Andrzej Zbiegniewski – Z „kurą” na czapce – spóźnieni do Andersa, zdążyli do Bieruta
Share
Dywizja wyrusza na front – Fot. Wikipedia
W zakresie poezji i prozy, literatury naukowej, historycznej, beletrystyki, barwy i broni… tzw. szlak od Lenino do Berlina opisywała również pokaźna literatura wspomnieniowa. Podobnie jak cała reszta PRL-owskiego mitu założycielskiego, oparta na fałszu. Zmyślona od początku do końca przez tych, co „prochu nie wąchali”, ale za to na ww. szlaku zawarli znajomości gwarantujące dostęp do literackiego koryta. Podłączonym do niego nie był potrzebny już ani bohaterski życiorys ani natchnione pióro, ani nawet całkowita poczytalność. Wystarczała jaka taka biegłość w cytowaniu samouczka agitatora, zwłaszcza z rozdziału „od Lenino… najkrótsza droga do Kraju”. Osobiście bylem świadkiem występu takiego kombatanta, którego przed wejściem na scenę, konsultant zdążył jeszcze upomnieć: „Ty, Józek, zobacz tu na mapie, gdzie te Lenino jest!”. Tym niemniej… czas robi swoje. Nie, nie „uczy nas pogody”, jak w piosence Łobaszewskiej sprzed półwiecza. A i w przypadku takich właśnie Józków nie o naukę przecież chodziło. Podobnie dla nas, czyli dla całej reszty pensjonariuszy najweselszego baraku w obozie socjalizmu, prawdziwa historia jednego z najważniejszych mitów założycielskich pozostawała ukryta. Źródła wiedzy zniszczono lub ukryto. Świadkom nakazano milczenie albo afirmację kłamstw. Z czasem nakazy stały się zbyteczne, a mity – całkiem dochodowe. Cezura transformacji ustrojowej u zarania PRL-bis, wbrew pozorom, nie wniosła oczekiwanych przewartościowań. Kościuszkowskie cmentarze na Wale Pomorskim, w Kołobrzegu czy nad Odrą i Nysą, może straciły nieco na rocznicowej popularności, ale żyjącym kombatantom sowiecko-polskich formacji – mimo pewnych przymiarek – nikt na serio „nie sr… w aureole”. Uznanie i cześć owym najważniejszym (swego czasu) zbowidowcom okazywano nadal. Bez względu na ich dąsy spowodowane wyjściem z mody pomników wdzięczności armii radzieckiej, do których, jak się okazało, bardzo byli przywiązani.
Już za czasów relatywnie wolnej RP, na staniecie w prawdzie zdecydowało się niewielu „tych spod Lenino”. Relacje o frontowych rzeziach, niepolskim korpusie oficerskim, chłodnym przyjęciu przez rodaków, terrorze sowieckiej bezpieki, karnych kompaniach dla akowców, masowych dezercjach, bratobójczej walce z podziemiem… można policzyć na palcach jednej ręki. Ocaleni z nieludzkiej ziemi, zdziesiątkowani przy okazji chrztu bojowego przy nieudanym forsowaniu Wisły pod Puławami i wielu innych okazjach, krótko trzymani przez sowieckich nadzorców, nie mogli przynieść Ojczyźnie upragnionej wolności, gdyż w wielkim gułagu ZSRS, była ona pojęciem równie znienawidzonym, co nieznanym, zarówno w sensie etycznym jak i politycznym. Może z małym wyjątkiem koedukacyjnego łajdactwa, dzięki któremu nawiasem mówiąc udało się wydostać z Sojuza nieco katorżników płci żeńskiej. Ich niezbyt godny pozazdroszczenia los genialnie zdefiniowała po wielu latach jedna z Platerówek: „Prawda jest taka, że gdybyśmy nie dawały, to byśmy nie żyły”.
*
Wszechstronna kontrolę nad polską dywizją Stalina, de facto i de jure sprawował sowiecki wywiad wojskowy. Nie mogło być inaczej z kilku zasadniczych względów. Po pierwsze dlatego, że jednostka była integralną częścią Armii Czerwonej. Powstała na mocy uchwały sowieckiego Politbiura z dnia 4.06.1941 (to nie pomyłka; właśnie z 1941, a nie z 1943 roku) jako – cytuję z zachowanego dokumentu: „jednostka sowiecka z personelem polskojęzycznym”. W jej korpusie oficerskim Polacy praktycznie nie istnieli. Bardzo nieliczni – rozproszeni byli w antypolskiej masie; ledwo albo wcale nie władającej polszczyzną. Do elementu niepolskiego zaliczał się również tzw. „generał”, Zygmunt Berling. Karnie zdegradowany jeszcze przed wojną, podpułkownik Wojska Polskiego; tylko ze względów propagandowych uczyniony przez Stalina generałem-majorem Armii Czerwonej. Nadzór wywiadowczo-polityczny nad berlingowcami, w dniu 9 października 1943 sprecyzował rozkaz sowieckiego sztabu generalnego przemianowujący „oficerów wychowawczo-oświatowych” na „oficerów politycznych”. Mniejsza o aktualnie obowiązujące nazewnictwo; bez względu na nie, byli oni najzwyklejszymi politrukami, słusznie znienawidzonymi w całej Armii Czerwonej włącznie z 1. (polska) Dywizją. Dla uniknięcia niedomowień przytaczam definicję autorstwa Józefa Stalina: „oficer polityczny jest pistoletem przyłożonym przez Partię do głowy dowódcy”. Zadaniem politruków nie było uświadamianie żołnierzy pogadankami, lecz donoszenie na nich organom ścigania; zwłaszcza w kwestii wrogich nastrojów i antysowieckich wypowiedzi, co karano zawsze z cala surowością.
Zasypujący nas w latach PRL-u łgarstwami o szlaku bojowym od Lenino do Berlina, występujący publicznie kościuszkowscy kombatanci wystrzegali sie konkretnych pytań jak ognia. Tylko w ten sposób bajka o krwawej jatce pod wsiami Trygubowa i Połzuchy, mogła funkcjonować w roli opowieści o „narodzinach Ludowego Wojska Polskiego”. Po katastrofalnych stratach, nie tylko w zabitych i rannych, ale i w setkach dezerterów, którzy dobrowolnie przeszli na niemiecką stronę, dopiero co zainicjowany szlak bojowy uległ wstrzymaniu na dłuższy czas. W jego trakcie kościuszkowskie jednostki nie „szły do kraju najkrótsza drogą”, lecz przez długie dziesięć miesięcy mozolnie „odzyskiwały gotowość bojową” (tłumacząc na ludzki język, sowiecki żargon propagandowy, oznaczało to uzupełnianie stanów nieprzeszkolonymi rekrutami i natychmiastowe posyłanie na pierwszą linię), gdzieś na bezmiarach nieludzkiej ziemi, by wrócić na front dopiero latem 1944 roku. Przy tej okazji, już w nazwanej tak przez Stalina „Polsce Lubelskiej” miało miejsce doniosłe, acz skrzętnie potem ukrywane, oficjalne zjednoczenie berlingowców i partyzantów Armii Ludowej w szeregach Ludowego Wojska Polskiego. Obie te formacje jako ugrupowania sowieckie, które polskimi NIGDY NIE BYLY, połączono 27 lipca 1944 roku w obliczu oczekiwanego w krótkim czasie opanowania Warszawy i zainstalowania tam władz Polskiej Republiki Rad. Jak wiemy, za sprawą Powstania Warszawskiego wypadki potoczyły się nieco inaczej, ale skutek był wszak ten sam.
Wybitnie antysowieckie nastroje wśród kościuszkowców, a potem także w obu Armiach LWP, wykluczały przekonanie żołnierzy o patriotycznym charakterze jadącej na ich czołgach „polskiej wierchuszki”. Było to niemożliwe choćby ze względu na osoby Wandy Wasilewskiej i kilku innych orędowników Polski sowieckiej, a także z powodu bardzo silnego nasycenia berlingowskiej kadry przedstawicielami skrajnie antypolskich mniejszości narodowych. Narażanie się im z autentycznych, a nawet całkiem fikcyjnych powodów oznaczało wpadniecie w lapy oprawców, z których rzadko kto uchodził z życiem. W tej sytuacji dominowały wiec postawy wyczekiwania i „trzymania gęby na kłódkę”.
Zgadzam się, że nasi nieszczęśni krasnoarmiejcy w szytych w Moskwie, mało-polskich mundurach, zdecydowali się je włożyć, by wyrwać się z nieludzkiej niemi, której nienawidzili z całego serca. Ci z Sielc nad Oka, rekrutowali się po części faktycznie z tych którzy nie zdążyli do Andersa. Następni, wcielani w ramach nielegalnych, wojennych poborów w „Polsce Lubelskiej” w latach 1944-1945, stanowili niemal bez wyjątków elektorat prawowitego rządu emigracyjnego. W licznych wypadkach mieli za sobą staż w lojalnym wobec niego ruchu oporu. Bezprawnie zaprzysięgani, awansowani i odznaczani, pod rozkazami sowieckiego generała-majora (Berlinga) i etnicznych politruków, w szeregach owego groteskowego „polskiego wojska” szli na front mając za plecami pulki zaporowe NKWD. Zawsze gotowe by salwami w plecy wzmacniać żołnierską wolę walki. Trudno o dobitniejsze zamanifestowanie rzeczywistej roli kościuszkowców jako – w sensie ścisłym – mięsa armatniego Stalina.
Wojsko, które „spoza gór i rzek wyszło na (jakiś tam) brzeg” … w swojej przytłaczającej większości miało pełną świadomość, że ginąc w mozole poświeceń, dajac z siebie wszystko, nie walczy w ten sposób o „demokratyczna i niepodległą”, a raczej najkrótsza droga zdąża ku Polsce rodem z bolszewickiej politgramoty, Polsce ubezhołowionej, opartej na etnicznej zemście mniejszości narodowych i wdeptaniu w ziemie historycznej prawdy i piękna tradycji.
I wiecie co wam powiem… mieli racje. Szkoda tylko, że pomimo to wielu z nich racji tej nie pozostało wiernych.
Andrzej Zbiegniewski


