Ewa i Bogumił Liszewscy – Historia pisana wierszem – Zapomniany obóz
Share

Pomnik Pękniętego Serca w Parku Szarych Szeregów w Łodzi. Fot. z archiwum autorów.
Mało znanym epizodem niemieckiego terroru z okresu II wojny światowej było utworzenie na terenie Łodzi w grudniu 1942 roku obozu przeznaczonego wyłącznie dla polskich dzieci. Chociaż przy niektórych obozach koncentracyjnych dla dorosłych funkcjonowały wydzielone miejsca, w których więziono odebrane rodzicom dzieci, to istnienie odrębnej placówki podobnej do obozu koncentracyjnego przeznaczonego wyłącznie tylko dla dzieci było ewenementem w skali Polski i Europy.
Hitlerowcy wzorowali się na utworzonym rok wcześniej obozie dla młodzieży męskiej przeważnie niemieckiej w dolnosaksońskiej wiosce Moringen, w którym więziono także Polaków. Umieszczano tam dzieci wrogów politycznych III Rzeszy i elementy zdemoralizowane. Niemcy nie nagłaśniali faktu otwarcia łódzkiego obozu, dlatego też do końca wojny o jego istnieniu mało kto wiedział. Nie zachowała się też żadna dokumentacja, która najprawdopodobniej została zniszczona przed wkroczeniem do Łodzi Rosjan lub wywieziona.
Kamuflażowi sprzyjał fakt, że ze wszystkich stron obóz otaczały tereny getta i żydowskiego cmentarza. Jedyny kontakt z miastem zapewniała stojąca od strony wschodniej szeroka brama przy ul. Przemysłowej. Teren otoczony był wysokim parkanem, w którego narożnikach mieściły się wieżyczki strażnicze. Wewnątrz było kilkanaście niedużych murowanych domów i wybudowanych na potrzeby obozu drewnianych baraków, pomiędzy którymi mieścił się plac apelowy.
Po zakończeniu wojny nie sporządzono dokumentacji topograficznej terenu, nie zabezpieczono też innych istniejących jeszcze wówczas śladów. Większość starych budynków wyburzono, a w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i późniejszych dwudziestego wieku wybudowano tu osiedla mieszkaniowe złożone z kilkudziesięciu wielorodzinnych bloków.
Jednym z nielicznych ocalałych niemych świadków tego niemieckiego bestialstwa jest jednopiętrowy, murowany budynek administracyjny przy obecnej ulicy Przemysłowej. Niedawno stał się on własnością powstałego dopiero siedemdziesiąt sześć lat po wojnie „Muzeum Dzieci Polskich – Ofiar Totalitaryzmu”, a w przyszłości ma być przeznaczony do celów wystawienniczych i edukacyjnych. Docelowo w pobliżu ma powstać profesjonalny budynek muzealny. Tymczasowa siedziba muzeum mieści się obecnie na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 90. Zajmuje się głównie dokumentowaniem przeszłości obozu, gromadzeniem pamiątek po więźniach, działalnością edukacyjną, naukową i wystawienniczą.

Kamienica przy ul. Piotrkowskiej 90 w Łodzi. Tymczasowa siedziba Muzeum Dzieci Polskich – Ofiar Totalitaryzmu. Fot. z archiwum autorów.
Oficjalna niemiecka nazwa obozu „Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt”, sugerował, że miał on być czymś w rodzaju placówki prewencyjnej bądź też wychowawczej dla młodzieży polskiej, co nie było prawdą. Na podstawie relacji zebranych po wojnie od więzionych tam osób wynika, że był on w rzeczywistości odpowiednikiem obozu koncentracyjnego dla dorosłych, tyle że przeznaczonym wyłącznie dla dzieci.
Świadczyła o tym m.in. obsada obozu złożona w większości przez niemieckich policjantów, esesmanów i kilkudziesięciu cywili. Małoletnim więźniom przysługiwały zmniejszone racje żywnościowe. Nie było tutaj komór gazowych, ani krematorium, ale obowiązywały surowe rygory i regulaminy, takich jak w innych obozach koncentracyjnych. Pośród pracowników cywilnych dominowali Niemcy oraz osoby, które podpisały folkslistę, ale co smutne byli też kolaborujący z okupantem Polacy, m.in. obozowy fotograf i kilku wychowawców.

Więźniowie i ich nadzorcy. Fot. ze zbiorów archiwalnych Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.
Obóz przeznaczony był dla dzieci w wieku od ośmiu do szesnastu lat, jednakże przywożono też do niego kilkuletnie dzieci, a nawet niemowlaki i umieszczano je w oddzielnym budynku. Trafiały tutaj dzieci odebrane z różnych powodów rodzicom, schwytane w czasie ulicznych łapanek, bezdomne, czy też łamiące w różny sposób prawa ustanowione przez okupantów. Biologicznemu wyniszczeniu młodocianych więźniów sprzyjały nie tylko głód, ale także mordercza dziesięciogodzinna niewolnicza praca, system okrutnych kar i elementarny brak higieny wywołujący rozmaite choroby.

Więźniowie na apelu porannym. Fot. ze zbiorów archiwalnych Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.
Z ocalałych do dnia dzisiejszego listów pisanych przez dzieci wynika, że prosiły w nich rodziców nie tylko o przesłanie produktów żywnościowych, ale nawet o „kawałek mydła”. Przeważająca część pisanej przez dzieci korespondencji nigdy nie trafiła do adresatów, bowiem albo już nie żyli, bądź przebywali w niemieckich obozach koncentracyjnych, więzieniach, czy na przymusowych robotach. Wiele, szczególnie młodszych dzieci nie potrafiło nawiązać kontaktu z rodziną z braku umiejętności pisania bądź nieznajomości jej adresu.

Listy pisane przez dzieci do rodziców. Wystawa w Muzeum Dzieci Polskich – Ofiar Totalitaryzmu. Fot. z archiwum autorów.
Przy obozie funkcjonował system warsztatów, w których młodociani więźniowie wykonywali różne prace na rzecz niemieckiego przemysłu wojennego. Wyrabiano tam m.in. słomiane buty ochronne dla żołnierzy, wyroby z wikliny, skórzane paski do plecaków i inne drobne wyroby rymarskie przeznaczone dla wojska. Komendantem był szef łódzkiej policji kryminalnej Karl Ehrlich.
Dzieci przed przyjęciem często selekcjonowano pod względem rasowym. Te uznane za najbardziej przydatne do zniemczenia, kierowano do placówek opiekuńczych na terenie Rzeszy, a stamtąd do rodzin zastępczych, w celu ich wynarodowienia. Pozostałym odbierano rzeczy osobiste, fotografowano i nadawano numery. Należy pamiętać, że Łódź nazywana w okresie wojny przez Niemców Litzmannstadt z większą częścią przedwojennego województwa łódzkiego oraz Wielkopolską włączona została w granice Rzeszy do tzw. Kraju Warty. Głównym celem okupanta było wytępienie ludności polskiej na tych terenach, poprzez fizyczną eksterminację, wysiedlenia, bądź też germanizację.
Wyodrębnioną i odgrodzoną część obozu przeznaczono dla dziewcząt. Starsze dziewczynki zatrudniano w folwarku działającym w leżącej dwadzieścia kilometrów na północ od Łodzi wiosce Dzierżązna. Filia ta służyła do zaopatrywania obozu macierzystego w produkty żywnościowe. Warunki tam panujące były nieco lepsze niż w obozie na terenie miasta, ale trafiały tam dziewczęta najsprawniejsze fizycznie.
Brak dokumentacji utrudnia oszacowanie rzeczywistej liczby więźniów. Dawniej podawano, że było to kilkanaście tysięcy dzieci, po obecnych badaniach naukowych przyjmuje się, że było ich od dwóch do trzech tysięcy. Z imienia i nazwiska udało się zidentyfikować do tej pory około tysiąc sześćset z nich.
Równie trudne jest ustalenie liczby zmarłych. Wiadomo tylko, że w obozie panowała wysoka śmiertelność. Nie wykonywano w nim wyroków śmierci. Dzieci umierały z powodu biologicznego i psychicznego wyniszczenia organizmu, a czasem też wskutek bicia, bądź innych prześladowań. Zmarłych chowano na jedynym wówczas dostępnym dla Polaków cmentarzu św. Wojciecha w Łodzi.
Dopiero w osiemdziesiątą pierwszą rocznicę otwarcia obozu przy ul. Przemysłowej miejsce pochówku upamiętniono pomnikiem. Są tam podobno szczątki pięciuset dzieci, część z nich pochodzenia białoruskiego i ukraińskiego. Obóz miał jeszcze drugą filię na terenie jednej z fabryk włókienniczych Konstantynowa Łódzkiego, a uwięzione tam dzieci przywożono ze wschodu. O warunkach tam panujących niewiele dzisiaj wiadomo, bowiem po zajęciu Łodzi przez armię sowiecką ocalałe dzieci wywieziono natychmiast do Związku Radzieckiego.
Szczególnie złą sławą otoczona była komendantka obozu żeńskiego Sydonia Beyer (Bayer) i jej zastępczyni Genowefa Pohl vel Eugenia Pol, które w bestialski sposób znęcały się nad dziećmi, bijąc je i prześladując. Pierwsza z nich została skazana na karę śmierci tuż po wojnie, druga aresztowana w 1970 roku otrzymała karę dwudziestu pięciu lat więzienia. Po wojnie na karę śmierci skazano również słynącego z sadyzmu strażnika Edwarda Augusta, a drugi z oskarżonych obozowych funkcjonariuszy Teodor Busch zmarł w polskim więzieniu jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Pozostali członkowie załogi, policjanci i tak zwani wychowawcy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za swoje czyny, większość z nich dożyła starości.
Najbardziej znaną formą upamiętnienia nazistowskiego obozu dla dzieci w Łodzi jest monument nazywany potocznie przez mieszkańców miasta Pomnikiem Pękniętego Serca. Został odsłonięty w maju 1971 roku w Parku im. Szarych Szeregów, położonym obok dawnej zachodniej granicy obozu. W pobliżu pomnika znajduje się szereg płyt z wymienionymi nazwami miejscowości, z których pochodziły dzieci. W tym czasie o istnieniu obozu dowiedziało się dopiero polskie społeczeństwo, powstały pierwsze książki, opracowania historyczne, a także filmy.

Płyta przy pomniku. Fot. z archiwum autorów.
Oznakowano też jego teren oraz wiele miejsc, w których były obecnie nieistniejące obiekty obozowe. Punkty te można zobaczyć spacerując między blokami na obszarze leżącym pomiędzy ulicami: Sporną, Emilii Plater, Górniczą, Bracką i Przemysłową. W kilku miejscach postawiono miniaturowe rzeźby. Jedna z nich stanęła obok dawnego obozowego atelier. Przedstawia noszone przez dzieci buciki na drewnianych podeszwach i aparat fotograficzny. Druga znajduje się obok dzisiaj już nieistniejącej obieralni warzyw, w której pracowały dzieci. Obok dziecięcych drewniaków przedstawione są tam jeszcze takie rekwizyty, jak nóż i obierki.
Ewa i Bogumił Liszewscy


