Wywiady Adama Sęczkowskiego – Szczepan Sadurski: „Nie wszystko musi kończyć się wesoło”
Share
W świecie, w którym żart żyje krócej niż jego interpretacja, Szczepan Sadurski – satyryk, rysownik i twórca Partii Dobrego Humoru – mówi bez ironii o granicach humoru, wolności twórczej i satyrze, która coraz częściej przegrywa z tempem internetu.
Między planem a intuicją
Adam Sęczkowski: Panie Szczepanie, jeśli mogę tak mówić, czy dziś, po latach, widzi Pan swoją drogę twórczą jako świadomy plan czy raczej logiczny ciąg intuicyjnych decyzji?
Szczepan Sadurski: Życie byłoby nudne, gdyby można je było z góry zaplanować. To jak wojna: każdy ciągnie w swoją stronę i coś się uda, coś nie uda. Najważniejsze, żeby bilans był na plus.
Jest kilka okresów w moim życiu i każdy z nich przenikał się z innymi, nie było nagłych zwrotów. Mnie się udało. Robiłem to, co chciałem i co mnie ciekawiło, a przy okazji dawałem coś innym. Nie każdy może tak o sobie powiedzieć. Sądzę, że moje życie prywatne oraz zawodowe i twórcze generalnie wychodzi na plus. I wciąż mam głowę pełną różnego rodzaju pomysłów. Niestety, nawet jeśli dożyję setki, wszystkiego nie mam szansy zrealizować, bo dochodzą kolejne pomysły.
Kiedy humor przestał być tylko talentem, a stał się odpowiedzialnością wobec odbiorcy?
Nie lubię wielkich słów – talent jest jednym z nich. Oczywiście nie każdy go ma, choć wielu bardzo by tego chciało i pracowitością oraz cwaniactwem talentu nie nadrobi.
Gdy pierwszy numer „Dobrego Humoru” w 1991 roku trafił do kiosków, miałem 26 lat. Za mało, żeby myśleć, jak to się wszystko kiedyś potoczy. Prawdziwy mężczyzna powinien zasadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna. Ja jeszcze założyłem czasopismo, a kilka lat później w kioskach było ich pięć. Nawet jeśli była to gazetka z dowcipami, „Dobry Humor” i nawet dwustutysięczny nakład (według szacunków niektórych – milion czytelników miesięcznie) to była wielka odpowiedzialność jak na jednego człowieka, a nie dużą redakcję. Ale w tych kategoriach wtedy nie myślałem, chciałem robić coś ciekawego, co równocześnie podoba się innym. I to mi się udało.
Czy satyra ma dziś bardziej bawić, czy zmuszać do myślenia?
To abecadło satyry i humoru. Są satyrycy i satyra oraz humoryści i humor. Nie można mylić tych dwóch spraw. Satyra powinna zmuszać do myślenia, bawić i równocześnie uczyć.
Jak odróżnia Pan żart, który odsłania prawdę, od tego, który jest tylko efektowny?
Wolę tworzyć i działać, a teorię zostawić teoretykom i krytykom. Żart powinien być zabawny, powinien rozweselać. Dodawanie drugiego dna, jak w przypadku satyry, gdzie jest to oczywiste w samym humorze często mija się z celem.

Satyra w świecie bez dystansu
Czy dobry rysunek satyryczny powinien zostawiać ślad niepokoju u odbiorcy?
Nie wiem, czy w epoce AI można porównywać rysunek satyryczny tworzony dziś z tym, który istniał w prasie drukowanej kilka dekad temu. Wtedy znało się nazwiska najlepszych twórców, doceniało ich prace. Do dziś pamiętam niektóre rysunki z prasy, wryły mi się w pamięć. Wiem też, że wiele osób pamięta moje rysunki. To znaczy, że miały w sobie coś wyjątkowego. Nie nazwałbym tego niepokojem.
Czy dzisiejszy świat bardziej boi się śmiechu czy prawdy, którą śmiech potrafi obnażyć?
Nie będę oryginalny. Politycy zabierają satyrykom chleb. Poza tym dziś każdy może być rysującym satyrykiem, nawet jeśli nie umie rysować. Prawdziwy satyryk przedstawia świat takim, jaki jest, a nie takim, jakim widzi go statystyczny Polak. Satyra opisuje świat, ale niestety nie jest w stanie go zmienić.
Co jest większym zagrożeniem dla humoru: cenzura zewnętrzna czy autocenzura twórcy?
Za komuny wszystko było jasne: urząd cenzury, niejasne prawo i twórcy, którzy starają się dostosować. Teraz niby można żartować ze wszystkiego, ale są tematy tabu. Kiedy wydałem dowcipy o Murzynach, jeden z nich podał mnie do sądu i chciał ode mnie 100 tysięcy złotych. Media próbowały przypiąć mi łatkę rasisty. Może byłem za młody i za głupi, żeby przewidzieć reakcje. Ale do dziś uważam, że swoboda twórcza i wolność słowa to coś, czego twórcy nie można zabronić.
Jak zmieniła się rola rysownika satyrycznego w epoce internetu?
Media się zmieniły. Kiedyś rysunek trafiał do druku po dwóch tygodniach, dziś musi pojawić się natychmiast. Przez rok albo dwa robiłem aktualne rysunki dla dużych portali. Dziś nawet one ich nie potrzebują. Zostają media społecznościowe, memy i AI. Nie chce mi się i nie mam czasu, żeby z nimi konkurować.
Jak odnajduje się Pan w świecie, w którym żart żyje krócej niż jego interpretacja?
Jeśli jeszcze są żarty, to znaczy, że człowiek istnieje. Świat kręci się w zawrotnym tempie, a ja nie jestem w stanie za wszystkim nadążyć. I pewnie 99 procent ludzi też.
Czy szybka konsumpcja treści zabiła refleksję, czy tylko ją skróciła?
Niestety, przestajemy myśleć. Brak refleksji – po prostu nie mamy czasu na używanie mózgu.
Czy twórca powinien dostosowywać się do medium, czy pozostać wierny własnemu językowi?
Zależy od twórcy i medium. Moje rysunki też się zmieniają, ale to, co było w nich najważniejsze, chyba pozostało. Kiedyś nadejdzie przesycenie technologiami i AI. Znów zaczniemy doceniać ludzki umysł, twórczość i oryginalność. Reszta będzie musiała się dostosować do rzeczywistości.
„Dobry humor nie dzieli” to jedno z haseł Partii Dobrego Humoru. Czy świat polityki w ogóle dopuszcza dziś taki język?
Główne hasło Partii Dobrego Humoru brzmiało: „Śmiesznych partii jest wiele, ale tylko jedna jest wesoła”. Dziennikarze mówili: wejdźcie do polityki, to będziemy o was pisać. Postawiłem jednak czerwoną linię. Nie chciałem skończyć jak Polska Partia Przyjaciół Piwa. Choć była wystarczająca liczba podpisów i powstawał statut, nie weszliśmy do prawdziwej polityki. Efekt? Nie piszą, a polska Wikipedia skasowała hasło, uznając, że to był tylko żart. Do dziś wielu nie rozumie cienkiej granicy między śmiesznością polityków a ironią satyryków.

Nie wszystko musi kończyć się wesoło
Jakie ma Pan skojarzenia z miastem Łódź?
Łódź to jedno z największych miast w Polsce, które często odwiedzam. W młodości bywałem tu u rodziny mieszkającej rzut beretem od dworca Łódź Fabryczna. Jurorowałem w konkursach rysunku satyrycznego, rysowałem podczas Nocy Muzeów, pracowałem jako karykaturzysta eventowy. Może kiedyś dostanę propozycję wystawy właśnie w Łodzi.
Wywiad będzie publikowany również w „Tygodniku Polskim” w Melbourne. Jak wspomina Pan kontakt z Polonią australijską?
Pod koniec 2015 roku byłem gościem festiwalu PolArt w Melbourne. Były spotkania z publicznością, wystawa moich rysunków, rysowanie karykatur na żywo, nawet na balu sylwestrowym. Myślałem, że to moja jedyna podróż do krainy kangurów, ale w 2024 roku znów odwiedziłem Melbourne i Sydney. Podczas obu wizyt „zaliczyłem” spotkania z kangurami w ich naturalnym środowisku. Czy wrócę? Kangurom to obiecałem.
Jaką jedną, ironiczną, ale mądrą myśl zostawiłby Pan przyszłym pokoleniom?
Mądrości zostawiam filozofom i noblistom. W mojej twórczości jest kilka ironicznych mądrości – niech inni szukają puenty naszej rozmowy. Wiem, koniec rozmowy z satyrykiem powinien być wesoły. To będzie pierwszy wywiad z satyrykiem, który nie kończy się wesoło. Może dzięki temu ktoś go zapamięta.
Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję na kolejne spotkanie.
Ja także dziękuję Panu za przygotowanie do tej rozmowy i spotkanie.
Zdjęcia i rysunki pochodzą z archiwum Szczepana Sadurskiego.
„Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.
Artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autora/autorów oraz właściciela portalu. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, a od 01 lipca 2024 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zadań w zakresie wsparcia Polonii i Polaków za granicą 2023 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji i o posiadaczach praw.








