Beata Joanna Przedpełska – Echa Warszawskich Salonów
Share
Ilustracja do felietonu „Na drogach Mazowsza”
NA DROGACH MAZOWSZA
Tkaniną można malować jak farbami – przekonuje o tym wystawa „Mazowieckie ścieżki”, prezentująca prace Sekcji Tkaniny Okręgu Warszawskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Tworzenie tkanin nie jest sztuką łatwą: wymaga znajomości rozmaitych technik, a przede wszystkim ogromnej cierpliwości. A jednak cieszy się dużym zainteresowaniem: niemal 50 twórców bierze udział w ekspozycji w Domu Artysty Plastyka, pokazując dzieła zainspirowane pięknem mazowieckiego krajobrazu. Jak pisze kuratorka wystawy Bożena Kuzio-Bilska, mała tkanina unikatowa (w formacie do 50 x 50 cm) pozwala eksperymentować z technikami, materiałami i fakturą. Może być tradycyjnym gobelinem albo makatką, formą przestrzenną, kolażem tekstylnym. Temat mazowieckich ścieżek zachęcał do ukazania piękna pejzażu i uroków przyrody, do refleksji i wyrażenia emocji. Wystawa zaskakuje oryginalnym podjęciem tematu, przełożonego na język tkaniny, różnorodnością zastosowanych technik, wielością koloru i form: od stonowanych barw do feerii kolorów, od monochromatycznej do niemal rzeźbiarskiej faktury. Zwiedzanie wystawy rozpoczęłam od gobelinu Joanny Pasynkiewicz, której „Polski krajobraz” skojarzył mi się z dojrzałymi makówkami i ostami, z bukietem wyschniętych traw. Po sąsiedzku – dyptyk Marii Jełowickiej „Mazowieckie piaski”, wykonany techniką własną: to tajemnica warsztatu. Zastanawia uzyskana głębia, subtelne odcienie beżu i supełkowe elementy, oddające specyfikę piasku. Tomasz Sadley zaaranżował na drewnianej desce „Krucjatę mazowiecką”. Symbol krzyża wyznaczają gwoździe i drut miedziany. Bogna Fogler ukazuje sugestywne „Ściernisko” – już po żniwach. Beata Jarmołowska przygotowała „Widok z pola”, połyskujący w blasku słońca. Ewa Misiak wykonała „Topografię wspomnień”, nazywając swoją nowatorską technikę „fetrografią”, pozwalającą wydobyć unikalne barwy jak farba wsiąknięta w bibułę. Anna Zuzanna Lasik filcuje, haftuje i szyje, odtwarzając meandry rzeki Liwiec. Minimalistyczny pejzaż Joanny Otto – „Spacer” zaciekawia szarością wieczoru i czarnymi sylwetkami drzew. Spokojem emanuje „Arkadia” Tomasza Kowalewskiego, a Natalia Grądzka przyciąga uwagę imponującym, biżuteryjnym obiektem. „Iluminacja” dowodzi, że w przyrodzie też ważna jest barwa i połysk. Barbara Bielecka-Woźniczko przypomina o zimie pracą „Zasypany śniegiem ślad”. Oryginalny, widowiskowy „Nocny kryształ Warszawy” Jolandy Jeklin oddaje pełną blasku atmosferę miasta. Jolanta Wdowczyk utrwaliła wielobarwne „Śnienie”, a Katarzyna Szymańska – „Babie lato”, ażurowe, finezyjne, koronkowe. Joanna Lohn-Zając utkała „Bramę 11A”, czyli wejście do budynku Domu Artysty Plastyka w Warszawie. Anna Michniewicz obserwuje „Chodniki warszawskie” i ślady, pozostawione na pierwszym śniegu. Bożena Kuzio-Bilska widzi mazowieckie ścieżki „Między kolejnymi parzeniami herbaty”, a Zygmunt Łukasiewicz przygotował magiczny gobelin „Taka Mara Taka”. Duże wrażenie robi krwistoczerwone „Tabu” na korze brzozowej Izabeli Walczak i instalacja z drzewem Bożenny Leszczyńskiej. I jeszcze geometryczny „Tęczowy oberek” Ewy Osińskiej-Rozpędek, „Ptaszowy” stwór Aleksandry Parol, intrygujące nakrycie głowy z ludowymi motywami, czyli „Kaptur po mazowszańsku” Joanny Tumiłowicz oraz pełen bujnej zieleni i kwitnących drzew gobelin „Otwórz oczy” Katarzyny Lis-Lachowicz. Warto otworzyć oczy na mazowieckie ścieżki i podziwiać świat.
O CZYM SZUMI WODA

W słoneczne, letnie popołudnie Żywa Galeria Stalowa 52 na warszawskiej Pradze zaprosiła na wernisaż malarstwa Małgorzaty Łodygowskiej. Artystka zatytułowała swoje prace „Lubię patrzeć w wodę” i właśnie woda pojawia się często na jej obrazach, chociaż nie tylko. Ponieważ od kilku lat mieszka i tworzy w Warszawie, jest zafascynowana stolicą i sięga do motywów, związanych z miastem. Może to być na przykład most, podróż metrem lub autobusem, sceny z życia mieszkańców. Zarazem są to tematy uniwersalne, które mogą wydarzyć się gdziekolwiek i kiedykolwiek. Tytułowa woda nie jest zwyczajną, bezbarwną, przezroczystą taflą: mieni się różnymi kolorami, rozmywa, błyszczy, pulsuje energią. Odbija świat w sposób nieoczywisty, emanuje światłem, przyciąga jak magnes. Jest punktem wyjścia do refleksji nad ulotnością chwili. Bo chociaż unieruchomiona na płótnie, jest materią płynną i zmienną. Każdy, kto tak jak autorka prac lubi patrzeć w wodę wie, że można dostrzec w niej niejedno. Pozornie jednostajna, kryje wiele sekretów, tylko trzeba umieć je odkryć. Małgorzata Łodygowska potrafi: jej patrzenie w wodę jest niecodzienną przygodą estetyczną i intelektualną, zarazem metaforą widzenia świata, złożonego z wielu kadrów, ułamków sekundy. Artystka zapisuje je w pamięci, przetwarza, filtruje przez kolory i wyobraźnię. Nie są to realistyczne odbicia rzeczywistości jak migawki aparatu fotograficznego, ale sceny z codzienności obdarzone ładunkiem emocjonalnym i głębszym znaczeniem. Woda na jej obrazach odbija jaskrawy błękit nieba, zieleń, żółte i brązowe refleksy, a nawet tworzy rozległe czerwone plamy – może to zachodzące słońce nadaje jej taki zagadkowy wygląd jak strumienie lawy? Na brzegu siedzą zamyślone gołębie, przeglądają się w tafli wody, rozkoszują spokojem i ciszą. Zwierzęta pojawiają się często na obrazach artystki nie po to, by być wyłącznie motywem dekoracyjnym, dodatkiem do opowieści. Są bardzo ważne, czasami nawet uchwycone na pierwszym planie. Na przykład w scenie podróży, kiedy dziewczyna mocno przytula swojego czworonożnego przyjaciela, obserwującego uważnie widoki zza szyby. Artystka jest baczną obserwatorką świata i ludzi, a kiedy jakieś zdarzenie ją zainteresuje, zapamiętuje je i później przetwarza w swoisty sposób, posługując się mocnym, wyrazistym kolorytem i formą. Jest w tym coś ze stylistyki plakatu: czytelna forma, jasny, zrozumiały przekaz i kompozycja. Ważna jest nie tylko estetyczna, wizualna strona obrazu, ale atmosfera namalowanej sceny. Na jednym z obrazów dziewczyna z chłopakiem wracają z plaży nad Wisłą – opaleni; ona niesie w ręce klapki, a intensywny błękit rzeki podkreśla urok letniego klimatu. Niemal można wyczuć gorącą temperaturę słonecznego dnia. Na innym obrazie uwagę przyciągają wyraziste okulary portretowanej dziewczyny i jej sukienka w panterkę na szafirowym tle. Modelka patrzy na nas uważnie i wyczekująco: może czeka na akceptację oryginalnej stylizacji? A w podróży, w świetle migających neonów wszystko jest inne: odbicie twarzy przybiera… kolor zielony. Te obrazy można odczytywać w różny sposób. Małgorzata Łodygowska zaprasza do swojego surrealistycznego świata na pograniczu bajki i prawdy, jawy i snu.
ZA HORYZONTEM

Horyzont: linia na granicy nieba i ziemi symbolizuje tajemnicę wszechświata, coś nieznanego, tęsknotę za bezgraniczną dalą. O horyzoncie pisali poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Józef Czechowicz, Andrzej Niewiadomski, Marek Ustymowicz, Helena Ostaszewska, Maria Polak. On sprawia, że sięgamy wzrokiem do niego podczas wakacyjnych wędrówek nad morzem, w górach, na polnych drogach – wszędzie tam, gdzie nic nie zakrywa przestrzeni. Jest wtedy czas na refleksję. Artyści wiersze piszą, artyści malują. Sebastian Skoczylas zatytułował swoją wystawę w Aptece Sztuki właśnie „Horyzonty”. Na pierwszy rzut oka obrazy w galerii mogą wydawać się jednolite i takie są, ale wyłącznie w sensie tematycznym, bo każdy z nich przemawia innym kolorytem i światłem. Tu światło ma podstawowe znaczenie, bez względu na to, czy jest to blask słońca czy księżyca. Horyzont jest tylko jeden i artysta czuje, że nieustannie maluje jakby jeden obraz: bez początku i bez końca. Tworzy swoje prace o różnej porze dnia i nocy, analizuje rozmaite barwy i odcienie nieba i ziemi. Żaden z obrazów nie oddaje w pełni krajobrazu, a tym bardziej świata: to tylko wybrane fragmenty mikrokosmosu, na których skupia swoją uwagę. Malowanie jest dla niego niekończącym się procesem twórczym, ciągłym poszukiwaniem – i tak metaforycznie należy postrzegać horyzonty na jego płótnach. Jak w popularnym przeboju „iść, ciągle iść w stronę słońca, aż po horyzontu kres” jest to wędrówka przed siebie, przez kolejne godziny, dni, miesiące i lata – mistyczne poszukiwanie wciąż nowych celów, kierunków i perspektyw. Kiedy obejrzę się za siebie – mówi autor – postrzegam jaką drogę przebyłem. Znaczą ją nowe doświadczenia, wrażenia, emocje. A horyzont ma to do siebie, że kiedy się do niego zbliżamy, on nieustannie się oddala, wciąż nieuchwytny. To linia, oddzielająca konkretne i dotykalne (ziemia) i nieznane, nieskończone (niebo). Symbolicznie można powiedzieć, że jest to kontrast abstrakcji i realizmu. Kolor, światło, kompozycja – to elementy pracy, które artysta rozwiązuje w mistrzowski sposób. Tytuły poszczególnych obrazów podpowiadają w jakich okolicznościach zapamiętał swoje wrażenia, by następnie przenieść je na płótna i podzielić się emocjami. „Uwielbienie światła”, „Świetlista materia”, „Nocna poświata” podkreślają znaczenie blasku, wypełniającego utrwalony kadr. „Turkusowe jezioro”, „Purpurowy bezkres”, „Kobaltowa chmura”, „Mgnienie czerwone”, „Pomarańczowa pełnia” koncentrują uwagę na kolorze, tonacji obrazu. „Energia horyzontalna” tłumaczy znaczenie tęsknoty za tym, co kryje się za linią widnokręgu: absolut, nirwana, wyzwolenie, siła. Sebastian Skoczylas zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt: równowagę pionów i poziomów. Poziom oznacza oddzielenie świata realnego i mistycznego; pion tworzy oś symetrii barw i gry światła. Jego „Horyzonty” powstawały w ciągu ostatnich trzech lat. To efekt ciągłych poszukiwań równowagi – nie tylko estetycznej, w zakresie koloru, światła, faktury, temperatury barw. Ważne jest osiągnięcie wewnętrznego spokoju, dystansu i poszybowanie myślą do kosmicznej dali, gdzie nieważne są małe, przyziemne problemy.
Fot. Katarzyna Soboń (kierownik galerii), Magdalena Krowicka (kurator wystawy), Sebastian Skoczylas (artysta)
PROROCY W SZTUCE

„Nabi” w języku arabskim i hebrajskim oznacza „proroka”. Działająca we Francji w latach 1888-1899 grupa artystyczna przyjęła od tego słowa nazwę „nabiści”, tworząc ruch tyle nowoczesny, co tajemniczy. Paul Serusier i Maurice Denis byli „prorokami” nowej sztuki, którzy odrzucali zasady malarstwa akademickiego: uważali je za sztuczne i przesadnie realistyczne. Nabiści preferowali głęboki, mocny koloryt, wyraźny kontur postaci i przedmiotów, dekoracyjność i plamy barwne. Grupa działała relatywnie krótko, ale odegrała znaczącą rolę w historii sztuki. Jednak artyści tego kręgu są niedostatecznie znani i doceniani, toteż wystawa w Muzeum Łazienki Królewskie „Nabiści. Prorocy nowej sztuki” (czynna do połowy listopada) uzupełnia wiedzę na ten temat. Ukazuje niemal sto dzieł z polskich i zagranicznych kolekcji, w tym ze słynnego francuskiego Musee d’Orsay i kilkunastu instytucji publicznych z Francji, Szwajcarii, Holandii i Węgier. Są to obrazy, rysunki i grafiki o charakterze religijnym, ezoterycznym, widoki wnętrz i sceny rodzajowe, a lista artystów jest długa i imponująca. Wystawie towarzyszy katalog z esejami, analizującymi zjawisko zwane nabizmem. Wystawa opowiada historię, która rozpoczęła się jesienią 1888 roku, kiedy młody malarz Paul Serusier poznał w Bretanii Paula Gaugina. Kiedy malował pejzaż uległ sugestii mistrza, używając kontrowersyjnych barw: wyrazistej zieleni i niebieskiej farby, by oddać koloryt cieni, rzuconych przez liście. Intensywne barwy, związane ze stanem emocjonalnym artysty mogły wówczas szokować. Nabistom przyświecała śmiała idea: malować nie to, co się widzi, ale to, co się czuje. Brzmiało to jak rewolucja w sztuce. Wystawa w Łazienkach Królewskich prowadzi przez pięć sekcji. Odkrycie Gaugina w Point-Aven, który deklarował: „nie naśladujcie za bardzo natury, sztuka to abstrakcja; wyciągajcie ją z natury, wyśnijcie ją na jawie”. Od sacrum do mistycyzmu – tu idziemy za słowami, które sformułował Maurice Denis: „Tajemnica jest warunkiem, bez którego nie ma sztuki”. Intymizm jako poszukiwanie duchowości – tu można obserwować znaczenie w przestrzeni domowej i codzienności, odejście od wielkich tematów historycznych na rzecz powiedzenia „mój dom – moja świątynia”. Piękno na co dzień – czyli program estetycznej transformacji społeczeństwa. Natura wyśniona – według nabistów „natura to tylko słownik, z którego artysta wybiera słowa”, jak mówił Paul Serusier. Można stanąć blisko takich dzieł jak „Słoneczna plama na tarasie” (Maurice Denis), „Kobieta z rudymi włosami” (Władysław Ślewiński), „Dziewczynka gasząca świecę” (Stanisław Wyspiański), „France-Champagne” (Pierre Bonnard), „Pejzaż” (Henri Hayden), „Bretonka siedząca nad brzegiem morza” (Paul Serusier). Jak pisał Maurice Denis, obraz zanim przedstawi jakąkolwiek anegdotę, jest przede wszystkim płaską powierzchnią pokrytą farbami w określonym porządku. To, co dziś wydaje się oczywiste, wtedy było nowością.
Beata Joanna Przedpełska
Fot. Stanisław Wyspiański, „Dziewczynka gasząca świecę”.



