Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Dziewięćdziesiąta rocznica wojny w Hiszpanii
Share
Zdjęcie iliustracyjne. Pablo Picasso. Guernica. Jules Verne Times Two / www.julesvernex2.com, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=85668776
NO PASARÁN?
HISZPANIA nie zalicza się aktualnie do światowych potęg ani tych politycznych, ani tym bardziej gospodarczych. Niemniej jednak to na jej terytorium miał miejsce, trwający przez okres dwóch lat, ośmiu miesięcy i trzynastu dni (17 lipca 1936 – 1 kwietnia1939), zbrojny konflikt nazwany hiszpańską wojną domową. Owa nazwa znacznie pomniejsza jego znaczenie, ograniczając jego zasięg jedynie do terytorium Hiszpanii, a nie jest to prawdą. A ponieważ w nocy z 17 na 18 lipca w 2026 roku mija dziewięćdziesiąt lat od wybuchu owej wojny, nadarza się przednia okazja do opowiedzenia o niej, przybliżając niektóre szczegóły z jej przebiegu, rzadko opisywane przez prasę a nawet przez historyków. Dziewięćdziesiąta rocznica stwarza po temu sposobność.
Z Wielkiej Wojny (Pierwszej Wojny Światowej) Hiszpania nie wyszła ani zwycięska, ani pokonana, bo po prostu nie brała w niej udziału. Jedynie dwanaście tysięcy wolontariuszy katalońskich wybrało się za Pireneje, żeby wspomagać Francję w jej bataliach z Niemcami. Król Alfons XIII, podczas krwawej bitwy pod Verdun liczący sobie trzydzieści lat, mógł spokojnie zażywać sobie rozkoszy małżeńskich ze swoją Wiktorią Eugenią von Battenberg, nie troszcząc się o wiele, a to wielce rozleniwiło go politycznie. Tym więcej, że 13 września w 1923 roku generał Miguel Primo de Rivera dopuścił się wojskowego zamachu stanu, ale monarchę raczył pozostawić we względnym spokoju, przez co rodzina królewska mogła kontynuować życie jak w Madrycie. Przez siedem lat za nic nie odpowiadał, a żył jak król i opływał we wszelkie dostatki. Jako monarcha jedynie wspierał dyktatora i tak mu było wygodnie. Wyobrażam sobie, że każdy by tak chciał.
W roku 1929 celebrowano w Barcelonie przesławną Wystawę Światową, trwającą ponad pół roku (20 maja 1929 do 15 stycznia 1930), na której prezentowano najnowsze osiągnięcia, a przede wszystkim hydroelektrownie. Tymczasem w dniu 24 października w 1929 roku na nowojorskiej giełdzie ceny akcji gwałtownie spadły, a ich posiadacze panicznie zaczęli je wyprzedawać, byle choć cokolwiek uratować. Pięć dni później, w Czarny Wtorek 29 października, giełda w Nowym Jorku upadła, co doprowadziło do największego w światowej historii kryzysu ekonomicznego. W Hiszpanii okazał się on gwoździem do politycznej trumny generała Primo de Rivery, a też zatrząsnął królem Alfonsem XIII oraz jego szczęśliwą rodzinką. W dniu 15 stycznia 1930 roku generał Primo de Rivera abdykował, utraciwszy autorytet polityczny oraz poparcie monarchy, a do tego jeszcze przyczyniła się jego poważnie zaawansowana cukrzyca. Zaledwie dwa miesiące później pożegnał się z tym światem, dożywszy matuzalemowych sześćdziesięciu lat. Król jegomość, podejrzewając jeszcze gorsze scenariusze, postanowił dyskretnie ulokować swoje drobne oszczędności w bankach Paryża i Londynu – choć sam Hiszpan, zanadto nie ufał Bankowi Hiszpanii.
Nie pomylił się ani trochę. W dniu 12 kwietnia 1931 roku w Hiszpanii przeprowadzono wybory, w których zdecydowana większość mieszkańców odrzuciła monarchę i opowiedziała się za modelem republiki, kierowanej przez koalicję narodowo-socjalistyczną. Zaraz czternastego kwietnia proklamowano w Hiszpanii republikę, na której czele stanął Niceto Alcalá Zamora. Król Alfons zdawszy sobie sprawę, że żarty się skończyły, natychmiast abdykował i nawet nie zmieniwszy spodni zwinął odwłok w troki i kazał zawieźć się automobilem do Cartageny (360 kilometrów od Madrytu), a tam wstąpił na pokład okrętu Principe Alfonso, sam taszcząc osobiste kuferki. Przebudzono go, kiedy Principe dopływał do Marsylii. Tu czekał już nań automobil, który zaraz następnego dnia dostawił go do Paryża. W tym samym czasie szlachetna jego małżonka Wiktoria Eugenia wraz z szóstką dzieci zmierzali już do Paryża pociągiem z baskijskiego Hendaye. Su Majestad w swoich kuferkach przewiózł do Paryża kosztowności warte podobno 41 milionów ówczesnych peset – byłoby to aktualnie 55 274 000 euro. Prócz tego, na czarną godzinę ulokowane miał w paryskich i londyńskich bankach zaskórniaki warte dzisiejszych 48 milionów euro. Ot, skromniutki zasiłek emerytalny, choć liczył sobie dopiero czterdzieści pięć lat.
Ogołociwszy królewski skarbiec monarcha zamknął sobie drogę powrotu do Hiszpanii. Zamieszkali na początek w luksusowym paryskim hotelu Meurice, nieopodal Luwru. Oboje z Wiktorią Eugenią byli jeszcze w kwiecie wieku (45 i 44 lata), szóstka dzieci niemal odchowana, tak więc czuli się wolni i bogaci, rzucili się przeto w wir paryskiego życia. Zaowocowało to licznymi zdradami, popełnianymi przez oboje. Do tego jeszcze Alfons często sam wyjeżdżał do Londynu i do Irlandii, gdzie trudno go było skontrolować, ale w końcu królowej udało się kilkakrotnie przyłapać do na zdradzie. W zaistniałej sytuacji postanowiła odseparować się od byłego króla i wyprowadzić się do Fointainebleau, gdzie zamieszkała w skromnym hotelu Savoy. Królewscy współmałżonkowie nigdy nie przeprowadzili formalnego rozwodu. Dawny monarcha wkrótce przeprowadził się do Rzymu i tam zamieszkał w królewskim apartamencie Grand Hotelu (aktualnie jest to Saint Regis Rome), niedaleko od Pałacu na Kwirynale, siedziby włoskich prezydentów. Źle mu tam nie było.
Źle za to, nawet bardzo źle, działo się Hiszpanom, co abdykować nie mogli i musieli pozostać w iberyjskim kraju, bez żadnych klejnotów ani napęczniałych kont w zagranicznych bankach. Po abdykacji króla nastał tu bezprecedensowy w historii kryzys i znikąd było oczekiwać pomocy. Po Wielkim Kryzysie z roku 1929 rządy Drugiej Republiki swoje reformy pośpiesznie rozpoczęły zaraz w roku 1931, od przyznania kobietom prawa wyborczego, do czego niezbędne okazało się wprowadzenie poprawek do Konstytucji, a to wywołało konflikty między deputowanymi do Kortezów. W ślad za tym, jeszcze w grudniu 1931 roku przeprowadzono reformę szkolnictwa, tworząc bezpłatne szkoły publiczne, zarówno dla chłopców jak też dziewczynek, ażeby uwolnić się od dominacji szkół katolickich. To akurat wywołało ogromne napięcia w parlamencie. Na koniec, 9 września 1932 roku przyjęto reformę rolną. Jej mocą wywłaszczono właścicieli wielkich latyfundiów, głównie w południowej połowie Hiszpanii, płacąc im odszkodowania, owe tereny zaś dzieląc pomiędzy chłopów i najemników rolnych. W owej ostatniej reformie wyraźnie wzorowano się na modelu radzieckim Włodzimierza Lenin oraz Józefa Stalina, chociaż tamci wywłaszczonym nie płacili ani jednej złamanej kopiejki odszkodowania, tworząc sobie kołchozy i sowchozy.
Wspomniane trzy reformy, a do tego jeszcze powszechna obawa przemysłowców o to, że również oni, podobnie jak właściciele ziemscy, mogą zostać wywłaszczeni ze swych fabryk niemal doszczętnie zachwiały hiszpańską gospodarką, nijak nie mogącą podźwignąć się po kryzysie roku 1929. Okres Drugiej Republiki, a szczególnie lata 1932 do 1936, charakteryzowały się masowymi manifestacjami, nie tylko w dużych miastach, niemal zawsze kończącymi się starciami z policją, niszczeniem mienia publicznego oraz grabieżą. Obawiano się wychodzić na ulice, nie tylko wieczorem. Winy zaistniałej sytuacji upatrywano także w Kościele, przeto wzmagała się nienawiść religijna. Władze państwowe, a też lokalne, stosowały brutalne represje policyjne, którymi nijak nie potrafiły zaradzić społecznej niestabilności, a ta bezpośrednio przenosiła się na niestabilność polityczną. Trudno wszak mówić o politycznej niestabilności, bowiem w roku 1933 nastąpiło w Hiszpanii niemal zupełne rozbicie polityczne. Obok tradycyjnych dla Hiszpanii partii prawicowych, skupionych wokół powstałej wtedy Falangi Hiszpańskiej w Kortezach reprezentowane były partie republikańskie prawicowa i lewicowa, partia socjalistyczna oraz partie nacjonalistyczne: katalońska i baskijska. Nie dziwi zatem, że w okresie trwania Drugiej Republiki (1931-36) jej premierzy zmieniali się aż dziewięciokrotnie, a różnych ministrów wymieniano nawet co kilka tygodni. Dyskusje polityczne, miast prowadzić do jakichś konstruktywnych decyzji, bardzo często kończyły się wrzaskliwymi kłótniami, a niekiedy nawet strzelaninami. Historyk Eduardo Renobales, specjalizujący się w owym okresie, udokumentował na kartach niedawno wydanej książki El pistolerismo en Bizkaia durante la Repúblina (1931-1936) ponad dwieście mordów politycznych popełnionych z pomocą pistoletów w owym okresie tylko w Bilbao. Zjawisko pistoleryzmu występowało przede wszystkim w Madrycie, Bilbao, Barcelonie oraz w Sewilli. W niedzielę 12 lipca 1936 roku grupa falangistów zastrzeliła w Madrycie porucznika oddziału szturmowego Joségo Castillo, ponieważ obwiniali go o śmierć w czasie manifestacji jednego z członków ich bojówki. Zaraz następnego dnia, nad ranem bojówkarze socjalistyczni dostali się do domu Joségo Calvo Sotelo, działacza prawicowego, wyprowadzi go na ulicę, zastrzelili, po czym porzucili zwłoki obok cmentarza Almudena.
*
UMIĘDZYNARODOWIENIE KONFLIKTU – Francisco Franco y Bahamonde mianowany został generałem brygady w dniu 3 lutego 1926 roku, licząc sobie wówczas zaledwie 33 lata (prawdopodobnie był owego dnia najmłodszym generałem w Europie). Z Josém Calvo Sotelo znali się dobrze od owego czasu, kiedy ten był ministrem skarbu w rządzie Miguela Primo de Rivery. Byli niemal rówieśnikami i utrzymywali zażyłe stosunki. Wieść o zabójstwie Calvo Sotelo dotarła do generała, kiedy ów akurat pełnił służbę na Teneryfie. Ten natychmiast skontaktował się z generałem Emilio Mola Vidalem, starszym od siebie o pięć lat i pochodzącym z kubańskiego Placetas. Generał Mola już od jakiegoś czasu przygotowywał plan interwencji wojskowej w Hiszpanii, będąc przeświadczony, iż jedynie taka powstrzyma pogłębiający się w tym kraju chaos i coraz większą biedę. Generał Mola akurat w tym czasie przebywał w Pampelunie. Uzgodnili przeto, że to Francisco Franco uderzy na Hiszpanię z terenów północnej Afryki, on zaś przejmie kontrolę, kiedy armia będzie już na kontynencie europejskim. Plan interwencji został zawczasu przygotowany, ale jego detonatorem najprawdopodobniej okazał się madrycki zamach na José Calvo Sotelo z 13 lipca 1936 roku. W ciągu zaledwie czterech dni nad Hiszpanią rozpętało się najprawdziwsze piekło.
Generał Francisco Franco nazbyt wiele się nie zastanawiał. Jak najszybciej przedostał się z Teneryfy na Gran Canarię. W tamtejszej Komendanturze Wojskowej, w dniu 18 lipca 1936 roku proklamował stan wojenny na obszarze całej Hiszpanii, stamtąd zaś poleciał dwupłatowym angielskim samolotem De Hawiland DH-89 Dragon Rapide do marokańskiego Tetuáuu, wówczas hiszpańskiego protektoratu, skąd drogą lądową generał dotarł do Ceuty. Stąd statkami przerzucił swoje wojska do Algeciras, już na kontynent europejski i tam spotkał się z oporem andaluzyjskich wojsk wiernych Drugiej Republice. Tak oto rozpętała się na terenie Hiszpanii wojna. Jak oficjalnie informują obecnie źródła hiszpańskie, przeciwko sobie stanęły w niej siły republikańskie i narodowe. Kraj wstąpił w nowy, szczególnie krwawy okres swojej historii.
Hiszpańscy historycy dzielą tę wojnę na cztery okresy. Ów pierwszy, trwający od lipca do listopada 1936 roku nazwali Guerra de Columnas (Wojną Kolumn). Kolumny generała Franco szybko zmierzały ku Madrytowi z południa, od Kadyksu, Sewilli, Kordoby, przez Estremadurę, z drugiej zaś strony od Malagi przez Jaén i Kastylię La Manchę. W dniu 27 września 1936 roku wojska Franco, wspierane przez kolumny afrykańskie generała José Enrique Varelę zdobyły Alcazar w Toledo, zmuszając republikanów do wycofania się w kierunku Madrytu. Z drugiej strony, od północy kampanią kierował generał Emilio Mola. Jego siły zdołały zająć obszary od Nawarry aż po góry Guadarrama. W ten sposób stołeczny Madryt osaczony został praktycznie dookoła. Już na owym wstępnym etapie hiszpańska wojna nabrała charakteru międzynarodowego, trudno zatem z czystym sumieniem nazwać ją wojną domową. Generał Francisco Franco powołał pod broń około 85 tysięcy muzułmanów z marokańskiego protektoratu Hiszpanii, na co Mohamend V, ówczesny sułtan Maroka trwożliwie przyzwolił. Wsparcia, na razie logistycznego, udzielały wojskom generała również, faszystowskie Włochy, nazistowskie Niemcy oraz portugalskie Estado Novo, kierowane przez António de Oliveirę Salazara. Portugalia wkrótce zaczęła dostarczać wojskom Franco paliwa oraz uzbrojenie, a też zapewniać rannym opiekę medyczną. Salazar postanowił tak postąpić, ponieważ obawiał się przeniknięcia do swojego kraju wpływów hiszpańskiej partii socjalistycznej (akurat ta znajdowała się u władzy, kiedy wybuchła wojna), a jeszcze bardziej komunistów. Tych zresztą obawiano się wszędzie na świecie, nie tylko na Półwyspie Iberyjskim. Hiszpańska wojna coraz bardziej i coraz szybciej się internacjonalizowała.
Francja i Wielka Brytania postanowiły zachować w hiszpańskiej wojnie „domowej” stanowisko neutralne, na dodatek wprowadzając embargo na dostawy uzbrojenia do iberyjskiego kraju. Zaraz we wrześniu 1936 roku Francisco Largo Caballero, ówczesny socjalistyczny premier rządu Drugiej Republiki wraz z ministrem skarbu, również socjalistą Juanem Negrínem oficjalnie zwrócili się o jak najdalej idącą pomoc do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich a konkretnie do jego stalinowskiego wodza Josipa Dżugaszwili Stalina. Ów natychmiast przyklasnął idei. Pierwsi sowieccy żołnierze pojawili się w Hiszpanii jeszcze w końcu września 1936 roku. W ślad za nimi ZSRR wysłał rozlicznych specjalistów, żeby po spodziewanych wiktoriach na froncie przemodelowały hiszpańską gospodarkę na wzór sowiecki. W tym wypadku akurat źródła hiszpańskie i rosyjskie (Jurija Rybałkina) są niemal zgodne: podają liczbę pomiędzy dwoma a trzema tysiącami czerwonoarmistów wojujących za Pirenejami. O liczbie „specjalistów” (proszę czytać: szpiegów) ani hiszpańskie, ani radzieckie źródła zgodnie, unisono nie wspominają.
Mało znanym, za to bardzo ważnym incydentem z owego etapu hiszpańskiej wojny jest wysłanie z Madrytu do Moskwy rezerw złota Banku Hiszpańskiego, ażeby tam spokojnie przetrwały czasy wojennej zawieruchy. Ofertę bezpiecznego przechowania złota złożyły rządowi Drugiej Republiki Francja i Wielka Brytania, ale towarzysze Largo Caballero i Juan Negrín bardziej zaufali Sowietom. Złote sztabki – było tego ponad 510 ton! – udało się dyskretnie przewieźć ciężarówkami z Madrytu do Cartageny, gdzie oczekiwały Chruso, Newa, Kim i Wołgores, cztery sowieckie okręty, na które załadowano świetlisty towar, który 25 października dotarł do Odessy, zaś stamtąd 6 listopada pilnie strzeżonym konwojem do Moskwy, gdzie wszelki ślad po nim zaginął. Operacją kierował niejaki Aleksandr Orłow, szpieg NKWD. Ten w roku 1938 uciekł do Stanów Zjednoczonych w obawie, że stalowy, bo przecie nie złoty Stalin, posądzi go o zakamuflowanie jakiejś sztabki dla siebie i tam dożył swoich lat w Cleveland, gdzie dopadł go nowotwór i skosił. Kiedy w roku 1982 hiszpański premier, Adolfo Suárez, nieśmiało zapytał Sowietów o zdeponowany skarb krzaczastobrwisty Leonid Breżniew kazał mu odpowiedzieć, iż nic mu o takowym incydencie nie wiadomo, a jeśli nawet miał on miejsce, to złote sztabki Banco de España dawno już przekuto na armaty, wspomagające hiszpańskich republikanów w ich wojnie z faszystami. Zresztą „Moskiewskie złoto”, jak się je w Hiszpanii zowie i tak w dawniejszych czasach należało do Inków, Majów i Azteków. I takie było błyszczące, amerykańskie. Szkoda!
Jeszcze w październiku 1936 roku zaczęły nacierać do Hiszpanii rzesze ochotników z połowy świata, wezwanych przez radziecki Komintern dla obrony tego kraju przed faszyzmem, nazwanych Międzynarodowymi Brygadami. Ich centrum dowodzenia zorganizowano w prowincjonalnym Albacete. Sowiecka propaganda poskutkowała. La Enciclopedia Espasa, najobszerniejsza spośród wszystkich opublikowanych w Hiszpani zdradza, że w latach 1936 i 1937 do Hiszpanii zjechało co najmniej 59 000 wolontariuszy z 53 krajów, bodaj ze wszystkich kontynentów, również z Australii. Jedną z najbardziej znanych postaci owego centrum okazał się blisko czterdziestoletni warszawiak, Karol Świerczewski, ukrywający się pod pseudonimem Generał Walter, zażarty obrońca nie tyle hiszpańskiej Drugiej Republiki, ile stalinowskiego komunizmu. Prawdą jest, że w latach wojny hiszpańskiej uważano owego opijusa za znaczącego bohatera, ale później oceny drastycznie się zmieniły: dziś Świerczewski traktowany jest w Hiszpanii jako criminal de guerra (zbrodniarz wojenny). Dowodem na to są jego decyzje, wydane po pijanemu podczas bitwy o Teruel w czasie kampanii aragońskiej, kiedy to Walter posłał żołnierzy swojego batalionu na pewną śmierć. Nie wiem, czy jest gdzieś jeszcze w Polsce ulica albo plac imienia Karola Świerczewskiego, bowiem w kraju płaczącej wierzby, nawet obecnie, takich tajemnic się nie ujawnia. Być może tylko w bieszczadzkim Baligrodzie, gdzie sprawiedliwa kula dosięgła „człowieka, który się kulom nie kłaniał”, co jedynie potwierdza, że nie warto pokładać nadziei w jakimkolwiek ziemskim bohaterze.
*
KROK PO KROKU, KU PÓŁNOCY – Na północy Hiszpanii sytuacja wyglądała na znacznie spokojniejszą chociaż nie wszędzie. Galicja i Nawarra, a także lwia część Kastylii-Leonu zostały zajęte przez wojska generałów Franco i Mola niemal bez walk. Widząc, co się dzieje i na co się zanosi, Eusko Jaurlaritza, lokalny rząd Kraju Basków, kierowany przez lehendakari (prezydenta) Jose Antonio Agirre Lekube natychmiast postanowił zbudować linię bunkrów, tuneli i okopów dla obrony aglomeracji Bilbao, najbardziej uprzemysłowionej strefy Kraju Basków. Linia nazwana Burdin Hesia, co oznacza Żelazny Pas, licząca 80 kilometrów miała chronić dostępu do Bilbao i okolicznych ośrodków przemysłowych, a też do najważniejszego portu na północy Hiszpanii, a przez to niezwykle ważnego ze strategicznego punktu widzenia. Tymczasem w dniu 23 listopada 1936 roku generałowie Francisco Franco i Emilio Mola zdecydowali się przypuścić frontalny atak na stołeczny Madryt, czym wymusiły wycofanie się formacji republikańskich na wschód, ku Aragonii i Katalonii. Te zdołały umocnić się na linii rzeki Ebro, a również w całym regionie Walencji. Zaraz z początkiem roku 1937 w sukurs frankistom pośpieszyło kilka okrętów włoskich, zagradzając republikanom dostęp do Balearów. Jeden z nich, krążownik Eugenio di Sabaudia, podpłynął w sobotę 13 lutego w 1937 roku ku Barcelonie, zatrzymując się w odległości około dziewięciu kilometrów od brzegu. Celem jego było zaatakowanie fabryki Elizalde Motores, produkującej silniki dla samolotów bojowych na potrzeby republikanów. Krótko po dziesiątej wieczorem z jego dział w ciągu zaledwie pięciu minut wystrzelono w jej kierunku 72 pociski, zabijając 18 osób. Póki co jednak wojska Francisco Franco Katalonii nie zaatakowały.
Był poniedziałek 26 kwietnia 1937 roku. W baskijskim miasteczku Gernika (po hiszpańsku Guernica) tradycyjnie miał miejsce targ, na którym mieszkańcy mogli kupić sobie wszystko, czego akurat potrzebowali na najbliższe dni albo nawet na te dalsze. Sam targ, tradycyjnie odbywający się przed południem, przebiegł spokojnie; obładowani zakupami mieszkańcy bez problemów powrócili do swych domów. Tragedia rozpoczęła się około wpół do piątej po południu. Od południa, na polecenie komanda Kondor nadleciały niemieckie Junkersy Ju-52 i wraz z nimi kilka włoskich, rozpoczynając bombardowanie miasta, w tamtych czasach zamieszkanego przez około pięć tysięcy obywateli. Do dziś nie wiadomo, dokładnie ilu z nich owego dnia uśmiercili. Do niedawna statystyki podawały liczbę 126, ostatnimi czasy mówi się, że mogło ich być nawet ponad dwa tysiące. Zastanawia zapewne, dlaczego celem ataku obrano akurat Gernikę, a nie którekolwiek inne miasto baskijskie. Ano dlatego, że akurat w tym mieście, zaledwie pół roku wcześniej Jose Antonio Agirre, pierwszy w historii lehendakari (prezydent) Kraju Basków złożył przysięgę. Gernika stała się symbolem baskijskiego nacjonalizmu, a od owego nalotu symbolem całej hiszpańskiej wojny.
W Madrycie najbardziej zaciekłe walki trwały do końca marca 1937 roku, chociaż bombardowania i ostrzeliwania różnych obiektów przeciągały się nieprzerwanie aż do zakończenia wojny. Wkrótce też wojska frankistowskie przypuściły ofensywę przeciwko najważniejszym miastom baskijskim: Donostia (San Sebastián) i Bilbo (Bilbao). W dniu 12 czerwca roku zdołały przełamać Żelazny Pas. Wydatnie pomógł im w tym jeden z jego autorów, inżynier Alejandro Goikoechea, który przeszedł na stronę generała Franco, przekazał jego wojskom plany „żelaznych” umocnień i wskazał słabe ich punkty. Po przełamaniu Żelaznego Pasa wojska wierne generałom Franco i Mola wygrały ważne bitwy o Santander oraz asturiańskie Mazucu, praktycznie opanowując całą północ Hiszpanii. Pozostały im jeszcze Aragonia, Katalonia i region Walencji. W tym czasie, 3 czerwca 1937 roku zginął generał Emilio Mola, liczący sobie ledwie 47 lat. Kiedy leciał z Burgos do Valladolid, jego Airspeed Envoy, w czasie silnej burzy i w gęstej mgle roztrzaskał się w górach w wiosce Alcocero (dziś Alcocero de Mora), w pobliżu Burgos. W katastrofie prócz generała i pilota zginęły jeszcze cztery osoby. Nikt nie przeżył. A wojna w Hiszpanii toczyła się dalej w wojennym rytmie.
Ostatnim jej aktem była kampania w Aragonii i Katalonii, rozpoczęta w dniu 15 grudnia 1937 roku atakiem armii frankistowskiej na miasto Teruel, położone na południu Aragonii. Wielce się myli, kto myśli, że cała Hiszpania jest krajem słońca i kostiumów bikini na plażach. Zima zazwyczaj bywa tu zimniejsza niż w Polsce, a już w rejonie tak zwanego Triangulo de Hielo (Lodowego Trójkąta) pomiędzy miastami Soria, Guadalajara i Teruel, gdzie zimą temperatury mogą spaść nawet poniżej minus piętnastu stopni Celsjusza i utrzymać się takimi nawet przez kilka tygodni. W owych warunkach bardziej odpornymi okazali się wojacy generała Francisco Franco i zdobyli Teruel. Najbardziej zawiedzeni byli sowieccy czerwonoarmiści, bo w Moskwie obiecywali im, że w Hiszpanii przyczółki zdobędą raz-dwa-trzy a potem pępkami do góry będą wylegiwać się na piaskach, a tymczasem nici z tego. Z nastaniem wiosny republikański generał Vicente Rojo przystąpił ko frontalnego kontrataku, niestety niewiele mu z tego wyszło, ponieważ zastępy generała Franco zdążyły skutecznie się przegrupować i zająć strategiczne pozycje wzdłuż rzeki Ebro.
Słynna bitwa o Ebro, najkrwawsza ze wszystkich w całej historii hiszpańskiej wojny rozpoczęła się 25 lipca w 1938 roku i trwała prawie cztery miesiące, do 16 listopada. Wojska generała Franco zaatakowały w kilku miejscach, ale największe siły skoncentrowały na wysokości katalońskiej Tortosy, chcąc właśnie w tym miejscu przełamać front republikański, żeby odciąć go od regionu Walencji. Manewr się powiódł chociaż kosztował życie trzydziestu tysięcy walczących, przede wszystkim po stronie republikańskiej. Jeszcze w roku 1938 wojska generała Francisco Franco wkroczyły na teren Katalonii, gdzie opór napotkały niewielki. Owszem, bombardowano Tarragonę, Barcelonę, Gironę oraz krańce północne chociaż bez poważniejszych konsekwencji. W marcu 1938 roku generałowi Francisco Franco poddała się również Walencja i cały jej region.
Hiszpańska wojna zakończyła się w sobotę 1 kwietnia roku 1939. Nie podpisano absolutnie żadnego porozumienia pokojowego. Republikanie oficjalnie nie uznali się za pokonanych, zaś generał Franco wygłosił w Burgos przemówienie, w którym uznał się zwycięzcą i ogłosił w całym kraju zakończenie działań wojennych. Hiszpanom pozostało teraz zabliźniać głębokie rany.
*
ZGODNIE z danymi Censo Estatal de Víctimas (Krajowego Rejestru Ofiar) w hiszpańskiej wojnie zginęło ponad pół miliona osób, niektóre dane mówią nawet o sześciuset tysiącach. Chodzi o ofiary po obu stronach konfliktu, zarówno republikańskiej jak też frankistowskiej. Ponad połowa owej liczby przypadła na Madryt i Katalonię, sporo też straciło życie w Andaluzji oraz w Kraju Basków. W archiwach wojennych hiszpańskiej wojny wspomina się blisko sześć tysięcy mogił zbiorowych, z czego udało się zlokalizować zaledwie 2.650. Od zakończenia konfliktu minęło 87 lat, a ciągle jeszcze sto czterdzieści tysięcy osób uznaje się za zaginione i z upływem czasu topnieją szanse na ich odnalezienie. Od czasu do czasu pojawiają się wprawdzie informacje o znalezieniu jakiejś mogiły z resztkami kilku osób, ale wygląda to na poszukiwanie igły w stogu siana. Upływający czas wybitnie działa na niekorzyść, a do tego dochodzi brak albo zniszczenie dokumentów pogrzebanych ofiar. Bank ADN niewiele może tu pomóc. W ciągu trzydziestu sześciu lat dyktatury generała Francisco Franco, jakie nastąpiły po zakończeniu wojny starano się przecież zacierać wszelkie ślady zbrodni popełnianych w czasie działań wojennych. Co zrozumiałe, nie jest też możliwe ustalenie liczby rannych. Ostrożniutko szacuje się, że było ich co najmniej pół miliona.
Do strat ludzkich należy wliczyć również tych, którzy z powodu wojny udali się na wygnanie. To kolejne pół miliona, z czego 450 000 do Francji. Zjawisko masowej wojennej migracji nasiliło się zwłaszcza w ostatnich dwóch miesiącach wojny, po upadku Katalonii. Wymienione czynniki sprawiły, iż w latach 1936-1939 populacja Hiszpanii się nie zmieniła, pozostając na poziomie około dwudziestu pięciu milionów. Na pomoc hiszpańskim uchodźcom najszerzej otworzyli serca Francuzi, o czym do dziś się im tego nie zapomina. Piszę nie tylko o pomocy oficjalnej, ze strony władz politycznych (prezydentem Francji był wówczas Albert Lebrun), lecz o tej ludzkiej, spontanicznej. Na krótko przed pandemią oprowadzałem po Barcelonie grupę emerytów z francuskiego Nancy. Wspomniałem, gdzie stał dawniej pomnik generała Franco, siedzącego na koniu, autorstwa Josepa Llimony. W czasie obiadu przysiadła się do mojego stolika starsza pani i opowiedziała swoją historię z lat hiszpańskiej wojny. Kiedy miała pięć lata a jej brat siedem, rodzice pieszo przekroczyli granicę w Port Boua po czym pieszo przedostali się do francuskiego Perpìgnan. Tam najpierw ulokowano ich w sali gimnastycznej jakiejś szkoły, gdzie spali na materacach. Zaraz na drugi dzień zjawiło się jakieś francuskie małżeństwoa a zobaczywszy rodzinę z dwójką małych dzieci zabrali ich do swojego domu i gościli dopóty, dopóki władze nie ulokowały ich w socjalnym mieszkaniu w okolicach Nancy. Podobnych przykładów były w tamtym okresie dziesiątki.
Zdecydowaną większość uchodźców, ponad trzysta tysięcy stanowili obrońcy skompromitowanej Drugiej Republiki. Nie moim zadaniem jest osądzać. Niemniej, gdyby po abdykacji i ucieczce króla Alfonsa XIII poważniej zajęli się rozwiązaniem problemów mieszkańców Hiszpanii i nie skakali sobie do gardeł ani nie strzelali do siebie z pistoletów, sprawy potoczyłyby się inaczej. W niedzielę 19 lipca 1936 roku towarzyszka Dolores Ibaruri, przewodząca Hiszpańskiej Partii Komunistycznej zakrzyknęła w Madrycie do radiowych mikrofonów słynne: ¡No pasarán! (Nie przejdą!). Oj, przeszli, towarzyszko, i to jeszcze jak daleko doszli, czemu wy w znacznej mierze sami jesteście winni. Widząc to, przesławna La Pasionaria (Męczennica) w popłochu uciekła do Moskwy, skąd do Madrytu powróciła dopiero w roku 1977, już po śmierci generała Francisco Franco. Do radiowych mikrofonów nie wykrzykiwała już niczego. W Moskwie żadnego mauzoleum jej nie zbudowano.
Specjalny fragment dzisiejszego artykułu pragnę teraz poświęcić hiszpańskim dzieciom wojny. Ponad trzydzieści tysięcy z nich deportowano, głównie do Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, a nawet do Meksyku, gdzie nazwano je Niños de Morelia (Dzieci Morelowe) – tych ostatnich było 455. Blisko trzy tysiące, dokładnie 2895 trafiło do Związku Radzieckiego, co zapewne było dla nich ogromnym szokiem, od maleńkości bowiem musiały tam nasiąkać stalinizmem, a przy tym uczyć się całkowicie obcych liter, żeby po jakimś czasie móc deklamować: Ałfawit uże my znajem, uże piszem i czitajem, a w czasach pionierskich coś podobnego polskiemu Zdobywczym krokiem idziemy w słoneczny świat, wznosząc do góry i czoło, i pieśń. My nowe życie stworzymy i nowy ład … Tutejsze źródła podają, że zaraz po śmierci Josipa Stalina (5 marca 1953) tysiąc dziewięćset dwadzieścioro z nich, już jako dorośli powróciło do Hiszpanii, nie zapomniawszy mowy Miguela de Cervantesa. Tamci z Belgii, Francji, Wielkiej Brytanii i Meksyku przynajmniej nie musieli się uczyć nowego, całkowicie im obcego ałfawitu. Przynajmniej tego wredne życie im oszczędziło.
*
HISZPAŃSKĄ WOJNĘ z lat 1936 – 1939 świat cały nazywa wojną domową, z czym ja absolutnie się nie zgadzam. Ani razu w dzisiejszym artykule nie użyłem takowego terminu, lecz raczej pisałem w odniesieniu do niej „hiszpańska wojna”. Prawdą jest, że jej działania nie wyszły poza granice Hiszpanii, ale przecież bezpośrednio uwikłało się w nią pięć innych krajów: ówczesny sułtanat Maroka, Niemcy, Włochy, Portugalia oraz Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Nie była to zatem wojna domowa, lecz międzynarodowa, w pełnym znaczeniu owego przymiotnika. Jej znamiona, a również jej konsekwencje wszystko to zdecydowanie potwierdzają. Nazwanie jej domową w Hiszpanii, a potem w innych krajach wyraźnie zakłamuje historię. Oprócz tego jeszcze wymienione kraje, zamiast rzetelnie bronić wolności mieszkańców Hiszpanii coraz bardziej rozjątrzały konflikt, dostarczając obu stronom uzbrojenie, którego najwięcej wysyłał tu Związek Radziecki, zamierzając chyba utworzyć na Półwyspie Iberyjskim jeszcze jedną socjalistyczną republikę radziecką. Pireneje wszak nie okazały się dla Józefa Stalina jego gruzińskim Kaukazem. I dobrze mu tak. Niewiele mu brakowało, żeby zapanować nad obszarem od Pacyfiku do Atlantyku i stać się podobnym amerykańskiemu prezydentowi Franklinowi D. Rooseveltowi. Przeszło koło nosa.
Nie wolno przy tym zapomnieć o Międzynarodowych Brygadach, które do Hiszpanii wysłała ogólnoświatowa dziennikarska propaganda, rzekomo dla bronienia wolności Hiszpanów, jakby to oni nie potrafili sami jej bronić choć dożyli czasów ciekawych, ale niełatwych. Walczyło w nich około trzydziestu pięciu tysięcy wolontariuszy z pięćdziesięciu czterech krajów wszystkich kontynentów. Dziś owych krajów byłoby ponad osiemdziesiąt, bo przecież od owego czasu wielce zmieniła się polityczna geografia świata. Większość owych ludzi w ogóle nie została przeszkolona do walki na polu bitwy. Wystarczyło, żeby potrafili odbezpieczyć granat i go rzucić, nieważne, w kogo trafi. W Pierwszej Wojnie Światowej wzięło udział ponad trzydzieści państw, w drugiej już ponad siedemdziesiąt, w wojnie hiszpańskiej pięćdziesiąt cztery. Jeśli ktoś jeszcze ośmiela się nazywać hiszpańską wojnę z lat 1936-1939 domową, w pierwszej kolejności okłamuje sam siebie, w dalszej swoich sąsiadów i znajomych a w końcu całą resztę śwata. Ot, i tyle.
„No pasaran!” („Nie przejdą!”) – trzepotała jęzorkiem do radiowych mikrofonów Dolores Ibaruri. Przeszli, towarzyszko Dolorciu, a wy sami jesteście tego winni, ponieważ chcieliście w Hiszpanii zaprowadzić porządek komunistyczny zapominając o tym, że tutejsi ludzie potrzebowali po prostu porządku człowieczego. To wy winni jesteście własnej przegranej i zwycięstwa w wojnie hiszpańskiej generała Francisco Franco, a po niej nastania dyktatury trwającej aż do jego śmierci. Do tego wszystkiego przepadku pięciuset dziesięciu ton złota z rezerw Banco de España, o czym niektórzy jeszcze nie zapomnieli choć od wywiezienia go z Madrytu do Moskwy wkrótce minie dziewięćdziesiąt lat. Choć nie światowa, hiszpańska wojna zachwiała niemal połową świata.
Wygląda nieco, jakbym w dzisiejszym moim artykule usprawiedliwiał poczynania w czasie owej wojny generała Francisco Franco, zaś przeciwstawiał się republikanom. Otóż nie. To generałowie Franco i Mola dokonali zamachu stanu i to oni rozpoczęli wojnę, w której mordowali wrogów i za to pozwie ich Bóg na sąd – zwłaszcza że czynili to w Jego imię, bo przecież obaj byli gorliwymi katolikami. W Kazaniu na Górze założyciel chrześcijaństwa Jezus Chrystus nakazał ‘miłować nawet nieprzyjaciół swoich’, ale panowie generałowie widocznie nie doczytali do tego miejsca Ewangelii Mateusza (5:44,45) albo w czasie katechezy katecheta im tego jasno nie wytłumaczył i dlatego ich żołnierze dopuszczali się zbrodni, o których zaświadczają zbiorowe mogiły rozsiane po całej Hiszpanii. Światowa literatura oraz środki masowej informacji przedstawiły republikanów jako bielusieńkich aniołków, a wcale takimi nie byli i to właśnie chciałem realistycznie pokazać na stronach dzisiejszego artykułu. Są w takim razie współodpowiedzialni hiszpańskiej tragedii. W prasie (telewizji ani Internetu jeszcze w owych czasach nie było) rozpropagowano ich jako obrońców prawdziwej demokracji ani słowem nie wyjaśniając, czym w ogóle takowa jest. Demokracja, choćby owo słowo oprawić w szczerozłociutkie ramki nie polega na eksponowaniu własnych idei, poprzez skakanie w parlamencie opozycyjnym przeciwnikom do gardeł i oczu, lecz na wspólnym działaniu dla dobra wszystkich obywateli. Żeby taki stopień demokracji osiągnąć, trzeba jednak doróść do politycznej dorosłości i uwolnić samego siebie od pozornie demokratycznej dziecinady, jaka i dzisiaj cechuje wiele demokratycznych parlamentów. Ot, i wszystko. Na sam koniec demokratycznie powiem jedno: oby żadnemu krajowi naszego demokratycznego świata nie przydarzyła się wojna domowa, po której obywatelom pozostawałoby jedynie opłakiwać ofiary.
27 czerwca 2026
Jerzy Leszczyński


