Jerzy Leszczyński – Od Europodów dla Antypodów – Tańcowanie przy wulkanie
Share
Zdjęcie: https://pxhere.com/
Smithsonian Institution, amerykańskie centrum naukowe mające swą główną siedzibę w Waszyngtonie, utworzyło program badawczy zowiący się Global Volcanism Program co oznacza Światowy Program Wulkanistyczy. Niedawno owa szacowna instytucja podała do powszechnej wiadomości, iż aktualnie mamy na świecie 1359 aktywnych wulkanów, a w roku 2021 doszło do siedemdziesięciu ich erupcji. Całkiem nieźle. Wypada przeciętnie jedna na z górą pięć dni.
Dziewiętnastego września 2021 r. wulkan o nazwie Cumbre Vieja raczył wstrząsnąć kanaryjską wysepką La Palma, na której w swoim czasie pomieszkiwał Krzysztof Kolumb, co upamiętnia tam pomnik bezżaglowej jego karaweli Santa María, wzniesiony w Santa Cruz de La Palma, stolicy wysepki. Wydarzenie owo natychmiast stało się najprawdziwszym widowiskiem teatralnym dla całej Hiszpanii. We wszystkich kanałach poświęcano mu bodaj połowę czasu antenowego przeznaczanego dla wiadomości a dziennikarki podniecały się przy tym niczym baletnice nad Jeziorem Łabędzim na widok przystojnego dyrygenta orkiestry. „Oj, bo lawa zniszczyła już ponad czterysta domów! Oj, bo María i Pablo stracili dorobek życia! Oj, bo lawa obaliła dzwonnicę kościoła w Todoque! Oj, bo popioły zasypały plantacje bananów!”
Kto tylko mógł, pchał się na niewielką kanaryjską wysepkę (708 kilometrów kwadratowych powierzchni i z górą osiemdziesiąt trzy tysiące mieszkańców – tylko po trzykroć więcej niż w mojej Pinedzie). Ostatecznie lawa oraz popioły zasypały na owej atlantyckiej wyspie blisko dziewięćset hektarów i zniszczyły co najmniej 2.185 budynków. Erupcja, oficjalnie trwająca dziewięćdziesiąt siedem dni, ustała w wigilię Bożego Narodzenia. Na szczęście nie odnotowano ani jednej ofiary śmiertelnej. Czwartego stycznia 2022 w tutejszych telewizjach tryumfalnie odfanfaowano, iż mieszkańcy palmowatej wysepki zaczęli powracać do swoich domostw. Czy aby wszyscy? A cóż z tymi, których domy zostały całkowicie pogrzebane w popiołach?
Od początku erupcji wulkanu Cumbre Vieja aż do jej ustania na wyspę La Palma latały tysiące ciekawskich Hiszpanów, najpewniej żądnych sensacji. Na długi weekend w okresie Święta Konstytucji oraz Niepokalanego Poczęcia (od 4 do 8 grudnia) na niewielką wysepkę poleciało z kontynentu co najmniej piętnaście tysięcy wulkanowatych kibiców (proszę porównać z liczbą stałych mieszkańców wyspy, których kilka tysięcy opuściło ją z obawy o własne życie i zdrowie). W serwisach informacyjnych demonstrowano tasiemcowe kolejki tamtejszych do promów na Tenetyfę albowiem lotnisko zamknięto. Za to tutejsi radowali się na kanaryjskiej wyspie przed kamerami pięknem wulkanicznego zjawiska, prezentując rozradowane gęby. Na wysepkę La Palma polecieli niemal wszyscy hiszpańscy dziennikarze, prognozujący pogodę. Tych jeszcze jakoś potrafię zrozumieć. O wulkanach czytali chyba tylko w szkolnych pierwszych czytankach i uniwersyteckich podręcznikach, nigdy prawdziwego wulkanu nie widząc własnym obnażonym okiem. Teraz nadarzyła się ku temu okazja, o wiele tańsza niźli ekspedycja na Islandię, do Indonezji, że nie wspomnę o Japonii czy może jakichś innych Hawajach. Wszystko jasne?
Jeszcze jedną grupką la-palmerowskich kibiców okazali się hiszpańscy politycy. Sam pan prezydent Pedro Sánchez w okresie niemal stu dni erupcji wulkanu Cumbre Vieja zaszczycił swoją osobą wysepkę La Palma aż osiem razy. We wszystkich lukach bagażowych swojego jeta przywiózł mnóstwo obietnic choć niewiele z nich jego rząd zmaterializował. Mieszkańcy wyspy otwarcie się wypowiadają przed kamerami, nie skrywając swego oblicza nawet za maseczkami, iż z zapowiadanej pomocy bardzo niewiele do nich dotarło. Częste fruwania hiszpańskiego prezydenta na atrakcyjną wysepkę wielu tłumaczy przyszłorocznymi wyborami do Kongresu Deputowanych oraz do Senatu, które mają się odbyć w maju. A liczył się w nich będzie każdy głosik. Don Pablo Casado, lider tutejszej opozycji, odwiedził wyspę La Palma dwakroć: w końcu września oraz w połowie listopada. Jego pierwsą tam wizytę agencja Europa Press określiła mianem „sprzedawania dymu (tym razem literalnego)”. Don Santiago Abascal, dowódca krzykliwej patryjki Vox ograniczyć się raczył jedynie do twittowania, ni razu nie nawiedzając La Palma pod swą skromną postacią. Ale prawdziwy popis indolencji oraz ignorancji dała Doña Inés Arrimadas, liderka partii Ciudadanos, i to na plenum parlamenu, pierwszym po wybuchu wulkanu. Miast z tego powodu wyrazić współczucie mieszkańcom La Palma, uczyniła to wobec tuziemców Las Palmas de Gran Canaria! To tak jakby któraś z polskich posłanek pomyliła w Sejmie Mińsk Mazowiecki z Mińskiem Łukaszenkowskim. Ów ‘kaczor’ pani Arrimadas obleciał pół świata; cytowała go nawet BBC. Ciekawe, jakiej geografii ta pani nauczy swojego synka?
Z głębi serca współczuję wszystkim mieszkańcom wyspy La Palma z powodu tragedii, jaka ich nawiedziła w następstwie erupcji wulkanu Cumbre Vieja. Tę przedstawiono w hiszpańskich środkach przekazu informacji jako bodaj najpotężniejszą w historii ludzkości. A w takim razie ja teraz wykażę, jak bardzo mylą się tutejsi reporterzy oraz wydawcy programów informacyjnych. Opiszę dalej cztery erupcje wulkanów, dalece potężniejsze niźli ta z kanaryjskiej La Palma. Dodam, iż we wszystkich czterech miejscach przebywałem osobiście i znam je z własnego doświadczenia nie zaś z Wikipedii. I mogę to poświadczyć licznymi moimi fotografiami.
POMPEJE – W roku sześćdziesiątym drugim naszej ery Wezuwiusz wysłał mieszkańcom Zatoki Neapolitańskiej poważne ostrzeżenie. W całym regionie nastąpiło silne trzęsienie ziemi, niszcząc liczne domy i uśmiercając kilkadziesiąt osób. Dwa lata później wstrząsy się powtórzyły ale nie były aż tak silne. Przebywający akurat w Mediolanie cesarz Neron, przemawiając w tamtejszym teatrze uspokajał zebranych, że nic osobliwego się nie dzieje a wstrząsy sejsmiczne w Kampanii są czymś naturalnym. Tamtejszych mieszkańców, jak zapisał Pliniusz Młodszy, zaniepokoił wszakże ciemny słup dymu, wznoszący się z krateru, oraz setki martwych owiec, jakie znaleziono na stokach Wezuwiusza. Zwierzęta zatruły się dwutlenkiem węgla. Prawdziwa tragedia nastąpiła jednakże piętnaście lat później, dwudziestego czwartego sierpnia (według niektórych historyków października) siedemdziesiątego dziewiątego roku naszej ery. Już od dwóch dni wulkan niepokoił okolicę potężnymi grzmotami, wstrząsami ziemi oraz ciemnym dymem unoszącym się z krateru. Z góry poczęły spływać potoki lawy, z początku wyglądające na mało groźne przeto nikt nie zarządził ewakuacji. Sam Pliniusz Młodszy tamtego dnia akurat przebywał w Misenum, podówczas głównym porcie Kampanii, około trzydziestu kilometrów od Pompejów. Ów kronikarz zapewne nie był jedynym naocznym świadkiem erupcji, ale tylko on z daleka ją widział. Gaius Swetoniusz oraz Seneka spisywali na podstawie relacji innych osób.
‘Rozległe łuny ognia pokryły Wezuwiusz (…) Ciemność zapanowała niczym w nocy a był przecież dzień na całym świecie (…) Ale tam ciemność była ciemniejsza i bardziej przenikająca niźli jakiejkolwiek innej nocy’ – z Listu LXVI Pliniusza Młodszego do Tacyta. Tamtego dnia w Stabiach zginął jego wuj, pisarz i historyk Pliniusz Starszy. Owe łuny ognia i ciemność zowią wulkanolodzy uczenie lawiną piroklastyczną zaś bardziej pojętnie chmurą gorejącą. A chodzi o chmurę gorących, toksycznych gazów oraz popiołów, spadającą z ogromną prędkością od krateru wulkanu w okoliczne doliny, w zależności od kierunku wiatru. W tamtym wypadku padło na trzy miasta: Pompeje, Herkulanum oraz Stabie. Wszystkie trzy miasta pokryła blisko sześciometrowa warstwa gorących popiołów. Wulkanolodzy powiadają, iż w czasie opadu owej gorejącej chmury temperatura w domach sięgnęła co najmniej stu stopni Celsjusza. Nikt nie jest w stanie ustalić liczby ofiar owego kataklizmu. Powiada się o pięciu tysiącach, ale może to być liczba o wiele zaniżona. Kiedy odwiedzam Pompeje, najbardziej mną wstrząsają zapieczone w popiołach ludzkie ciała, poskręcane w agonii. Czymże jest człowiek wobec wulkanu?
WULKAN CAPELINHOS, WYSPA FAIAL (AZORY) – Nasza córeczka miała dwa i pół roczku, kiedy zabraliśmy ją na Azory – archipelag dziewięciu wulkanicznych wysp znajdujący się na samym środku Oceanu Atlantyckiego. Jedyne, co do dziś z tamtej podróży pamięta to gotujące się, bulgoczące błota, w których my gotowaliśmy sobie tamtejszy rodzaj gulaszu. Ona bardzo się ich lękała i nawet nie chciała spróbować choćby odrobiny smaczniutkiej wołowinki. My – tak.
Na Azorach najbardziej spektakularna erupcja wulkanu miała miejsce na wysepce Faial w latach pięćdziesiątych (od września 1957 do października 1958). Kiedy wulkan Capelinhos dał w roku 1954 pierwsze oznaki aktywności, tamtejsze władze nazbyt długo się nie zastawiały. Uprzedziły ludność wysepki (173 kilometry kwadratowe powierzchni i aktualnie piętnaście tysięcy mieszkańców) o konieczności ewakuacji dwóch wiosek: Capelo i Praia do Norte. Tamci posłuchali dzięki czemu zdążono nz czas. Kiedy 27 września w roku 1957 wulkan rozpoczął wurzucać z siebie lawę, niemal trzy tysiące osób z całym swym dobytkiem zwieziono do portu w Horta, stolicy wysepki, a stamtąd do Ponta Delgada na wyspie São Miguel, skąd dwa tysiące odleciało do Stanów Zjednoczonych zaś reszta do Kanady. Oba amerykańskie kraje okazały w tamtych latach rzadką w takich wypadkach solidarność. Faialczykom dano w Ameryce domy. W Capelo i Praia do Norte nawet dziś niczego się nie buduje ponieważ ciągle ulatniają się tam trujące gazy, głównie tlenek siarki i dwutlenek węgla. Spływająca do Atlantylu lawa zwiększyła obszar wyspy o dwa i pół kilometra kwadratowego. Do dziś sterczą w niej pojedyncze dachy domów w Capelo, szczyt dzwonnicy dawnego kościółka zaś w dole cudem nietknięta przez języki lawy latarnia morska. Dookoła panuje krajobraz pustynny. Uprzejmie służę fotografiami
WULKAN MONT PELÉE (MARTYNIKA) – NAJGŁĘBSZY ODDECH ZIEMI – Od setek lat uznawano go za nieaktywny choć ciągle, nawet w czasach dzisiejszych, unosi się nad nim figlarny obłoczek białego dymu. Aż wreszcie się się ocknął. W połowie dziewiętnastego wieku począł żartobliwie potrząsać wyspą i rechotać z głębi swej piersi. Nikt tego nie brał na serio a w końcu wszyscy do owego porechotywania przywyknęli, traktując je jako zjawisko normalne. Góra liczy sobie 1.397 metrów wysokości i w górnej części pokrywa ją bujny tropikalny las deszczowy, w którym pada przez okrągły rok, pełen papug, kolibrów, mrówek, pająków oraz jadowitych węży. Nikogo to nie dziwiło bowiem zupełnie podobnie jest na sąsiedniej Dominice, nieco dalej na Gwadelupie zaś na południe na wyspach Saint Lucia i Saint Vincent, gdzie też wulkaniczne góry często rechoczą a ciepły deszczyk każdego dnia w roku zrasza gęste lasy, papaje, drzewa chlebowe, gujawy, marakuje oraz kawowe krzewy, z daleka pachnące. Wszystkie owe specjały kupuje się na tamtejszych rynkach, co też w czasie naszych pobytów tam skrzętnie czyniliśmy.
Żarty skończyły się w roku 1902. Już w połowie kwietnia Mount Pelée zaczął silniej potrząsać Martyniką a na stokach wulkanu, od strony bocznego krateru Etang Sec zauważono pęknięcia, przez które wyciekała magma. Do tego wszystkiego jeszcze gazowa chmura nad Mount Pelée wyraźnie pociemniała. Pasterze, którzy z góry zeszli do Saint Pierre, wówczas stolicy Martyniki, opowiadali o setkach martwych krów, kóz i owiec, które pozostawili na staku góry. Wkrótce do miasta gromadnie zleciały się ptaki i zeszły myszy, mrówki, stonogi oraz jadowite grzechotniki, od ukąszeń których zmarło co najmniej pół setki mieszkańców. W mieście powstała panika. Ludzie pozamykali się w domach. Louis Mouttet, gubernator Martyniki wraz z burmistrzem Rogerem Fouché, jak to politycy, uspokajali. Ten pierwszy tłumaczył, iż dopiero co na wyspie Saint Vincent wybuchł wulkan La Soufrière a to zapewne zmiejszy ciśnienie magmy w Mount Pelée. Łgał całemu światu w żywe oczy! We Francji miały miejsce wybory, których druga tura właśnie się zbliżała. Gubernatorciowi zależało na zatrzymaniu w St. Pierre jak największej liczby wyborców choć własnymi oczyma widział, jak liczne statki szybciutko opuszczają port, nawet nie zapełniwszy w pełni swoich ładowni, co kapitanom groziło poważnymi sankcjami. Do tragedii przyczynili się też katoliccy duchowni ponieważ koniecznie chcieli zatrzymać w mieście jak najwięcej wiernych na obchody Wniebowstąpienia Chrystusa, przypadające tamtego tygodnia. Ostatecznie w mieście liczącym niewiele ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców przebywało blisko trzydzieści tysięcy. Życie z pozoru toczyło się normalnie.
I tak nadszedł feralny czwartek ósmego mają, szósty dzień erupcji wulkanu Mount Pelée. Około południa góra ryknęła potężnie, zarazem eksplodując ze swego wnętrza masę gazów oraz gorących popiołów, które utworzyły gorejącą chmurę zaś wiejący od północy silny wiatr skierował ją na miasto Saint Pierre i na Morze Karaibskie. Jego wody w zatoczce aż się od tego zagotowały. W Bibliotece Schœlchera w Fort de France, obecnej stolicy Martyniki oglądałem notatki sporządzone przez dziennikarzy, naocznych świadków tragedii, oglądających wszystko z morza. Ocenia się, iż piroklastyczna lawina spadła na miasto w ciągu kilku sekund, z prędkością sześciuset siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, osiągając temperaturę co najmniej tysiąca czterystu stopni Celsjusza. Wulkan zabił blisko trzydzieści tysięcy osób. Ocalały pojedyncze, pośród nich młody szewczyk Léon Compére Léandre, nastolatka Havivra Da Ifrile, przebywająca z dala od portu, na łodzi swojego brata, oraz marynarz Louis Auguste Cyparis. Ten ostatni przebywał w podziemnej celi więzienia, oskarżony o zabójswo innego młodzieńca podczas awantury i bijatyki. Przeżył tylko dlatego, iż w jego celi nie było okna a jedynie niewielki lufcik w drzwiach i to od strony przeciwnej wulkanowi. Ułaskawiony, wyjechał potem do Stanów Zjednoczonych, gdzie zatrudnił się w cyrku Barnum. Amerykanie prezentowali go jako swoistą atrakcję, jako pierwszą osobę w historii ludzkości, która przeżyła sąd ostateczny.
WULKAN SOUFRIÈRE HILLS (WYSPA MONTSERRAT) – Na ową antylską wysepkę (102 kilometry kwadratowe powierzchni, tyle co miasto Barcelona) starałem się dostać wielokrotnie chociaż bez skutku. Na koniec udało się mi w roku 2014. Z portu Saint John’s na wyspie Antigua, wraz z czwórką szkockich wulkanologów z uniwersytetu w Edynburgu, posiadając przepustkę (mam ją do dziś w dawnym paszporcie), popłynęliśmy na Monserrat niewielkim frachtowcem, który raz w tygodniu dostarczał niespełna sześciu tysiącom mieszkańców wyspy (kiedyś żyło tam ponad siedemdziesiąt tysięcy) wszelkie towary. Statek wracał do Saint John’s następnego dnia po południu, tak więc miałem dla siebie ponad dobę, co w zupełności mi wystarczyło. Jeszcze w porcie Little Bay przydzielono nam Barta, miejscowego anioła stróża z wielkim Land Roverem.
Zaraz za Brades, dzisiejszą stolicą wyspy, zatrzymała nas policja, dokładnie sprawdzając nasze dokumenty. Mając jako przewodnika kapitana miejscowej policji, do strefy kontrolowanej wjechaliśmy bez problemu. W tamtych czasach nawet próba nielegalnego wjazdu do owej strefy karana była najniższą grzywną w wysokości piętnastu tysięcy dolarów amerykańskich. Kapitan Bart Lewis brał udział w ewakuowaniu mieszkańców wyspy podczas erupcji wulkanu w roku 1995 oraz 1997. Po tej pierwszej brytyjski niszczyciel HMS Liverpool ewakuował na wyspy Antigua, Barbuda, Saint Kitts, Nevis i Anguilla wszystkich mieszkańców Plymouth a było ich co najmniej trzydzieści pięć tysięcy. Ci już nigdy nie powrócili na wyspę, dzięki czemu ocalili swe życie podczas potężnej erupcji wulkanu w lipcu 1997 roku. Wtedy to gorejąca chmura spadła na miasto niszcząc je do ostatniego budynku. Na szczęście nie mieszkała tam już ani jedna rodzina, wszystkich bowiem mieszkańców przymusowo ewakuowano przed dwoma laty. Śmiertelnych ofiar doliczono się wówczas zaledwie dziewiętnaście. Jak nam powiedział kapitan Lewis, niemal wszyscy zginęli w wypadkach samochodowych, w panice uciekając z południa wyspy na jej północ. Tamtego roku porzuciło wyspę Montserrat kolejnych trzydzieści tysięcy jej mieszkańców. Z dawnych siedemdziesięciu tysięcy pozostało tam teraz niespełna sześć.
Na mnie największe wrażenie wywarło zasypane kilkumetrową warstwą popiołów miasto Plymouth, dawna stolica wyspy, niegdyś jedno z najpiękniejszych i najbogatszych miast na Karaibach. Oprócz tego kamienie o średnicy nawet kilkunastu metrów, którymi wulkan Sufrière Hills ciskał wokół jakby to były piłeczki tenisowe. Owego widoku do końca życia nie zapomnę.
Z wulkanem nie ma żartów, panowie politycy i pani polityczko Arrimades, choć na razie w Las Palmas de Gran Canaria jeszcze go nie ma. Za to tamten na wysepce La Palma, aktualnie podrzemujący, w każdej chwili może się obudzić, takoż ku waszemu przebudzeniu. Niechajże opisane przeze mnie przykłady posłużą ku przestrodze. Kataloński Montserrat nie pomoże.
Jerzy Leszczyński
„Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.
Artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autora/autorów oraz właściciela portalu. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, a od 01 lipca 2024 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zadań w zakresie wsparcia Polonii i Polaków za granicą 2023 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji i o posiadaczach praw.


