Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Granice AI-inteligencji
Share
Zdjęcie ilustracyjne: pexels.com
I BĄDŹ TU DZIŚ INTELIGENTNYM
FILM „PAN TADEUSZ” zacnego Andrzeja Wajdy, zrealizowany w roku 1999, którego kandydaturę zgłoszono do nagrody Oscara w kategorii filmów nieanglojęzycznych, trwa dwie godziny i dwadzieścia siedem minut. Gdyby tak teraz zasiąść przy dobrej lampie do lektury dzieła Adama Mickiewicza na głos, zajęłaby ona o wiele więcej czasu. Tak więc teraz proszą sobie przedstawić, że majętny szef, miłośnik Mickiewiczowych strof, sowicie za to płacąc zleci komuś z Państwa ręczne przepisanie calutkiego Pana Tadeusza, od „Litwo, ojczyzno moja” aż po ostatnie słowa Epilogu. Ile to czasu zajmie? Ale też, ile z treści pana Mickiewiczowego dzieła zapamiętamy? A każdy nowo wstępujący na tron król izraelski musiał własnoręcznie sporządzić sobie odpis Prawa, na podstawie którego pouczał swych poddanych o Boskich wymaganiach (Księga Powtórzonego Prawa 17:18, 19). Nie mógł z nadmiaru zajęć albo z lenistwa zlecić tego kapłanom Lewitom. Przepisując Prawo ręcznie, lepiej je zapamiętywał, ażeby sam mógł na co dzień doń się stosować.
Żmudne i czasochłonne, ręczne przepisywanie tekstów trwało przez wiele stuleci, aż do roku 1440, kiedy to niejaki Johannes Gutenberg z Moguncji (Mainz) nie sporządził matryc, na których poczęto szybciej odbijać całe strony tekstu. Wielu szlachetnych kopistów z winy owego wynalazku straciło zajęcie. Przed laty dostąpiłem był przywileju uczestniczenia w kursie dla przewodników, zorganizowanym przez opactwo na górze Montserrat. Jeden z wykładowców, historyk z Uniwersytet Barcelony interesująco opowiadał, jak we wczesnym średniowieczu trudzili się owi szlachetni mężowie. Przepisywaną księgę dzieliło się na kilka części i każdy kopiował swoją. Po zakończeniu owego pierwszego etapu wymieniali się swoimi fragmentami, żeby wzajemnie sprawdzić sobie błędy a w końcu spotykali się wszyscy razem, dla zebrania dzieła w jedną całość. W okresach późniejszych podobnie pracowali tłumacze. Dzieła tak jednych, jak też drugich były niemal bezbłędne. Księgi, z takim mozołem powstające były jednak bardzo drogie, dostępne jedynie dla najzamożniejszych – zresztą tylko tacy potrafili w owych czasach czytać. Pismo Święte w katolickiej Europie kosztowało tyle, ile dobry dom. Na targowiskach ksiąg nie rozprowadzano. W Europie dystrybucję wszelkich ksiąg nadzorowali wyżsi rangą duchowni, zarabiając na tym fortuny.
Chodzi wszak jeszcze o coś innego. Czasochłonne i mozolne, ale staranne przepisywanie ksiąg nader pozytywnie oddziaływało na samych kopistów. W swej znojnej pracy angażowali wiele zmysłów, ale bodaj najbardziej wzrok i dotyk a palce są owego drugiego niezwykle ważnym źródłem. Oba owe zmysły silnie wspomagają ludzką pamięć ta zaś pomnaża inteligencję – pod warunkiem, że umiejętnie z naszej pamięci korzystamy, zawczasu rzetelnie ją ćwicząc a to wielu nastręcza niemało trudności. Na wspomnianym kursie w opactwie na Montserrat dowiedziałem się oto, iż pracowity przepisywacz zdolny był w ciągu swojego życia własnoręcznie sporządzić od trzydziestu do czterdziestu kopii Pisma Świętego a też innych ksiąg. Niektóre ich fragmenty kopiści znali na pamięć. Zdumiewające! Czy dziś potrafiłby ktoś takich naśladować i im sprostać?
W początkach osiemnastego stulecia, dokładnie w roku 1714 niejaki Henry Mill, angielski inżynier – hydraulik opatentował machine for transcribing letters (maszynę do transkrypcji liter), bardziej zrozumiale maszynę do pisania. Samej owej maszyny nie zobaczymy dziś w żadnym muzeym ale w brytyjskich archiwach przechowuje się jej dokument patentowy. Ponad stulecie później, w grudniu 1837 roku londyński matematyk Charles Babbage skonstruował Analythical Engine, mechaniczną maszynę cyfrową, przez wielu historyków śmiało nazywaną pierwszym komputerem, możliwym do programowania działań rachunkowych. Na pierwszy komputer elektroniczny trzeba było poczekać do roku 1942; jego twórcą był John Vincent Atanasoff, Amerykanin wywodzący się z rodziny bułgarskiej. Za twórcę pierwszego telefonu komórkowego uważa się zaś Amerykanina z Chicago, Martina Coopera, aktualnie niemal stuletniego. (Wszystkie wymienione w tym akapicie imiona i nazwiska przytaczam za Encyclopædia Britannica).
Gwałtownemu postępowi technologicznemu w ostatnich latach, zwłaszcza od początku obecnego, XXI stulecia nie da się zaprzeczyć. W okresie owego ćwierćwiecza życie radykalnie zmieniło się w każdym kraju, na każdym kontynencie. Nikt spoglądający na świat temu nie zaprzeczy. W przekonaniu o ważności elektronicznej misji w naszym życiu utwierdzają nas też z ekranów telewizyjni żurnaliści a wraz z nimi rzesze ekspertów. Jednogłośnie zachwalają nowoczesne technologie, upatrując w nich zdecydowanej i, co podkreśla wielu szybkiej poprawy jakości ludzkiego życia. Nadzieje pokładają przede wszystkim w tak zwanej sztucznej inteligencji.
Zgodnie z Encyclopædia Britannica termin ów (w języku angielskim Artificial Intelligence) w kręgach naukowych pojawił się już w roku 1955, na początku w Stanach Zjednoczonych i zaraz potem w Izraelu zaś niewiele później w Europie Zachodniej. W tamtych czasach, w okresie zimnej wojny owe ogromne zasoby informacji gromadzili przede wszystkim wojskowi, w celu korzystania z nich w czasie spodziewanego konfliktu zbrojnego z blokiem radzieckim. Dopiero stosunkowo niedawno, prawdopodobnie w roku 2012 armie poczęły uchylać rąbka swych tajemnic. Z początkiem marca aktualnego nam roku 2026 w Barcelonie odbywał się doroczny, prestiżowy Mobile World Congress (Światowy Kongres Telefonii Komórkowej), na którym prezentuje się wszelkie nowości w owej branży, zanim zostaną dopuszczone na rynek i dostępne dla wszystkich. W przeddzień inauguracji zacny John Hoffman, przewodniczący organizującej barceloński kongres Global System for Mobile Communications Association (w Polsce znanej jako GSMA-Association) wypowiedział się w obszernym wywiadzie dla kanału Antena 3, iż tegoroczny kongres mieć będzie na celu zademonstrowanie korzyści ze stosowania porad SI (AI) czyli Sztucznej Inteligencji na co dzień, nawet w pozornie prostych sprawach. Pan Hoffman przemawiać raczył po angloamerykańsku, zaś sztucznie inteligentny translator przekładał treść wypowiedzi na hiszpański. Wypadło niezgorzej. Najtańsze bilety dla uczestników tegorocznego MWC (pospolitej publiczności nie wpuszczano, żeby choć z daleka popatrzeć) kosztowały 989 Euro, te najdroższe, klasy VIP – 5.499 Euro. Ot, za jakie ceny najnowsze technologie wchodzą pod strzechy. Informacji owej nie wyszukałem dzięki Sztucznej Inteligencji pana Hoffmana ani z żadnej innej wolnej encyklopedii. Od roku 2015 pracowałem bezpośrednio na Mobile World Congress, dowożąc eleganckim, czarnym mercedesem uczestników kongresu z różnych krajów, którzy jednak woleli mieć żywego przewodnika zamiast sztucznego translatora. W ostatnim kongresie w Barcelonie uczestniczyło 105.000 delegatów ze 107 krajów. Zobaczymy, co przyniesie rok 2027.
Zbliżał się koniec roku 1977. W niewielkim Cambridge w stanie Massachusetts niejaki Ray Tomlinson, komputerowy inżynier ustawił w swej pracowni, naprzeciw siebie dwa komputery. Na klawiaturze jednego z nich wystukał krótką wiadomość i wytrwale starał się wysłać ją owemu drugiemu, nadając mu inne hasło, obu funkcjonujących w tej samej sieci, zwanej wówczas ARPANET. Zafunkcjonowało! Treść wiadomości pokazała się na ekranie drugiego komputera! W ten sposób powstać miał INTERNET a wraz z nim elektroniczna poczta e-mail, dziś w powszechnym użytku bodaj w każdym domostwie. Na bazie międzynarodowej sieci INTERNET szybciutko powstały inne, tak zwane social networks, po zrozumiałemu sieci społecznościowe. W Europie i Ameryce najpopularniejszymi z nich są Facebook, You Tube oraz Instagram – że wymienię chociażby te najważniejsze. Wszystkie one stały się niezwykle łatwo dostępne, nawet dla dzieci, dzięki odpowiednim aplikacjom. Każdy, dzięki owym sieciom może łatwiutko kontaktować się z telewizyjnymi, radiowymi i prasowymi redakcjami, żeby na bieżąco śledzić ich wiadomości, ale też z bezpośrednimi świadkami niekiedy wstrząsających wydarzeń a w innych wypadkach bardziej osobistych przeżyć. Owe sieci społecznościowe uchodzą ostatnimi czasy za bardziej godne zaufania niźli te oficjalne bowiem tamte drugie zaskarbiły sobie niesławę – „Telewizja łże!” – skąd my, Polacy to znamy? Telewizja łże dzisiaj dokładnie we wszystkich krajach przeto wielu skłania się ku sieciom społecznościowym i ich popularność niepowstrzymanie wzrasta, zwłaszcza wśród młodych, ciesząc się opinią bardziej wolnych a przez to bardziej wiarogodnych.
Zaletami szczególnymi wyróżnia się aplikacja WhatsApp, funkcjonująca w sieci Internetu, wymyślona w roku 2009 przez dwóch Kalifornijczyków: Jana Kouma i Briana Actona. Dzięki niej można bezpłatnie rozmawiać z wybranymi osobami przez telefon – nawet tworząc ich sieć – przesłać wiadomość głosową albo pisaną, zdjęcia oraz inne informacje, jak również takowe otrzymywać. Partnerzy takiego kontaktu mogą przebywać od siebie oddaleni o tysiące mil. Najróżniejsze aplikacje (programy) niezaprzeczalnie ułatwiają społeczeństwu życie. Online można zamówić sobie, nie wychodząc z domu wizytę w banku, w urzędzie czy nawet u lekarza, kupić bilet na mecz, na koncert czy spektakl teatralny, do muzeum a również na pociąg do Paryża albo nawet na samolot z Melbourne do Barcelony. Nowe technologie wspomogły również armie pracowników biurowych a pośród nich także przełożonych, kierujących mniejszymi lub większymi zespołami ludzkimi. Ci pierwsi przestali mozolnie układać cyferki w tasiemcowe kolumny, żeby móc je sumować i mnożyć, bo przecież odejmować się nie godzi. Owi drudzy dzięki stosownej aplikacji w służbowych telefonach swoich pracowników w lot orientują się kto, kiedy i ile spóźnił się do pracy, żeby potrącić mu premię. A teraz w sukurs przychodzi im jeszcze inteligentna AI. Tą zajmę się obszerniej w dalszej części dzisiejszego artykułu, dedykowanego nowym technologiom.
*
NAUCZANIE JĘZYKA – Wszystko, co śmiertelny człowiek stwarza sporo ma cech dobrych, ale też niemało negatywnych, a te żurnaliści zwykli przemilczać. Kiedy nasza Kesya zakończyła edukację w szkole podstawowej i rozpoczęła etap średni, jej wychowawca, przezywany tardorem, bo zawsze się spóźniał (po hiszpańsku tardar znaczy spóźniać się) wtłaczał dwunastolatkom do główek, że kiedy pracują z komputerem, wówczas nie muszą na początku zdania ani zapisując imiona własne zaczynać słowa wielką literą, bo komputer jest tak mądry, że wszystko w lot zrozumie. Argumentem jego były e-mailowe adresy, zapisywane tylko małymi literami, a pomimo to dla komputera zrozumiałe. Dla wielu nowoczesnych nauczycieli również znaki interpunkcyjne nie mają w pisanym tekście większego znaczenia, albowiem wszystkie je podobno zastąpić może małpa (@). Doprawdy? Czyżby pytajnik i wykrzyknik też? Podałem przykład dużych i małych liter oraz znaków interpunkcyjnych, a gdzież tu inne prawidła gramatyczne, tak ważne dla każdego języka? Gdzież właściwa składnia, frazeologia i umiejętność wyszukiwania synonimów? Jakże młodzian doszuka się ich w Internecie, nie znając podstaw? Do czego to wszystko doprowadziło?
Ano doprowadziło do tego, że język każdego narodu w ostatnich latach ogromnie zubożał i w dalszym ciągu ubożeje. Na podwórzu przed naszym domem lubią nad ranem spotykać się młodzi, powracający z dyskotek w Santa Susanna albo w Malgrat de Mar, żeby jeszcze sobie porozmawiać przed powrotem do rodzicielskiego gniazda. Muszę szczerze wyznać, nie wykrzykują, nie skandalizują, po prostu głośno rozmawiają, ale uszy od owych rozmów więdną. Sążniste epitety wzlatują ponad całym parkiem i okolicznymi domami. I nikt ich nie upomina, bo mieszkańcy boją się naruszać ich rzekomą wolność. W lipcu mijającego roku oprowadzałem po Barcelonie około dziesięciu grup młodzieżowych z Polski. Nie będę się użalał: uprzejmi, zawsze punktualni, ale ich mowa doprawdy mnie zaskakiwała. Nie, nie. Przekleństwa rzadko fruwały po autobusie, bo opiekunowie aż na takie swawole nie zezwalali. Ale rozmowy w gronie młodzieży znad Wisły, Odry i Warty naprawdę mnie zastanawiały- to nie była nawet pospolita polszczyzna, a jakieś slango-polo, zrozumiałe tylko dla nich. Niektórzy wyznawali mi, że nigdy nie przeczytali żadnej obowiązkowej lektury ani nie nauczyli się na pamięć żadnego wiersza. Wszelkie informacje czerpią z Internetu. Naszła mnie oto ogromna ciekawość, jak dzisiejsza polska młodzież, o znikomej znajomości podstaw gramatyki i słownictwa polszczyzny – o staranności językowej nie wspomnę ni słowem – zdaje egzaminy maturalne z języka ojczystego i matczynego? W czasach mojej młodości byłoby to nie do pomyślenia. Muszę wszak zreasumować: nie mój wóz, nie moje konie.
W tym momencie ktoś może mi zarzucić: Panie Jerzy, przeciwstawia się pan nowym technologiom zamiast je popierać. Otóż tak. Zdecydowanie tak, przynajmniej w kwestii nauczania ojczystych, a też obcych języków chociaż ja całkowicie Internetu nie eliminuję. Kiedy przed czterema laty uczyłem się nowego dla mnie języka rumuńskiego, zasady jego gramatyki szybko opanowałem dzięki niezgorszej znajomości podobnych doń języków: francuskiego, hiszpańskiego, katalońskiego i włoskiego, ale Internet wydatnie pomagał mi w opanowaniu rumuńskiej wymowy. Gwoli dobrego nauczenia się jakiegokolwiek, nawet rodzicielskiego języka potrzebny jest rzetelny człowieczy nauczyciel nie zaś, za przeproszeniem sztywny, mechaniczny Internet. Ten owszem, może gruntownie wyłożyć suche, gramatyczne prawidła, niestety nigdy nie zdoła trafić do serc uczniów, albowiem do tego potrzebne jest serce nauczyciela, a takiego żaden Internet nie posiada. Będę teraz przeraźliwie szczery: za zanik zainteresowania uczeniem się języków, pośród nich ojczystych oraz za upadek czytelnictwa winę ponoszą nowe technologie, a za konsekwencje przyjdzie nam wkrótce drogo zapłacić. Na razie nowoczesne technologie – przykro mi to napisać – wytworzyły wielomiliardową gromadę ludzików nie potrafiących poprawnie i starannie się wysławiać, choć same formułują swe wypowiedzi poprawnie, z dużymi literami i akcentami gdzie potrzeba. Dowodzi to jednego: Internet stał się niekwestionowanym choć niekontrolowanym narzędziem informacji, najprawdziwszą świętą krową XXI stulecia. Niezmiernie ciekawi mnie, czy ktoś kiedyś zdoła położyć temu kres – bo przecież upadek technologii nieuchronnie nastąpi.
Tak zwane sieci społecznościowe, a wraz z nimi szlachetna WhatsApp ostatnimi czasy stają się coraz bardziej aspołeczne. I czegoż teraz ten Leszczyński się czepia? Ano, zobaczmy. Zadam tylko jedno pytanie, na które niechaj nikt nie udziela odpowiedzi publicznie, lecz niech szczerze odpowie sam sobie w głębi swego serca: kiedy ostatnio rozmawiali Państwo za pośrednictwem aplikacji WhatsApp ze swoimi bliskimi albo znajomymi? Jak długo trwała owa rozmowa? Czy w jej trakcie widzieliście się przez kamerkę? Z iloma osobami prowadzicie podobne rozmowy? Oto z przeprowadzonych w roku 2024 w dwudziestu czterech krajach ówczesnej Unii Europejskiej wynika, iż blisko osiemdziesiąt procent Europejczyków korzystających z aplikacji WhatsApp woli pisać zamiast rozmawiać – to jakby bali się słyszeć głos rozmówcy albo nawet własny. Wygląda na to, jakby pisaniem chronili swą tożsamość i na wszelki wypadek zachowywali dystans. Niezłym dowodem jest nasza WhatsAppowa grupa moich polskich współmaturzystów; należy nas do niej dwadzieścioro ośmioro, ale kontakt głosowy utrzymuje ze mną tylko dwóch dawnych kolegów, inni wolą pisać „na grupę”, ale nie indywidualnie, od serca do serca. Podobnych zjawisk w całym świecie są miliony. W niezwykle krótkim czasie z założenia szlachetna aplikacja zamiast umocnić międzyludzkie więzi doprowadziła do ich osłabienia a nawet całkowitego rozluźnienia.
Nowe technologie doprowadziły również i dalej prowadzą szerokie masy do zatracania poczucia rzeczywistości na rzecz fikcji filmowej. Oto najnowszy przykład: w miasteczku Manzanedo de Valdueza (hiszpańska prowincja León) wczorajszego popołudnia przeszła gwałtowna buza z gradobiciem i silnymi opadami deszczu, zabierając dwie ofiary śmiertelne: panie popijające sobie winko na tarasie miejscowej winiarni. „To wyglądało jak film z gatunku horroru” – wypowiedziała się do kamery ich sąsiadka, będąca świadkiem zdarzenia. „To był filmowy atak” – przed tygodniem wypowiedział się telewizyjny reporter katalońskiej TV-3, relacjonujący napad na apartament bogatego egipskiego biznesmena, spędzającego zapewne zasłużone wakacje w Barcelonie, wraz ze wszystkimi swoimi klejnotami i miliomowej wartości zegarkami. Ukradli mu wszystkie i dobrze mu tak. Po co był taki bałwan, że się pozwolił okraść? Mniejsza o to. Trzeba nie mieć po kolei w głowie wszystkich klepek, żeby popijać na krawędzi wzbierającego potoku albo zabierać ze sobą do obcego kraju swoje kosztowności, żeby tam przechwalać się przed kamerami. W takich i podobnych sytuacjach chciałoby się jedynie życzyć ich bohaterom, żeby podobne, filmowe przygody spotykały ich samych w życiu jak najczęściej. Może to czegoś by ich nauczyło, choć sam w to wątpię. A winą za prostackie ekranizowanie ludzkiego życia obarczam nowe technologie.
MATEMATYKA – Zdaniem wielu jest królową nauk a w takim razie podstawy jej przekładają się na tabliczkę mnożenia. Do tej pory w Unii Europejskiej nie przeprowadzono statystycznych badań akurat na ten temat, wiadomo wszakże, iż około czterdziestu procent europejskiej młodzieży i dorosłych ma poważne problemy z opanowaniem tabliczki mnożenia w zakresie od jeden do stu (!). Zadowalają się prymitywną inteligencją komórkową i to na razie ona im wystarcza. Zdarzają się śmiałkowie, którzy mnożąc przez zero dopisują je do iloczynu (!). Doprawdy niesamowite! Braki owe, co zrozumiałe, widać również w geometrii. Spora część młodych nie wie, ile stopni liczy kąt prosty (!), czym jest kąt ostry a czym rozwarty. O potęgi, całki, rachunek prawdopodobieństwa albo jakiś, za przeproszeniem trójmian kwadratowy raczej nie zapytam, żeby nikogo bardziej nie upokarzać. Szlachetny Pitagoras z wyspy Samos już w piątym stuleciu przed naszą erą sformułował swe słynne, aczkolwiek niezwykle proste prawo dotyczące trójkąta prostokątnego: A² + B² = C². Inteligentny Grek swoje przesławne twierdzenie sprecyzował w czasach, kiedy o komórkowej telefonii, ani o jakichś sztucznych inteligencjach nikomu sią nie śniło i pomimo tego absolutnie nikt, nawet z pomocą najnowocześniejszego „komórkowca” nie zdołał go obalić. Ciekaw też jestem ogromnie, ile z dzisiejszych, stechnologizowanych nastolatków, ale też dorosłych potrafi własnymi, zrozumiałymi dla innych słowy objaśnić znaczenie słynnego twierdzenia. Vivat academia!
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OCDE) za pomocą programu zwanego PISA każdego roku bada poziom wiedzy piętnastolatków z różnych krajów w trzech dziedzinach: literatury i lektury, matematyki oraz innych nauk, nie tylko ścisłych. Co mnie zastanawia a przy tym mocno irytuje, że już od lat w owych ocenach pośród krajów europejskich zaszczytne ostatnie miejsce regularnie zajmuje Hiszpania. Do tego, dodać wypada, iż w radośniutkim iberyjskim kraiku aktualnie aż trzynaście procent uczniów nie kończy średniego wykształcenia choć podobno jest ono niezbędne dla uzyskania nawet najbardziej pośledniej pracy zamiatacza na ulicy i opróżniacza zatęchłych koszy na śmieci. Ale za to – najnowsze dane – w owym kraju liczącym z górą 49 milionów mieszkańców zarejestrowanych jest 63 miliony telefonów komórkowych! Jak widać, niewiele to pomaga w rozwoju kształcenia tutejszej młodej generacji. Pragnę uspokoić: Sztuczna Inteligencja pomoże nieukom trzymać w odpowiedniej pozycji miotłę, wykopać on-line rów łopatą, a może nawet wbić w niewyheblowaną deskę gwóźdź młotkiem. Z wyheblowaniem już gorzej.
NAUKI INNE, NIE MNIEJ WAŻNE – Zawsze lubiłem i w dalszym ciągu lubię zatrzymać się w Barcelonie na początku alei La Rambla, w cieniu pomnika Krzysztofa Kolumba i nieco podroczyć się z turystami. „I gdzież jest ta Ameryka, do której jej odkrywca dotarł w 1492 roku?” – podpytuję. Niemal wszyscy wskazują kierunek Kolumbowego, wyciągniętego ramienia tymczasem ono wskazuje Baleary a dalej, w linii prostej zachodnią Afrykę, Wyspy Kanaryjskie, zaś po drugiej stronie Atlantyku Brazylię, do której Genueńczyk nigdy nie dopłynął. Centralna Ameryka, do której dotarł, znajduje się od tego miejsca dokładnie po przeciwnej stronie barcelońskiego wzgórza Montjuïc, w kierunku zachodzącego wiosną i jesienią słońca. Przez tysiąclecia, człowiek posługiwał się mapami, mniej lub bardziej precyzyjnymi i rzadko kto gdzieś się kiedyś zgubił. Aktualnie dysponujemy nawigatorami oraz wysoce inteligentnymi mapami googlowskimi i nawet z takimi wielu się gubi. Przykład z życia: dwaj włoscy kierowcy razem z pilotką zamiast dojechać na spotkanie ze mną do Anrorry la Vella, stolicy pirenejskiego państewka Andora zawieźli swoją grupę do Andory w prowincji Teruel, od właściwego celu oddalonej o ponad trzysta kilometrów (!). Ich grupa straciła przez to obiad i ledwie zdążyła na kolację. Latem roku 2019 słynna drużyna rugby USAP z francuskiego Perpignan rozgrywała mecz o klubowy puchar Europy z angielskim Leeds. Z Costa Brava na owo spotkanie wysłano osiemnaście autobusów, do ostatniego miejsca wypełnionych angielskimi kibicami. Wróciło siedemnaście. Jeden z kierowców (znam go osobiście) tak zaprogramował swój GPS, że ów wprowadził go pod most o prześwicie 2,8 metra. Tuzin Brytyjczyków zakończyło wyprawę we francuskim szpitalu zaś nieszczęsny szofer w areszcie. I tak ogromne miał szczęście, że nikogo nie uśmiercił, inaczej do dziś tkwiłby w Perpìgnan za kratkami.
Ostatnimi czasy bardzo modne stały się punkty lokalizacyjne przez Polaków zwane pinezkami, ułatwiające trafienie na miejsce spotkania nawet w obcym, nieznanym mieście bez mapy i jego planu. System takowy nie uczy orientacji w terenie przeciwnie, ją przyćmiewa. Podobny jest mamuśce odprowadzającej swojego synalka albo córunię do przedszkola, skąd ci do domu sami już nie trafią. Dawniejsi żeglarze bez GPS i pinezek, kierując się położeniem gwiazd na niebie bezbłędnie trafiali do celu i też wracali do macierzystego portu. Niektórzy Hiszpanie skrót GPS tłumaczą jako Gilipollas que se Pierde Siempre, a to po polsku znaczyłoby Głupol, co Pogubi się Stale – z zachowaniem pełnego szacunku dla owego skrótu. Niezwykle popularnym ostatnio w Polsce kierunkiem turystycznym stały się Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jest ich siedem, ale Polacy fruwają jedynie do Abu Zabi i Dubaju, o reszcie zapominając. Kiedy czasem zapytam kogoś, kto tam był o tamte pozostałe, wielu wymienia Bahrajn, Katar, Kuwejt a co śmielsi nawet Oman, bo kiedyś zdarzyło się im pływać po Zatoce Perskiej statkiem wycieczkowym. Panie Boże Wszechmogący! Za taką ignorancję głowy Lechitom obcinać, niezależnie od tego, które biuro podróży ich tam wysłało. Trzeba naprawdę być europejskim GPS-em, żeby przed wyprawą do obcego kraju choćby z grubsza nie zaznajomić się z jego geografią.
Astronomia i geografia nie są przecież jedynymi dziedzinami upośledzonymi przez najnowsze technologie. Niewiele lepiej sprawy przedstawiają się w innych naukach. Pomidory od ogórków wielu jeszcze udaje się odróżniać, ale znacznie gorzej jest z pietruszką i chrzanem, albowiem korzenie mają bardzo do siebie podobne. Nie inaczej dzieje się z brukwią, rzepką i kalarepką. Jeżeli postęp technologiczny nadal postępować będzie w takim tempie jak do tej pory, wkrótce niektórym trudno będzie odróżnić nie tylko karpia od pstrąga czy wróbla od skowronka, lecz nawet pawia od indyka, a może nawet srokę od bociana. W historii ludzkości nie takie pomyłki zachodziły. A ja wiem jedno: najlepiej wiedzie się w życiu nie tym, co przyrodę poprawiają, lecz takim, którzy od niej się uczą. Ludzkość nie raz już o tym się przekonała, ale owo uczenie się idzie jej jakoś opornie.
Szczególną nieporadność współczesnych technologii widać w materii wszystkich przedmiotów artystycznych. Bo i czegóż akurat w tych dziedzinach mogą nas one nauczyć? Przypomnieć nam, kim byli Antonio Vivaldi, Straussowie, Mozart, Beethoven albo francuscy impresjoniści, Pablo Picasso i Salvador Dalíi? Żeby w takich dziedzinach osiągnąć najwyższe pułapy nie wystarcza wystukiwanie jednym palcem nutek na elektronicznym syntetyzatorze. Do tego, prócz elektronicznej klawiatury potrzebne są jeszcze talent i serce a tych akurat elektroniczne urządzenia nie posiadają, podobnie jak setek malarskich pędzli i farb niezbędnych prawdziwym artystom malarzom. Do muzyki Straussów tańczyły tłumy. Proszę mi powiedzieć, kto dziś zatańczy w rytm muzyki Rolling Stonesów, ACDC albo nawet Krzysztofa Pendereckiego? A przecież muzyka i taniec zawsze kroczyły w parze, nieprawdaż? Niechajże ktoś mi teraz pokaże, czym w owym aspekcie jawi się nowoczesna muzyka? Unoszeniem ramion w górę i wywijaniem do rytmu odwłokami? Za taką sztukę a też za takich artystów to ja najserdeczniej dziękuję. Niechajże dzisiejszych artystów wspierają i wspomagają bezwiednie kołyszący się w rytm ich acustic-muzyki fani, żurnaliści a w ostateczności ich krewni. Prawdziwych melomanów takie dziwactwa do muzyki nie zbliżą. Mnie można uznać za staroświeckiego, ale szczerze wyznam: prawdziwej muzyki uszy moje nie słyszały od czasów Ludwiga van Beethovena a prawdziwej sztuki graficznej oczy moje nie oglądały od czasów Salvadora Dalí. To, co dzisiaj dzieje się w świecie artystów jest karykaturą prawdziwej sztuki i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Ja winą za upadek prawdziwej sztuki obarczam nowoczesne technologie, wszystkie razem. Nie dość, że zatraciły dawne osiągnięcia wielkich mistrzów; same nie stworzyły absolutnie niczego nowego. Niechże ktoś mi dokaże, iż było inaczej!
Ogromnym minusem nawet najnowocześniejszej arcytechnologii jawi się jej bezduszność wynikającą z całkowitego braku uczuć. Trzeba to zrozumieć, iż dokładnie żaden komputer a też telefon komórkowy, nawet przenajnowocześniejszej generacji nigdy w owym aspekcie nie dorównają inteligentnemu człowiekowi. Sztuczne tworzywa, miedź, złoto oraz kobalt i wolfram z Kongo, Rwandy czy jakiejś jeszcze innej Ugandy nie zastąpią człowieczego serca ani ludzkiego umysłu. Sama elektronika nie jest zdolna samodzielnie stworzyć niczego nowego, jedynie szybko przetworzyć dostarczone jej dane. A co gorsza: uzależnia tym od siebie maluczkich, głównie młodych i życiowo niedoświadczonych. Skoro sieci społecznościowe nie są dla takich niebezpieczne to dlaczego Australia, Brazylia, Chiny, Indonezja, Francja i Wielka Brytania zabroniły korzystania z nich dzieciom oraz młodzieży do skończenia piętnastego roku życia? Trzeba to jasno stwierdzić: technologie są narkotykiem w cyfrowych rękawiczkach. Wyzwolić się od nich równie trudno jak od opium czy kokainy a skutki często bywają równie fatalne. Czyż ktoś zaprzeczy? Komputer a też telefon komórkowy są narzędziami wielce pożytecznymi, ale tylko narzędziami. Potrzeba doprawdy wielkiej inteligencji osobistej a też silnej woli, by umiejętnie z nich korzystać. Danie ich po prostu do ręki prostaczkom nie załatwia problemu.
*
UINTELIGENTNIANIE NA SIŁĘ I ZA WSZELKĄ CENĘ – Od blisko dwóch lat jestem w Hiszpanii a też w Polsce emerytem, każdego miesiąca pobierającym sumkę, jaką iberyjskie, a prócz nich nadwiślańskie komputery mi narachowały, odtrąciwszy do ostatniego eurocenta oraz polo-grosika wszystko, co należy się fiskalnemu fiskusowi a też kilkakrotnie upewniwszy się czy ja to naprawdę jestem ja i czy naprawdę mieszkam tu, gdzie mieszkam. W czasie owego procesu administracyjnego upewniłem się, że dzisiejsze, nowoczesne technologie służą przede wszystkim administracyjnym biurokratom do kontrolowania wszelkich naszych poczynań. Całkiem podobne wrażenie odniosłem, kiedy w początkach czerwca składałem zeznanie podatkowe – urząd skarbowy wiedział o mnie wszyściutko. W lot pojąłem, że moje poczynania rachunkowe kontrolowane są co krok a wraz z nimi każdy szczegół mojego życia osobistego choć podobno na mocy konstytucji wszyscy ludźmi wolnymi jesteśmy. Nieprawda! Nad nami szybują ludzie nadwolni, kontrolujący każdy krok szarych szaraków. I tak w każdym kraju świat. Nie oszukujmy samych siebie: najnowsze technologie, a wraz z nimi wszelkie sztuczne inteligencje powstały po to, żeby przede wszystkim zacne CIA i Mosad, a z drugiej strony KGB kontrolowały każdego szaraka. Nie obawiam się odpowiedzialności za owe słowa, ponieważ jestem już na krawędzi mego żywota, niechaj przynajmniej pozostaną po mnie moje słowa i myśli, których się nie wypieram i nie wyprę.
Zaraz z rana włączam mój komputer, bo będę chciał przy nim dziś popracować. I cóż ja widzę na jego ekranie? Na samo przywitanie ukazuje się mi dumny slogan: AMERICAN MEGATRENDS, a dopiero później dostęp do różnych aplikacji. Od razu mną wstrząsa. Ja o żadne amerykańskie megatrendy nie prosiłem, ponieważ do niczego nie są mi one potrzebne. Na razie jeszcze nie jestem na Dzikim Zachodzie. Wchodzę w aplikację hotmail.com albowiem chciałbym sprawdzić ostatnie e-maile. Czy tego chcę, czy nie, zaraz na moim ekranie ukazują się trzy reklamy, których nie sposób wyeliminować choć usilnie tego pragnę. Uprzejmie zapytuję, o której dzisiejszego wieczoru FC Barcelona grać będzie mecz o puchar Hansa Gampera z kairskim Al Ahly. W odpowiedzi ukazuje się stronka z reklamowymi anonsikami cookies, które albo mogę zaakceptować, albo odrzucić. A skoro odrzucę, i tak będę musiał zapłacić 2,50 Euro. Na wszelki wypadek, dla własnego spokoju i bezpieczeństwa wychodzę z aplikacji. Mam ich ciasteczka głęboko w trzewiach. Wygląda na to, że głównym orężem wszelkich środków przekazu, wraz z Internetem są dziś reklamy. Jeszcze nie tak dawno w hiszpańskiej telewizji publicznej zabronione one były w czasie emitowania wiadomości, teraz nie. Ja, ale też miliony mnie podobnych, uważamy to za upokarzające. Wiadomości nadawane przez kanały telewizji publicznej winny być wolne od reklam. Nie wiem, jak kwestia owa przedstawia się w Australii i Nowej Zelandii. Programy informacyjne służyć winny informowaniu a nie promowaniu na ten przykład Carglas, firmy reperującej wycieraczki samochodowe, w której udziały zapewne ma jakiś rządowy maharadża, posiadający spore wpływy w publicznej telewizji.
Od marcowego kongresu telefonii komórkowej w Barcelonie narzędzie owo na siłę wciska się do naszego życia, czy tego chcemy, czy nie. Jakąkolwiek aplikację programuję, pierwsza włącza się mi AI choć wcale o nią nie proszę, mam bowiem jeszcze odrobinę inteligencji własnej a tej nikt nigdy mi nie zabierze. Wielu AI Inteligencja nie jest też potrzebna do tłumaczenia obcych zwrotów bo znacznie większe zaufanie mają do sprawdzonych słowników takoż do własnego doświadczenia, wysoce przewyższających owe sztuczne, pozaatlantyckie megatrendy. Nie tak dawno Sztuczna Inteligencja francuskie wyrażenie hennissement du cheval, zamiast rżenie konia przetłumaczyła mi na rzężenie konia (!). Doprawdy szczerze się uradowałem choć do translatorskich posług inteligencji AI nigdy więcej nie powróciłem. Niechajże inteligentni inteligenci rzężą sami, dopóki gardeł im starczy. Ów przypadek przywodzi mi na pamięć spotkanie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w hali warszawskiej Gwardii amerykańskiego kaznodziei baptystów, Polonusa, z wiernymi owego wyznania. Pastor ów, cytując z pamięci Jezusową wypowiedź Duch wprawdzie ochotny, ale ciało słabe, wyraził się o wiele bardziej klarownie: Spiritus krzepki, ale ciało słabe, zyskując tym sobie powszechny szacunek wiernych i sympatyków Kościoła Chrześcijan Baptystów.
Przygotowując dzisiejszy artykuł postanowiłem sprawdzić praktyczną przydatność Sztucznej Inteligencji, zadając jej dwa bardzo proste, z życia wzięte pytania. Owo pierwsze brzmiało: jak wbić gwóźdź w deskę? Oto odpowiedź AI (po polsku): Aby wbić gwóźdź w deskę, przyłóż go prostopadle do powierzchni, uderz lekko młotkiem w łeb, aby go osadzić, zabierz palce i uderzaj zdecydowanie mocniej, aż łeb zrówna się z drewnem. Ot, jakie inteligentne! Mój dawniejszy sąsiad, często się przejęzyczający podobną kwestię wyjaśnił o wiele barwniej, a przy tym zabawniej, chcąc wytłumaczyć gospodyni remontowanego domu, jak wbijać gwoździe w boazerię: Popatrz się, Marysiu – przemawiał z krakowska, objaśniając budowę młotka. To drewniane, sztywne to członek (miast trzonek) i trzyma się za członek, a bije tym żelaznym. To bardzo łatwe. Obecny przy tym małżonek na tyle okazał własnej inteligencji, że nie wyrzucił majstra z obitą gębą za drzwi. Drugie proste pytanie, jakie po polsku zadałem Sztucznej Inteligencji brzmiało: Jak prawidłowo podetrzeć się po załatwieniu potrzeby cielesnej? Tym razem odpowiedzi cytować nie będę. Proponuję, żeby sami Państwo zadali Inteligencji AI owo pytanie. A radość z odpowiedzi będzie większa.
Po lekturze dzisiejszego artykułu niektórzy uznać mnie mogą za wroga nowych technologii, głównie Sztucznej Inteligencji. Otóż nie, bo samemu mnie one pomagają. Jestem jednak i zawsze będę przeciw uzależnianiu nas od technologii i zarazem upośledzaniu naszej Naturalnej Inteligencji (NI), co jasno w treści artykułu wykazałem. Zawsze jednak byłem, jestem a też będę przeciw chciwcom i cwaniakom, niezależnie od ich maści politycznej, bogacących się kosztem naiwnego społeczeństwa, bo to ono za ich zachłanność bardzo drogo płaci. Kiedyż tacy zapłacą?
Jerzy Leszczyński
1 listopada 2026



