie na dno zarówno HMS „Hartland” i HMS „Walney” nie sprawiło im większych trudności. Bardzo niewielka, ocalała część ich załóg i desantu, dostała się do francuskiej niewoli. Wśród jeńców dominowali ranni. Ogólne straty w samych tylko zabitych przekroczyły 300. Kronika amerykańskiej formacji, kończy wzmiankę z akcji następująco: „battalion practically ceased to exist”. Na domiar złego w odróżnieniu od Algieru, obrońcy Oranu mieli wystarczająco dużo czasu by zniszczyć portową infrastrukturę, tym samym eliminując ją z listy tak potrzebnych aliantom instalacji. Do kompletu niepowodzeń należy dołączyć próbę wysadzenia desantu spadochronowego nad orańskimi lotniskami. Startując z najdalej wysuniętych na południowo-wschodni angielskich baz, czterdziestosamolotowa formacja dotarła do celu naruszając niemal na całej trasie przelotu przestrzeń powietrzną neutralnej Hiszpanii. Jakby tego było mało, załogi, nie odnalazłszy zrzutowisk, desantowały powierzonych sobie spadochroniarzy nad obszarem ni mniej, ni więcej, tylko Hiszpańskiego Maroko. Przy czym trzy Dakoty nawet tam przyziemiły, dostarczając w ten sposób aż 67 Jankesów z ciepłych, angielskich pieleszy wprost do zapluskwionego, zawszonego obozu internowanych na pustyni. W składzie konwoju transportującego amerykańskie siły inwazyjne niepoślednią rola odegrał, wiozący elementy 1. Dywizji Pancernej US Army, polski motorowiec M/S „Batory”. Tylko determinacji jego kapitana i załogi, zawdzięczali amerykańscy pasażerowie (i ich 20 czołgów) pomyślne dostarczenie do celu na zachód od Oranu. Wynik bojów o opanowanie go wraz z okolica był oczywiście – jak w bitwie o Algier – przesądzony.
Zanim do niego przejdziemy, pora na choćby skrótowe omówienie najważniejszego odcinka, czyli inwazji Casablanki przez Zgrupowanie Zachodnie. Lądujące na zachód od celu elementy amerykańskiej 3. Dywizji Piechoty zeszły na lad w kompletnym zamieszaniu. Wiele barek desantowych utracono z powodu źle obliczonego przypływu i na wzburzonych falach przyboju. Do biegających we wszystkich kierunkach intruzów, Francuzi otworzyli celny ogień. Próba jego wyeliminowania ostrzałem alianckich krążowników i niszczycieli powiodła się nie od razu. Także ze względu na energiczne przeciwdziałanie francuskich okrętów z pancernikiem Jean Bart oraz bateriami nadbrzeżnymi na czele. Przy tej okazji doszło do największej w tej wojnie, bitwy amerykańskiej Floty Atlantyckiej. Nie miejsce tu na jej relacjonowanie, ale przy wielokrotnej przewadze napastników, wynik był do przewidzenia od początku. Tak jak w przypadku zdobycia przez amerykańską 2. Dywizje Pancerna portu Safi położonego 190 km na południe do Casablanki. Zdeterminowana postawa garstki francuskich obrońców sprawiła, że i o ten port z okolica wypadło amerykańskiej armii i lotnictwu walczyć ponad dwie doby. Dokładnie tyle samo czasu potrzebowała 9. Dywizja Piechoty dla zdobycia Port Lyautey, a wkrótce potem samej Casablanki. Walki wygasły na dobre we wczesnych godzinach 13 listopada.
Praktyczna realizacja celów operacji Torch, skonfrontowana z założeniami wypadła niezbyt imponująco. Przede wszystkim nazbyt krwawo. Od „zdemoralizowanych vichystów” oczekiwano szybkiej kapitulacji, a strat własnych w ogóle nie brano pod uwagę. Wielodniowy opor obrońców wiernych rządowi Francji i marszałkowi Petainowi, zamiast jakimś bliżej niezidentyfikowanym Wolnym Francuzom, kompletnie nie pasował do narracji szykowanej właśnie na premierę „Casablanki”. Jedyna nadzieje hollywoodzcy propagandyści pokładali w głupocie kinomanów, którzy „z pewnością i tak nie zorientują się, o co chodzi”. Należy podkreślić z naciskiem, że się nie zawiedli.
Za to, że stan faktyczny nie pasował do obrazka, Roosevelt i Churchill obciążyli… Darlana. Pechowy admirał, przypadkiem obecny podczas Torcha w Algierze (odwiedzał w szpitalu chorego syna) podobno „mógł energiczniej przyspieszyć zawieszenie broni”. Za to, że krnąbrny Francuz napaskudził Aliantom w aureole, mogła być tylko jedna kara. Wymierzył ją, oczywiście, jakżeby inaczej, „samotny monarchistyczny zamachowiec”, który w dzień po zastrzeleniu Darlana sam padł ofiarą mordu sądowego. Przedtem podobno zdążono go jeszcze nawet skazać na śmierć. Czy w istocie znaleziono na to czas? Może w procesie już nie kiblowym, lecz katafalkowym. Po tak gładkim pozbyciu się konkurencji do godności ober-Francuza, pozostało Rooseveltowi tylko obsadzenie w niej swojego człowieka, generała armii Henri Giraud (zamiast de Gaulle’a, kandydata Churchilla) i zaznaczenie w ten sposób kto tu naprawdę rządzi.
Kłamliwy w każdym calu film „Casablanca” trafił do kin na fali pewności, że operacja Torch przebiegła, tak jak zakładano. Tak przecież, wbrew oczywistym faktom, twierdziły sprzymierzone media. W rzeczywistości na obszarze Francuskiej Afryki Północnej, podobnie jak w Metropolii, na Madagaskarze, w Syrii, Indochinach i zdecydowanej większości francuskiego kolonialnego imperium, o nastrojach proalianckich nie było mowy. Wręcz przeciwnie, a zwłaszcza w Casablance, gdzie wówczas marsylianki nikt nie śpiewał. Trwało natomiast polowanie na angielskich szpiegów. Powodów po temu było wiele: brytyjska zdrada podczas Bitwy o Francję i napaść na Syrię, masakra w Mers-el-Kebir, naloty RAF na francuskie miasta…
Znacznie lepszym kandydatem na casablankowego bohatera ruchu oporu byłby w miejsce Czecha (o węgierskim nazwisku, Wiktor Laszlo) jakiś Polak. Bo tylko on mógłby legitymować się zawartym w scenariuszu życiorysem. A tak, my kinomani zostaliśmy obarczeni operetkowym sztywniakiem. Kompletnie niewiarygodnym „uciekinierem z obozu koncentracyjnego dla Czechów w roku 1941 (hi, hi, hi!!!). Fundamentalne przekłamania od pierwszej do ostatniej minuty filmu można by mnożyć. Na szczęście nie one złożyły się na mocno spóźnioną popularność obrazu jako sentymentalnej pożywki dla starych panien z dobrych domów. W roku premierowym – 1942, nie było na to żadnej nadziei, tym niemniej jako „prawda ekranu, która mówi” (cyt. z reżysera Zagajnego w „Misiu”) film, „żywy czy martwy” musiał zostać nagrodzony. W tym celu, licząc na spóźniony wzrost oglądalności lub na zapomnienie, odczekano aż dwa lata. Nominowane w roku 1944 ośmiokrotnie do Oscara, dzieło otrzymało ich tylko 3 (słownie: trzy). Wśród nich nie znalazł się nawet, oczekiwany Oscar dla Humphreya Bogarta w kategorii „rola pierwszoplanowa”. Za błogosławiony znak czasów, można natomiast uznać przegrana „Casablanki”, podczas 16. Acadamy Awards 2 marca1944 roku, z autentycznie popularna „Pieśnią Bernadetty” (1943; film fabularny o objawieniach w Lourdes), za role tytułową w której uhonorowano Oscarem rewelacyjna Jennifer Jones. „Casablanca” przyniosła pewien zysk, ale sukcesem kasowym nie była. Realizowana ja „z listy A” (A-Listed Movie), co zapewniło jej najlepsza obsadę i obsługę (top cast & crew). Pomimo to prognozy były stonowane. Sukcesu, słusznie, nie oczekiwano. Ten zaś, który z całkiem innych powodów przyszedł po latach na rynku polskim zawdzięczamy – nie bójmy się tego słowa – w dużej mierze serialowi „Magda M”. Kto oglądał, będzie wiedział, o czym mówię. Na innych rynkach najprawdopodobniej sprawa ma się identycznie. Trudno o bardziej krytyczne epitafium.
Andrzej Zbiegniewski
* Jako zbyt niebezpiecznych, absolutnie nie brano pod uwagę Niemców ani… Włochów.
** W Operacji „Torch” brali tez udział Brytyjczycy, których przed uzasadnioną nienawiścią Francuzów, Eisenhower starał się chronić pod maską amerykańskiej barwy i broni.
*** Pojęcie humorystyczne jak na rok 1940 samo w sobie, wziąwszy pod uwagę, że Słowacja była w czasie II wojny światowej niepodległym sojusznikiem Hitlera, Czesi w kacetach nie siedzieli, a ich Vladni Vojsko spod znaku swastyki, omal nie walczyło z Polakami pod Monte Cassino.



